Któregoś roku zaledwie dzień przed Sylwestrem wylądowałam w wiosce Kukup, niemal na południowym końcu Malezji. Niemal, bo geograficzny południowy kraniec Malezji, rezerwat Tanjumg Piai, leży niecałe 10 km od Kukup. Tanjung Piai, podobnie jak okolice Kukup, to królestwo namorzynów.
Namorzyny, lasy mangrowe czy pływowe, żyją na terenach regularnie zalewanych słoną wodą. Rosną przy tropikalnych wybrzeżach i w ujściach rzek, budując splątany gąszcz na szczudłowatych, wystających z gruntu korzeniach. Są cenne nie tylko jako wyjątkowe środowisko przyrodnicze. Wiadomo, że lasy pływowe m.in. wyhamowują gwałtowność przyboju morskiego i pochłaniają nadmiar wody. W czasie tsunami w 2004 roku namorzyny u azjatyckich wybrzeży oparły się wysokiej fali i ocaliły życie tysiącom ludzi. Niestety, lasów tych na Ziemi szybko ubywa.
Domy na morzu
Przyczyną mojej wizyty w Kukup była znajdująca się w pobliżu wyspa mangrowa. W 1997 roku utworzono tu rezerwat i prowadzono badania naukowe dotyczące środowiska namorzynów. Potem uczyniono z wyspy atrakcję turystyczną, budując sieć drewnianych kładek i wież widokowych. Wyspa jest osiągalna z lądu zaledwie kilkuminutowym rejsem łodzią. Choć właściwie określenie „z lądu” jest w tym przypadku mylące.
Wioska Kukup nie leży bowiem na lądzie. Stałego lądu wystarcza tu ledwie na drogę dojazdową, mały dworzec autobusowy, parę parkingów i wąski bulwar wiodący do terminalu promowego. Cała reszta – domy i hotele, sklepy, składy i restauracje – znajduje się już w zasadzie na morzu. Często jest to morze… błota.
Większość zabudowań Kukup znajduje się na obszarze zatoki Melakka, która jest tu płytka i tylko w czasie przypływów wypełnia ją morze. Niemal cała miejscowość – składająca się z dwóch wiosek, Kukup Laut, co oznacza morze, i Air Masin, czyli Słoną Wodę – to domy na palach, połączone drewnianymi lub betonowymi mostkami. Nie są to raczej drewniane chatki – takie spotkać można rzadko, zwykle bliżej portu rybackiego. Domy w Kukup to solidne, murowane, obszerne i długie budynki, z szerokimi tarasami, zwykle starannie wyremontowane. A że byłam tam świąteczną porą – były także przybrane stosownymi dekoracjami i jarzące się od kolorowych lampek. Nie są to tylko prywatne domy – zwykle mieszczą od kilku do kilkunastu pokoi do wynajęcia, a także duże kuchnie i jadalnie.
Ponieważ trudno dziś żyć tylko z rybołówstwa i zbioru małży – napisano w folderze o Kukup – wielu mieszkańców zarabia, przyjmując turystów. Zarabia chyba nieźle – między końcem roku kalendarzowego a początkiem chińskiego Nowego Roku wszystkie pensjonaty „na morzu” były wypełnione po brzegi.
Do Kukup stosunkowo rzadko docierają zagraniczni turyści. Jest to raczej „wczasowisko” Malezyjczyków i przybyszów z niezbyt odległego Singapuru. Nie tylko dlatego, że można tu mieszkać „na morzu” i np. łowić ryby z okna jadalni (albo z głównej ulicy). Kukup to także port promu, docierającego w niespełna dwie godziny do Tanjung Balai w indonezyjskiej prowincji Riau. Dla odwiedzających Kukup turystów – głównie Chińczyków z Malezji i Singapuru – to popularny cel weekendowych wypadów na tańsze zakupy w Indonezji. Poza tym w samym Kukup funkcjonuje duży port rybacki – codziennie dziesiątki łodzi wyruszają z zatoki i wracają z ładunkiem świeżych ryb oraz owoców morza. Rybacy zaopatrują nie tylko handlowców z odległego o 20 km miasta Pontian, ale i liczne miejscowe restauracje, które przyciągają chińskich turystów. Serwują bowiem na okrągło dania z ryb, krewetek, krabów, znacznie tańsze i świeższe niż w głębi kraju. W sklepach przy porcie można też kupić „na wynos” keropok – suszone ryby i belacan – pastę krewetkową. Dla mieszkańców Kuala Lumpur, Johor Bahru, Melakki czy Singapuru to wystarczający powód, by tłumnie przyjeżdżać tu w weekendy i święta, i wyjeżdżać z zapasami na parę miesięcy.
Życie w błocie
Pod pełnymi gości domami i mostkami Kukup w porze przypływu szumi morze. Gdy natomiast woda się cofa, pozostaje płynne błoto. I przyznam, że dla mnie była to jedna z głównych atrakcji tego miejsca.
Woda odchodziła, pozostawiając odsłonięte muliste dno zatoki z niewielkimi kałużami. Na tej błotnej równinie obserwować można było – wprost ze stanowiącego ulicę mostku – mieszkańców morskiego dna. Był np. wybór krabów – drobnych, średnich i sporych, szarych, żółtych czy w kolorowe wzorki, które – pozbawione wody nad głową – kopały nory w błocie, wyrzucając sterty regularnych, okrągłych kuleczek mułu. Inne budowały płaskie kopczyki z dołkiem na szczycie, w którym zbierała się woda. Kraby zajmowały pozycję w takim dołku, wystawiając nad wodę oczy na słupkach. Czasem dwa lub trzy duże kraby budowały swoje fortece zbyt blisko siebie i wtedy w błocie dochodziło do widowiskowych pojedynków o terytorium. Dwóch lub trzech rywali nacierało na siebie z uniesionymi szczypcami, a że w błocie nawet krabom trudno poruszać się szybko, były to walki w zwolnionym tempie, jak zapasy w brązowym budyniu.
Jeszcze bardziej niezwykłymi istotami były rybki dwudyszne. Już z wyglądu są dość niesamowite, ze swymi wypukłymi oczami, żabimi pyszczkami i płetwami jak grzebienie smoków. Ryby te oddychają równie dobrze powietrzem atmosferycznym, jak przez skrzela, i całkiem sprawnie poruszają się w mule na płetwach piersiowych. Czasem wręcz skaczą w błocie, odbijając się ogonem. Poza tym budują sobie w błocie prywatne, płytkie baseny, których zaciekle bronią przed sąsiadami. Rybie pojedynki były niezwykle emocjonujące.
Dwie rybki stawały naprzeciw siebie, unosząc przednią część ciała i rozpościerając kolorową płetwę grzbietową jak bojowy proporzec. Potem szeroko otwierały żabie pyszczki, jakby zamierzały na siebie krzyczeć, i nacierały na siebie, spajając się otwartymi paszczami, jakby chciały wyssać się nawzajem.
Nie ustaliłam, co decyduje o wyniku takiego pojedynku, ale po chwili ryby rozłączały się i jeden z przeciwników szybko oddalał się, skacząc na płetwach piersiowych i zostawiając ślad w błocie. Nie brakowało innych podmorskich stworzeń: małże trawiły muł, tworząc piramidy krętych błotnych wężyków, w rozlewiskach podskakiwały roje drobnych krewetek, ślimaki o spiralnych i stożkowatych muszlach wędrowały w miękkim dnie, to znikając, to wynurzając się z brązowej mazi. Z mostku nad zatoką oglądałam dno morza bez morza.
Żeńszeniowy toast
Przed Sylwestrem wybrałam się jeszcze na mangrową wyspę, której w reklamowych folderach kilkakrotnie zmieniano kwalifikację, nazywając ją „największą wyspą mangrową świata” albo „największą wyspą mangrową Malezji”. Na platformę z bramą do rezerwatu podrzucił mnie wypływający na morze rybak. Padał deszcz, wędrowałam po śliskich lśniących od wody i szybko butwiejących drewnianych mostkach. W błocie poniżej wypatrywałam krabów skrzypków – drobnych, kolorowych, które „migają” do siebie szczypcami ze swoich błotnych bastionów. Albo dużych ślimaków Telescopium telescopium, typowych dla środowiska namorzynów. Wśród mangrowych gąszczy i powietrznych korzeni, samych w sobie malowniczych, roiło się też od czapli białych czy purpurowych, małp z gatunku makaków, a czasem i marabutów malajskich. Z gałęzi zwisały nietoperze, a po pniach biegały jaszczurki.
Przed wieczorem wróciłam (znowu okazją rybacką!) do wioski, gdzie zjadłam kolację w jednej z restauracji (oczywiście owoce morza), a potem spróbowałam kupić jakieś zaopatrzenie na sylwestrowy wieczór. Z tym było trudniej – co prawda fajerwerki i ciasteczka z wróżbą sprzedawano wszędzie, ale szampana nie było nawet w sklepach z towarem importowanym z Indonezji. Ostatecznie nabyłam garść czerwono owłosionych owoców rambutan (bo lubię) i butelkę chińskiego zdrowotnego likieru żeńszeniowego. Tym trunkiem spełniłam toast, gdy tryskające w niebo fajerwerki odbijały się w kałużach podmorskich błot.
Następnego dnia morze wróciło. Obudziły mnie fale, szemrzące pod podłogą i ulicznymi mostkami.
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)


















