Z tego jak kręci się nasza Ziemia to cezurą jest – przynajmniej dla naszej półkuli – najdłuższa noc, ta zaś zdarzyła nam się na 8 dni przed sylwestrem, ale nawet gdybyśmy chcieli się trzymać takiego podziału, to ma on taki sam sens jak każdy inny podział, a tymczasem sprawy na świecie toczą się niezależnie od tych podziałów i cezur.
Czasami toczą się w taki sposób, że w przyszłość można patrzeć z optymizmem, czasami dzieje się wręcz odwrotnie. Bardzo trudno jest ocenić, co się dzieje, gdy samemu płynie się w tym nurcie. Bo to jest jak z rzeką – to, że płynie spokojnie, nie oznacza wcale, że za zakrętem nie zacznie płynąć żwawiej, a potem może znowu zwolnić albo stać się wodospadem. Łatwiej na bieg wypadków patrzeć z perspektywy czasu, czyli po prostu oceniać historię. Z takiej perspektywy na przykład nasza część świata była dosyć szczęśliwa po 1989 roku. Oczywiście nie dla każdego upadek bloku sowieckiego był korzystny. Wielu ludzi na tych zmianach straciło – pozycję, perspektywy, pieniądze. W sumie jednak polskie społeczeństwo dostało – mówiąc kolokwialnie – nowego kopa i summa summarum zaczęło się bogacić. Młodzi zaczęli wyjeżdżać na zagraniczne studia, a wakacje zimowe w Alpach nie były tylko dla najbogatszych. Gdzieś na przełomie wieków, gdy dolar stale taniał, a nasze PKB rosło, wydawało się, że nie ma końca tego rozwoju.
O tym, że świat nie jest już taki sam, brutalnie przekonaliśmy się 11 września 2001 roku. To wtedy poznaliśmy prawdziwą cenę końca zimnej wojny. Bogaciliśmy się (nie mówię tu tylko o nas, Polakach czy Europejczykach) tak szybko, że do naszych drzwi zapukała bieda z innych obszarów. I puka cały czas. A o tym, co się działo później, jest już coraz trudniej pisać i mówić, bo im bliżej dnia dzisiejszego, tym bardziej obraz mętnieje.
Coś jednak widać. Po pierwsze, do największych zmian doszło w Stanach Zjednoczonych. Stan finansów tego giganta jest raz lepszy, raz gorszy, ale generalnie nijak się ma do tego, co działo się z amerykańskimi aktywami jeszcze 20 lat temu. Politycznie natomiast nie powiem, że w USA doszło do katastrofy, bo to dopiero czas pokaże, ale na pewno Donald Trump wygrywający wybory jest czymś w rodzaju trzęsienia ziemi.
W Europie jest podobnie. Brexit był wstrząsem, ale prawdziwe nieszczęścia zaczęły się wcześniej. W 2004 roku, czyli wtedy, gdy formalnie weszliśmy do UE, entuzjazm dla rozszerzenia Unii był dosyć powszechny, podobnie jak powszechny był na naszym kontynencie optymizm. Wspólna waluta miała nas scementować, a rozumnie wydawane pieniądze z funduszu spójności miały z Europy zrobić coś w rodzaju małego raju na ziemi. Tymczasem coś poszło nie tak. Okazało się, że jednak gospodarki południa Europy nie są takie same jak te na północy, nagle wszystko przestało się tak dobrze kalkulować i dziś już prawie nikt nie patrzy w przyszłość UE z nadzieją i optymizmem.
I wreszcie Rosja. Na przełomie wieków Rosja była byłym mocarstwem. Armia była w rozsypce, a symbolem militarnych kłopotów giganta było zatonięcie „Kurska”, podwodnego okrętu atomowego. Europę zalewali tak zwani „nowi Rosjanie” i wydawało się, że jedynymi związkami wolnego świata z Rosją będą związki handlowe. Ale potem przyszły wojny – z Gruzją, z Ukrainą i dziś już nie ma żartów. Putin patrzy na zachód z apetytem, a być może patrzą tak na nas ci wszyscy Rosjanie, którzy Putina popierają, a jest ich naprawdę mnóstwo.
Jak tak poskładać to wszystko razem, to obraz nie rysuje się zbyt radośnie. I nie chodzi tu tylko o pojedyncze wydarzenia, ale o trendy i tendencje. Zatem gdybym miał Państwu i sobie samemu życzyć czegoś na nadchodzący rok, to chyba tylko tego, by nie okazało się, że te trendy nie są nieodwracalne. Albo inaczej: by nic nie było takie oczywiste, jak to wygląda na pierwszy rzut oka.
Quo vadis świecie?
REKLAMA
REKLAMA




















