Kompleks Maluśkiewicza

0
Mirissa
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Pan Maluśkiewicz z wiersza Tuwima wyruszył w podróż, by zobaczyć wieloryba. Ja też tak chciałam. Podczas podróży po Sri Lance zatrzymałam się więc w Mirissa, gdzie wycieczki po morzu w celu zobaczenia wielorybów organizują wszystkie biura turystyczne i hotele.

Jak się okazało, wybór ofert był złudny, bo wszyscy sprzedawali bilety na te same łodzie. Tak z tzw. turystycznymi atrakcjami bywa. Kupiłam jednak bilet od agenta, który dał mi swój numer komórki na wypadek, żebym nie miała następnego ranka żadnych problemów w dołączeniu do wycieczki. Nie było to mądre z jego strony.

Sztuka wypatrywania

Następnego ranka padał ulewny deszcz. Pierwsze, co zrobiłam otworzywszy oczy, to zadzwoniłam do agenta, by zapytać, czy rejs przy tej pogodzie się odbędzie. Niezwykle zaspanym głosem człowiek ten zapewnił mnie, że wycieczka jest aktualna i że samochód z biura zabierze mnie z hotelu. Łódź ma dach i deszcz nie przeszkadza, byle za mocno nie wiało – powiedział, a w jego głosie słyszałam cierpienie kogoś zbudzonego przed świtem, w deszcz. Byłam pełna wątpliwości i złych przeczuć, ale samochód istotnie przyjechał i pół godziny później siedziałam w łodzi.

Była to duża łódź turystyczna, dwupokładowa, na jakieś pół setki pasażerów. Czekaliśmy blisko godzinę, by dowieziono wszystkich. Na szczęście w tym czasie ulewny deszcz zamienił się w mżawkę z domieszką drobnego deszczyku. W tej mżawce dotarła trzema busami bardzo liczna wycieczka Chińczyków, uzbrojonych w długie obiektywy, przeciwsłoneczne daszki oraz kontenery słodkich napojów. Mogliśmy wypłynąć.

REKLAMA (2)

Widoczność na morzu z powodu deszczu była słaba, ale w kilku punktach łodzi wystawiono wypatrywaczy, którzy mieli dać znać o wielorybach. Każdy z nich konferował zresztą także przez komórkę z wypatrywaczami drugiej łodzi, która wypłynęła tego ranka. Póki co, nikt wielorybów nie znalazł, więc pokazano nam z daleka stadko delfinów, skaczące tuńczyki i żółwia morskiego, którego zauważył jeden z członków załogi. Przy tych okazjach przekonałam się, że choć zajęłam dobre miejsce przy burcie, zawsze mam szansę sfotografować głowę jakiegoś Chińczyka lub Chinki, bo członkowie chińskiej wycieczki podrywali się na każdy okrzyk i rzucali do burty, z zupełnie nieprzewidywalnym refleksem.

Wreszcie któryś z obserwatorów chyba odebrał wiadomość o wielorybie, bo obraliśmy zdecydowany kurs, a chwilę potem zobaczyliśmy inną łódź turystyczną z mnóstwem ludzi, wypatrujących coś przez lornetki i teleobiektywy we wszystkich możliwych kierunkach. Jeden z obserwatorów wskazał daleko na morzu coś, co sprawiło, że cała chińska wycieczka rzuciła się na jedną burtę i łódź weszła w przechył. Zrobiło się zamieszanie. Dzięki krzykom i machaniu rękami wycieczkowiczów rozstawiono, by nie wywrócili łodzi. Jedyne, co zobaczyłam – przez teleobiektyw – to cień na wodzie, który mógł być absolutnie wszystkim.

Mirissa
fot. Marta Tutaj

Tańcząc z… wielorybami?

Był to początek swoistego tańca, w którym przez następne 30-40 minut uczestniczyły łodzie z turystami (dotarła jeszcze jedna). Wszystkie krążyły – z dużej odległości – wokół czegoś, co wydający okrzyki obserwatorzy widywali znacznie częściej, niż my. I co schwytać w obiektyw – z powodu odległości, deszczu, kołysania łodzi i tłumu Chińczyków na każdym kroku – było niezwykle trudno. Na dwóch pozostałych łodziach, które mijaliśmy czasem, nie było lepiej – poza tym, że jedna wiozła wycieczkę Lankijczyków, nie Chińczyków. Wypatrywacze przysięgali jednak, że obserwujemy samicę wieloryba z młodym (!). Większość pasażerów chyba wierzyła im na słowo. Siła sugestii jest wielka.

Na dwóch czy trzech zdjęciach, które jednak zrobiłam (zoom 60x), widać to co było widać, czyli odległy cień na wodzie. Miał on czasem kształt grzbietu z płetwą, ale na podstawie zdjęć trudno byłoby stwierdzić, czy to wieloryb, większy tuńczyk, czy też potwór z Loch Ness. Wypatrywacze rozpoznali jednak gatunek wieloryba. Przewodnik poinformował nas, że to finwal i pokazał na obrazku, jak wyglądałby finwal, gdybyśmy go zobaczyli. Wyjaśnił też, że bliżej niż byliśmy, do wieloryba podpłynąć nie wolno, bo takie są przepisy o ochronie tych ssaków.

Na pocieszenie zabrano nas w miejsce, gdzie była ostatnio wielka ławica ryb. Było tam wiele łodzi rybackich, a także towarzyszących im delfinów. Delfiny dość często pokazywały się na powierzchni morza, czasem skakały, co uspokoiło większość zawiedzionych fotoamatorów. Także łodzie rybackie stanowiły dość malowniczy widok, a pogoda poprawiła się na tyle, że blask słońca spod ciężkich chmur pozwalał na efektowne zdjęcia pejzażowe. Można więc było w czasie tej wycieczki zrobić trochę zdjęć. Tyle, że nie wielorybom.

Pan Maluśkiewicz też, jak wynika z wiersza, widział tylko lewe nozdrze wieloryba. Lepiej to czy gorzej?

Zatoka żółwi

Na szczęście w Mirissa było parę innych atrakcji poza „wyprawami na wieloryby” i imprezową plażą. Nie lubię imprezowych plaż. Hotel jednak znalazłam poza obszarem grających i świecących kawiarni, na skraju następnej zatoki. Obok znajdowała się skalista wysepka, do której można było dotrzeć pieszo po pas w wodzie, by obserwować rybitwy, wrony orientalne i dzikie pawie. Był także ogród, po którym rano spacerowały białe czaple, pasiaste wiewiórki palmowe i warany monitory. Odwiedzały go też hulmany – małpy o jasnym futrze – które przechodziły tędy po dachach w kierunku buddyjskiej świątyni na wzgórzu. W hotelowym ogrodzie ścigały się i wykonywały akrobacje na łóżkach plażowych. Na drzewach siadały kolorowe żołny i jeszcze barwniejsze lankijskie zimorodki, zwane łowcami krasnodziobymi.

REKLAMA (3)

W zatoczce za hotelem można było popływać z maską i fajką, więc po południu tam się wybrałam. Najpierw spotkałam wielką ławicę srebrnych ryb. Płynęłam kwadrans przez ogromny, nieustannie wirujący krąg, a srebrna ściana ryb płynnie otwierała się i zamykała przede mną i za mną. Wypłynąwszy z ławicy, znalazłam nad piaszczystym dnem dużą nadymkę i kilka rogatnic, żerujących na piasku. Przy kępach korali kręciły się idolki mauretańskie, wyróżniające się dziwnym kształtem, z górną płetwą powiewającą jak proporczyk. Udało mi się też znaleźć upstrzoną jadowitymi kolcami skrzydlicę. Wreszcie, na płytkiej wodzie przy plaży zobaczyłam pierwszego z odwiedzających zatoczkę żółwi morskich.

Nie był wielki, ale nie był też płochliwy, więc przez dłuższą chwilę obserwowałam, jak wędruje nad dnem wypatrując drobnych kępek trawy morskiej, które starannie wyjadał. Czasem musiał zaczerpnąć powietrza, a ponieważ uwielbiam ten moment, wynurzałam się razem z nim, by na chwilę z bliska spojrzeć mu w oczy. Żółwiowi zdawało się to nie przeszkadzać.

Na plaży było sporo ludzi i przynajmniej kilkoro weszło do wody z maskami, ale choć niektórzy pływali o parę metrów dalej, najwyraźniej nie zauważali mojego żółwiego towarzysza. Postanowiłam tym razem trzymać z żółwiami, nie z ludźmi, i nikomu go nie pokazałam.

Wkrótce za pierwszym żółwiem pokazał się drugi, z podnawką na skorupie, a potem trzeci, wyraźnie większy. Z tym ostatnim pływałam dłuższy czas, najpierw nad piaskiem, potem nad ogrodem koralowym, gdzie popłynął odpocząć. Gdy ulokował się w szczelinie głazów pod kępą korali, niemal zniknął mi z oczu. Żeby go tam dostrzec, trzeba było wiedzieć, że tam jest.

Wyszłam z wody zadowolona z pływackiej sesji i ponownie przekonana, że na tropikalnym wybrzeżu, mając do wyboru zorganizowaną wycieczkę i odkrywanie czegoś na własną rękę, zawsze lepiej jest wybrać to drugie.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze