Spotkania z rekinami

0
Spotkania z rekinami
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Na małej malezyjskiej wysepce zwanej Przystankiem (Perhentian) żyliśmy po sezonie – dwóch Francuzów, dwie Norweżki i ja. Mieszkaliśmy w bungalowach na stoku, w nocy oglądając spadające gwiazdy, w dzień pływając w morzu.

Długa Plaża, przy której mieszkaliśmy, nie bardzo co prawda nadawała się do pływania, bo był tam silny przybój z falą bardziej odpowiednią dla surfistów. Ale po drugiej, zawietrznej stronie wyspy, była Koralowa Plaża, a także Romantyczna Plaża – obie idealne do pływania z maską.

Blizna i inni

Byłam na Perhentian już po raz drugi i z Romantycznej Plaży miałam wiele wspomnień. Podczas pierwszego pobytu każdego ranka chodziłam tam popływać – w malowniczej zatoczce z koralowymi skałami, dnem z pokruszonych korali i wybrzeżem porośniętym palmami kokosowymi. W zatoczce roiło się od ryb – od kolorowej rafowej drobnicy po okazałe strzępiele, papugoryby garbogłowe, karanksy, barrakudy i rekiny rafowe.

Próbowałam oswoić dużego strzępiela, który przy Romantycznej Plaży był stałym bywalcem. Nazwałam go Scarface, czyli Blizna. Miał ponad metr długości – nie tak dużo jak na możliwości strzępiela! – i był raczej charakterystyczny niż piękny: szaro-czarny, plamisty, z głową z jednej strony białą i zniekształconą, jakby po zranieniu czy oparzeniu. Dzięki temu łatwo go jednak rozpoznawałam.

REKLAMA (2)

Każdego ranka Scarface opuszczał kryjówkę pod głazem, by poddać się toalecie – czyszczeniu pyska, skóry i skrzeli przez drobne rybki. Podczas moich porannych „spacerów” w morzu tak go właśnie znajdowałam – wiszącego ukośnie w wodzie z szeroko rozstawionymi płetwami, podczas gdy smukłe rybki-czyściciele skubały jego plamistą skórę i szeroki zdeformowany pysk. Początkowo na mój widok strzępiel zwykle dawał szybkiego nura pod głazy – ale z dnia na dzień reagował spokojniej, aż wreszcie w ogóle pozwolił sobie zlekceważyć moją obecność, dzięki czemu mogłam długą chwilę obserwować i jego, i pracę czyścicieli. Ceniłam sobie ten dowód zaufania.

Rekiny przypływały na Romantyczną Plażę przed siódmą rano i krążyły przy samym brzegu, w wodzie nie głębszej niż metr. Były to pospolite rekiny rafowe, uchodzące za niegroźne dla ludzi, o długości nieprzekraczającej półtora metra. Kiedy pływałam w zatoczce, wycofywały się zwykle na głębszą wodę i utrzymywały ten dystans. Co również doceniałam, bo od czasu, gdy w Indonezji pewien rekin napędził mi strachu, wolałam nie spotykać jego krewniaków, nawet tych niegroźnych.

Pewnego ranka jednak, szukając mojego strzępiela, w obniżeniu między głazami natknęłam się na rekina – smukłego, szarego i na oko wcale nie mniejszego niż ten, który kiedyś skutecznie mnie wystraszył. Rekin nie zauważył mnie w pierwszej chwili – szukał czegoś przy dnie między głazami. W następnej chwili wypłynął zza głazu, by znaleźć się niemal dosłownie nos w nos ze mną, zawieszoną pod powierzchnią wody.

Zobaczyłam jego tępo zakończony nos i małe oczy. Dzieliło nas kilkadziesiąt centymetrów wody i – niżej – kawałek skały. Poczułam, że się duszę. Nie byłam w stanie oddychać.

To trwało ułamek sekundy. W następnym ułamku rekin spojrzał na mnie, zrobił błyskawiczny zwrot i odpłynął bardzo szybko, zupełnie bez dostojeństwa. Nie było wątpliwości. Uciekł! Przestraszyłam rekina!

Rekin rafowy
fot. Marta Tutaj

Pierwszy rekin Baptiste’a

Gdy opowiedziałam tę historię moim sąsiadom, Francuzom, nabrali wielkiej ochoty na pływanie z maską przy Romantycznej Plaży. Bastien i Baptiste odbywali swoją pierwszą podróż do Azji, wszystko ich pociągało i zachwycało. Nie mieli masek do pływania ani płetw – popytawszy, zdołali w jednym z sąsiednich hoteli pożyczyć maskę z rurką i uznali, że będą jej używać na zmianę. Umówiliśmy się, że gdy następnego dnia pójdę na Romantyczną Plażę, Baptiste przyłączy się i spróbuje, jak pływa się z maską. Bastien miał spróbować po południu. Do kwestii rekinów młodzi Francuzi mieli stosunek całkiem różny: Bastien miał nadzieję, że nie spotka rekina, Baptiste nie mógł się doczekać takiego spotkania.

Gdy następnego ranka Baptiste wszedł do morza, okazało się, że pożyczona maska przepuszcza wodę z każdej niemal strony i dłuższą chwilę poświęciliśmy na jej dopasowanie. Udało się tylko nieco ograniczyć przecieki. Potem na płytkiej wodzie jakiś czas obserwowaliśmy ośmiornicę, która siedziała pod koralowym kamieniem i sama usiłowała udawać kawałek martwego korala. Potem pojawił się wąż morski, szperający w zakamarkach korali. Potem szukaliśmy mureny, która przemknęła po dnie i zniknęła.

Dla Bapiste’a wszystko pod wodą było nowe, więc co moment coś go zatrzymywało – nawet, gdy akurat nie wylewał wody z maski. Zachwycał się stadami drobnych rybek, ukrywających się w koralowych ogrodach. Popłynął za parą żółto-czarnych chetoników, potem trafił na kopiące w piasku stado sumików. Odkrył fletnice, a potem mątwę, która na naszych oczach kilkakrotnie zmieniła kolor. Potem przyłączyliśmy się do sporego stada papugoryb, które powoli wędrowały nad dnem, tu i tam nadgryzając korale.

Kiedy w końcu pojawił się tak oczekiwany przez Baptiste’a rekin, było to (znowu) całkiem nieoczekiwane.

Spory rekin rafowy spokojnie płynął sobie wzdłuż zatoki stylem patrolowym. I chyba nas nie zauważył. Być może wirowanie stada papugoryb, któremu towarzyszyliśmy, utrudniało mu obserwację, bo przez chwilę długą jak wieczność płynął prosto na nas.

Chyba rekiny mają w sobie coś hipnotycznego, bo Baptiste – całkiem jak ja kiedyś – na widok wielkiej ryby całkiem osłupiał. Ja – dość głupio – ciągnęłam go za łokieć, próbując usunąć z drogi rekina, który się zbliżał.

A potem poszło szybko. Baptiste zakrztusił się wodą, zbierającą się w masce. Papugoryby rozproszyły się jak uciekające ptaki, a rekin dwa-trzy metry przed nami zrobił gwałtowny zwrot i szybko odpłynął.

Baptiste wynurzył się, wypluł wodę i, zapomniawszy wszystkie angielskie słowa, wybuchnął potokiem francuskiej wymowy. Czy był to wyraz strachu czy entuzjazmu – nie umiałam rozpoznać.

REKLAMA (3)

Kiler pod palmami

Chwilę potem odpoczywaliśmy, leżąc na wznak na wodzie i patrząc na szereg palm na brzegu. To gdzieś tutaj – przypomniałam sobie – podczas mojej pierwszej bytności na Perhentin kąpaliśmy się wraz z Kilerem w kokosowym mleku.

Kiler był młodym Polakiem, pracującym we Francji. Spotkaliśmy się na malezyjskiej wysepce, bo hotel Shari-La miał wtedy promocyjne ceny dla backpackers (plecakowiczów) i budget tourists. Toteż trafiliśmy do niego z naszymi plecakami, jadąc z różnych stron Malezji – Kiler i ja.

Kiler pływał z maską, toteż spotkaliśmy się przy Romantycznej Plaży. Po spędzeniu paru godzin w wodzie byliśmy głodni. Wzdłuż plaży rosły palmy kokosowe, a że w nocy był wiatr, na brzegu leżało wiele młodych zielonych kokosów. Idealnych do picia, ale nie mieliśmy czym ich otworzyć – trzeba było rozbijać je o głazy. Jeśli jednak pije się mleczko kokosowe z pękniętego w kilku miejscach orzecha, po chwili człowiek cały jest zlany słodkim, lepkim, kokosowym sokiem. Musieliśmy znowu wejść do wody, żeby się wykąpać. Rozsiedliśmy się w miniaturowej skalnej zatoczce, przypominającej naturalne jacuzzi, napełniane co chwila przez fale świeżą wodą. O parę metrów od nas na płyciźnie uwijały się barwne ryby, po gładkich pniach palm pomykały pasiaste wiewiórki. Dla uatrakcyjnienia pejzażu, z lasu przy plaży wyszły wielkie jaszczurki – warany monitory. Przypominały prehistoryczne jaszczury i grzały się na piasku w popołudniowym słońcu.

W tej egzotycznej scenerii zapytałam inteligentnie:

– Kiler, dlaczego nazywają cię Kiler?

Kiler łyknął z kokosa i odparł:

– Na nazwisko mam Kielar. Maurycy Benedykt, gdybyś chciała wiedzieć. Dość ciężko to zdrobnić. Jak myślisz, jak wołali mnie w szkole?

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze