W związku z pogarszającym się stanem zdrowia 80‑letniego ojca pani Wioletta wezwała pogotowie ratunkowe. Tak starszy pan trafił, nie po raz pierwszy, na Oddział Kardiologii Szpitala Wojewódzkiego św. Łukasza w Tarnowie.
– Ze wstępną informacją, że powodem pogorszenia się stanu zdrowia jest infekcja – dodaje córka. – Zostawiając ojca na oddziale, przedstawiłam pełną dokumentację medyczną, łącznie z kartą wypisu ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Ojciec był w tym szpitalu przygotowywany do operacji wymiany zastawki serca i parę dni wcześniej wykonano tam wszystkie niezbędne badania, w tym koronarografię. Do domu został wypisany w stanie dość dobrym. Dostał skierowanie do Krakowskiego Szpitala Specjalistycznego im. Jana Pawła II, w którym dosłownie za kilka dni miał mieć przeprowadzoną operację.
Zdaniem córki, pobyt w tarnowskim szpitalu od początku przebiegał nie tak, jak powinien.
– Już w chwili przyjęcia nikt z personelu nie sprawdził, jak założony został wenflon przez ratownika medycznego. Cała kroplówka zeszła ojcu pod skórę, ręka była nabrzmiała do granic możliwości. Gdzie były w tym czasie pielęgniarki?
Pani Wioletta odwiedzała ojca codziennie, widząc, jak jego stan z dnia na dzień się pogarsza. Gorzej mówił, miał problemy z logicznym myśleniem, ciężko oddychał, puchły mu nogi.
– Powiedziano mi, że ojciec zmarł z powodu niewydolności krążenia oraz osłabienia infekcją i dużego obciążenia nerek przez kontrast podany przy koronarografii. Wszyscy zgodnie powtarzali, że ojciec musi dużo pić, żeby wypłukać nerki i nawodnić organizm. Skoro uważano, że problem tkwi w nerkach, dlaczego nic w tym kierunku nie zrobiono? Czy czasami mój ojciec nie zmarł przez lekarskie zaniechanie?
Autorka skargi ma żal również do pielęgniarek.
– Ojciec był w słabej kondycji psychofizycznej, jeśli nawet potakiwał, to nie wszystko rozumiał, nie ze wszystkiego zdawał sobie sprawę. Tymczasem nikt nie zwracał większej uwagi na ilość wypijanych płynów i oddawanego moczu. Jeśli tato twierdził, że był w toalecie, to niekoniecznie, biorąc pod uwagę jego stan, należało mu wierzyć. Chyba że dla świętego spokoju…
To był długi weekend. Termin dosyć pechowy.
– Największym problemem było uzyskanie jakichkolwiek informacji od dyżurujących lekarzy. Ci odsyłali mnie do lekarza prowadzącego, który był nieobecny. Odpowiadali lakonicznie, że nie mają wglądu w historię choroby. Jeden stwierdził, że jest tylu pacjentów, że gdyby chciał wszystko wiedzieć o każdym, to głowa by mu pękła…
Pani Wioletta podkreśla, że podczas pobytu ojca w krakowskim szpitalu takich problemów nie było. Każdy z lekarzy potrafił znaleźć kilka minut na rozmowę i informację o stanie zdrowie pacjenta.
– Dlaczego personel tarnowski tego nie potrafi? Pytań ma więcej. – Czy tutaj pacjent z rodziną musi się czuć „malutki” przed panem doktorem? Za każdym razem, kiedy ojciec był przyjmowany na oddział, oczekiwaliśmy prawie trzy godziny na korytarzu. Kiedy zawiozłam ojca do Krakowa, to najpierw otrzymał łóżko, żeby mógł się rozpakować i odpocząć. Lekarz poinformował, że na wywiad przyjdzie za godzinę i zapytał, czy czegoś nie potrzebujemy. Czy w Tarnowie taki scenariusz nie jest możliwy?
– Oczywiście, że jest możliwy, co więcej, jest standardowo stosowany. Sytuacje, kiedy pacjent oczekuje na łóżko na korytarzu, zdarzają się tylko wtedy, kiedy brakuje miejsc na oddziale – zapewnia Damian Mika z Zespołu Promocji Szpitala Wojewódzkiego im. św. Łukasza. Zaprzecza, jakoby nowy szpital podczas weekendów zamierał. Placówka obejmuje pacjentów 24‑godzinną opieką. Całodobowo dostępna jest również pełna diagnostyka.
– Zgodnie z obowiązującą w oddziale kardiologii zasadą, informacji o stanie pacjenta oraz planowanym leczeniu udziela ordynator lub lekarz prowadzący, a lekarz dyżurny udziela informacji w sytuacjach nagłej zmiany stanu zdrowia. Dlaczego w przypadku ojca pani Wioletty kardiolog nie przeprowadził konsultacji ze specjalistą od nerek?
– Według lekarza prowadzącego nie było takiej potrzeby – słyszymy.
Nasza rozmówczyni niedawno wystosowała kolejne pismo do dyrekcji szpitala. Zaraz po tym, jak otrzymała odpowiedź na swoją skargę.
– Nie wiem, czy dyrektor do spraw lecznictwa stwierdził zaniedbania w leczeniu mojego ojca, czy nie. W jednym miejscu czytam, że przeprowadzono „stosowne rozmowy”, „przypomniano normy etyczne i zobowiązano do ich przestrzegania”, a nawet „podjęto konieczne działania w celu uniknięcia tego typu zdarzeń w przyszłości”, a na kolejnych kartach widzę notatki lekarzy, którzy kategorycznie odrzucają wszystkie moje zarzuty i nie stwierdzają w swoim zachowaniu niczego niewłaściwego. A ja podtrzymuję, że spotkałam się z cynizmem i arogancją. Ordynator tłumaczył mi, że lekarze są przemęczeni, mają za dużo dyżurów. Moim zdaniem, to niczego nie usprawiedliwia. Jeżeli mają czas na prywatną praktykę, to nie powinno im brakować czasu i serca do pracy na etacie w szpitalu.
Nieprawdą jest, że mój ojciec został przyjęty na oddział w ciągu kilkunastu minut – ja się skarżę na kilkugodzinny czas oczekiwania. Proponuję umieścić kamery monitoringu na korytarzu. Przy okazji dowiedziałam się, że ojciec „położony został w najlepszej sali”. Poza ciągłym przeciągiem nie zauważyłam tam niczego nadzwyczajnego. No, chyba że łóżko, szafkę i taboret. Wiem, że sekcja zwłok nie odpowiedziałaby na moje pytania, bo ciało ludzkie nie koduje znieczulicy…























