Na końcu świata…

0
Na końcu świata
W parku Eugnella | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Po trochę bałaganiarskich, tętniących życiem ulicach miast azjatyckich Brisbane w samo południe sprawia wrażenie miejsca z innej planety: nowoczesne, czyste, budowane planowo i… puste. Gdy mikrobus z lotniska przemierza centrum miasta, przechodniów na ulicach można policzyć na palcach – nikt tu nie chodzi pieszo, chyba że turyści…

Przy zachmurzonym niebie Brisbane mogłoby uchodzić za typowe miasto „euroamerykańskie”: dwupoziomowe skrzyżowania, drapacze chmur, centra handlowe, kosze na śmieci, puby i fastfoody… Miasto ma też nowoczesne muzea z salami wystawowymi projektowanymi przez dobrych architektów i interaktywnymi prezentacjami, uruchomianymi dotknięciem palca. Albo ogrody – z wielopoziomowymi ścieżkami, kaskadami wodnymi, basenami do pływania i sztucznymi wyspami. Rezerwaty oswojonej egzotyki…

Sala wystawowa w Brisbane
Sala wystawowa w Brisbane | fot. Marta Tutaj

Iluzja europejskości słabnie o zmierzchu, gdy z pełnej nenufarów fontanny w parku uniwersyteckim wychodzą wielkie, prehistorycznie wyglądające agamy, a na drzewa przy centrum handlowym spadają stada rudawek – nietoperzy rozmiarów małego psa (!).

REKLAMA (2)

Rankiem w ogrodzie można znaleźć śpiącego oposa workowatego – ciekawskie stworzenie, przypominające nieco szopa. Hotelowy wentylator okazuje się zatłoczony wielkimi zielonymi żabami rozmiaru spodka… Na skwerku za przystankiem autobusowym buszują – zamiast wróbli – kolorowe papugi z długimi ogonami. Australijczycy jednak umówili się, że żyją po europejsku, i na podobne fenomeny nie zwracają uwagi.

Zdjęcie z żółwiem morskim

Na wakacje Australijczycy wyjeżdżają w grudniu. W Queensland – najbardziej turystycznym stanie tego kraju-kontynentu – mają do wyboru sporo atrakcji. Na przykład Wielka Rafa Barierowa, którą można zwiedzać ze statku, z jachtu, z którejś wyspy albo z platformy Reef World, zacumowanej na otwartym morzu. Na platformie jest podwodny amfiteatr, gdzie można sfotografować się w towarzystwie ryb lub żółwi morskich, zaglądających przez szybę; jest wytyczony linami szlak wzdłuż rafy, gdzie pływa się z maską albo łódź ze szklanym dnem dla tych, którzy nie chcą wchodzić do wody. Mają tu też mały ośrodek badawczy, prysznice, dwie restauracje i dyżurnego wargacza imieniem Wally – metrową rybę z garbem na czole, która pokazuje się turystom zawsze, kiedy żółwie morskie, ośmiornice czy papugoryby odmówią współpracy.

W Rockhampton Alvin – lokalny dziwak z mnóstwem tatuaży na ciele, który spaceruje pod słońcem Antypodów tylko w szortach i kapeluszu (biali mieszkańcy Australii żyją w lęku przed rakiem skóry; na każdym przystanku można znaleźć adresy klinik i ostrzeżenia, że rak skóry zniszczy „twoje body art” – modne artystyczne tatuaże!) – doradza mi kilka innych miejsc do zwiedzenia. Na przykład Lady Musgrove Island – małą wysepkę osiągalną z miasta o dziwacznej nazwie „1770”, pełną ciemnopiórych rybitw, do których można podejść na wyciągnięcie ręki, otoczonej pierścieniem korali. Miejsce, gdzie spotkanie z dwumetrową, żółto nakrapianą mureną czy stadem koników morskich o najdziwniejszych kształtach nie jest rzadkością.

Jest także Great Keppel Island – turystyczna wyspa, gdzie dociera się promem. Tuż po zjedzeniu pizzy w lokalu z wejściem w formie paszczy rekina można w malowniczych zatoczkach oglądać wielkie płaszczki, pstrokate, pełzające po rafie rekinki albo kolorowe ślimaki morskie.

Wchodząc do wody, prawie nadeptuję półtorametrową płaszczkę, która, leżąc w piasku w płytkiej wodzie, do złudzenia przypomina prawdziwego rekina – wrażenie na tyle silne, że tego dnia nie wchodzę już do wody.

Plaże w najróżniejszych kolorach

Queensland jest pełne wysp. Oto Fraser Island – podłużna, pokryta płowym piaskiem. Można tu spotkać oko w oko psy dingo o jasnej sierści, przemawiające do siebie w pejzażu pustyni jękliwymi głosami upiorów. Oto Whitsunday Islands, Wyspy Zielonych Świątek – archipelag zielonych pagórków na lazurowym morzu.

Dingo
Dingo | fot. Marta Tutaj

Wolicie ląd? Proszę bardzo. Oto Rainbow Beach, Tęczowa Plaża, klify z piaskiem w najróżniejszych kolorach – od bieli do czerni, od brązu po jaskrawy pomarańcz – w Wielkim Parku Piasków. Plaża zalewana jest falami w czasie przypływu, a zwiedzana jeepami z napędem na cztery koła lub karawanami wielbłądów, gdy jest odpływ. Oto Everglades – bagna i rozlewiska do zwiedzania wygodną łodzią ze szklanym dnem, pełne wodnego ptactwa i krokodyli. Albo Eugnella National Park, gdzie bladym świtem na śródleśnych jeziorach wypatruje się dziobaków, a po południu można się wykąpać w jeziorku pod wodospadem.

Na Rainbow Beach
Na Rainbow Beach | fot. Marta Tutaj

Moim ulubionym miejscem w Queensland było jednak Noosa Head na Słonecznym Wybrzeżu. W Noosa były sklepy dla surferów, drogie kawiarnie i mnóstwo willi wczasowych w stylu „włoskim”, „angielskim” i „greckim”… Ale była też rzeka, nad którą zlatywały stada czarnych kakadu, wybrzeże z najpiękniejszym przybojem, jaki w życiu widziałam, i półwysep pokryty egzotycznym lasem, gdzie można było zobaczyć wspinające się na drzewa warany i chichoczące kukabury. Były także koale – najłatwiej wypatrzyć je było na drzewach eukaliptusowych nad główną ulicą, na której ustawiono znaki ostrzegające o podobnych „przechodniach”.

To tu, pływając w morzu, obserwowałam starcie dwóch orłów na niebie, a upuszczona podczas tego starcia ryba spadła do wody o metr ode mnie. Siedząc po szyję w „Czarodziejskich Stawkach” – maleńkich skalnych zatoczkach porośniętych ukwiałami – obserwowałam delfiny. W Noosa też, przemierzając kajakiem płytką słonawą rzekę, odkrywałam zawieszone nad wodą gniazda orłów i kormoranów, kolonie wielkich nietoperzy albo tłumy jaskrawoniebieskich krabów-żołnierzy, wędrujących po rzecznych łachach zwartymi kolumnami jak ruchomy dywan.

REKLAMA (3)
Wybrzeże w Noosa
Wybrzeże w Noosa | fot. Marta Tutaj

Opowieści o rekinach

Na imponującej plaży w Surfers Paradise – niezbyt odległym od Brisbane „turystowisku” na Złotym Wybrzeżu, z wieżowcami wchodzącymi już na plaże – plażowicze pokrywają ciała gęstymi, białymi przeciwsłonecznymi piankami… A ratownicy bynajmniej nie wyglądają jak ci ze „Słonecznego Patrolu” – mają na sobie pełne kombinezony, zasłaniające ciało od stóp po czubek głowy.

W nadmorskich miastach wielkie tablice ostrzegają przed „stingerami” – jadowitymi meduzami, których Australijczycy znają co najmniej tuzin. Z niektórymi, muszę dodać, zetknęłam się wcześniej w Indonezji, gdzie nie uważa się je za szczególnie niebezpieczne, a oparzenia – czasem bardzo bolesne, fakt! – opatruje się sokiem z limetki (!).

W Surfers wysłuchałam paru mrożących krew w żyłach historii o atakach rekinów. Ale Robby, półkrwi Aborygen uczący na deptaku turystów gry na didgeridoo (huczącej zdobionej rurze), zapewniał, że wybrzeże Surfers chronione jest od dawna stalowymi siatkami. A w Airlie Beach, miasteczku na północy Queensland, znany przyrodnik i hodowca zwierząt, Rob Bredl, na oczach turystów siadał na pięciometrowym krokodylu i twierdził, że nie jest to wcale szczególnie niebezpieczne…

Wyjeżdżałam z Australii z mieszanymi uczuciami. Czy jest to kraj cywilizowany? Niewątpliwie. Nigdzie nie można dostać tak bezsmakowej kawy i hamburgerów. I każdy, nawet tani hotel ma własny basen, a każdy camping specjalne paleniska do grilla.

Czy jest to kraj dziki? O, tak! Spróbujcie przespać się dłużej niż jedną noc w motelu lub schronisku poniżej 50$ za łóżko, a zawrzecie bliską znajomość z pluskwami – pasożytami, o których w Europie zdążyliśmy już zapomnieć!

# TEMI, Podróże, Na końcu świata, Australia, Brisbane, Queensland, Wielka Rafa Barierowa, Rockhampton, Lady Musgrove Island, Great Keppel Island, Fraser Island, Whitsunday Islands, Wyspy Zielonych Świątek, Rainbow Beach, Tęczowa Plaża, Everglades, Eugnella National Park, Noosa Head, Surfers Paradise, Złote Wybrzeże, Airlie Beach

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze