Przy sieci

0
Przy sieci
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Wyciąganie sieci to na plażach u wybrzeży Sri Lanki codzienny spektakl. Nierzadko w korowodzie osób ciągnących sznury ustawiają się też turyści. Są mile widziani. Przy sieci każda para rąk się przyda, a turyści zwykle nie domagają się udziału w połowie.

Ryby można łowić na różne sposoby, ale robienie tego na włok stawiany w przybrzeżnych wodach jest na wyspie zwanej dawniej Cejlonem metodą najbardziej tradycyjną, popularną i społeczną. Włok to sieć ciągnięta sznurem, z pływakami na górnej, ciężarkami na dolnej krawędzi, a w środkowej części z tzw. matnią, do której trafiają ryby, gdy sieć zagarnia wodę. Włok można ciągnąć za statkiem czy kutrem, jednak na Sri Lance zwykle wyciąga się go ręcznie. To rodzaj wyspiarskiego rytuału, w którym uczestniczą ludzie, ryby i ptaki.

Korowód na plaży

Rankiem z plaży spycha się na wodę wąskie, drewniane czółna z silnikiem, nakryte zwojami sieci. Łodzie wypływają na kilkadziesiąt metrów w morze, a potem powoli dryfują na fali, podczas gdy dwóch rybaków stawia sieć, zrzucając kolejne zwoje. Co jakiś czas uruchamiają silnik, by podciągnąć sieć we właściwym kierunku. Potem wracają na plażę.

Sieć wyciąga się zwykle wczesnym popołudniem. Do tego czasu na plaży w pobliżu łodzi, która stawiała sieć, powoli gromadzą się ludzie. Przychodzą rodziny rybaków, ich żony i dzieci. Przychodzą inni rybacy i ich sąsiedzi. W swojej wędrówce po plaży zatrzymują się sprzedawcy pamiątek – naszyjników, batików i plecionych bransoletek. Zawsze pojawiają się dwie lub trzy stare kobiety, które siadają na piasku i cierpliwie czekają. Gdy mężczyźni ustawiają się przy sznurze sieci, zajmują miejsce między nimi i także zaciskają dłonie na linie. Rybacy nie są z tego zbyt zadowoleni, ale nie protestują. Natomiast turyści – plażowicze, spacerowicze, surferzy – są w towarzystwie ciągnących zawsze mile widziani.

REKLAMA (2)

Zaczyna się wyciąganie sieci. Jest to czynność niespieszna i towarzyska. Nikt się przesadnie nie spręża. Nietypowa technika to raczej niespieszne kroczki z dłonią na sznurze. Przystanki w tej wędrówce po piasku od morza są dość częste choćby po to, by pogadać przez chwilę z jakimś przechodniem, świeżo przybyłym znajomym, czy rzucić żartem w kierunku rybaka dwa miejsca dalej przy sznurze. Dzieci z rybackich rodzin oczywiście nie ciągną zbyt efektywnie, są tu raczej po to, by przywyknąć za młodu do pracy, niż dla rzeczywistej pomocy. Stale też przepychają się przy linie, zaczepiają wzajemnie, co chwilę porzucają swoje miejsca w szeregu, by pobiegać po plaży.

W Galle, ruchliwym mieście na południowym wybrzeżu Sri Lanki, plaża na odcinku kilku kilometrów sąsiaduje z zatłoczoną samochodami drogą. Plaża jest tu wąska, wielu mężczyzn ciągnących sznur sieci wchodzi więc na szosę, przecinając drogę autobusom, ciężarówkom, samochodom osobowym i tuktukom – motorowym rykszom. Nikogo to nie dziwi – auta zwalniają, przystają, omijają uczepionych sznura ludzi, czekają, aż szereg się przesunie lub przeformuje. Sri Lanka jest wyspą, a dla wyspiarzy ryby zawsze są ważne.

Poza tym Lankijczycy są towarzyscy. Bileterzy – naganiacze z autobusów, kierowcy ciężarówek i tuktuków wychylają się z pojazdów i wołają coś do rybaków przy linie. Paradnie umundurowany policjant przygląda się temu spokojnie.

Handel rybami
fot. Marta Tutaj

Pieśń rybaków

Kiedy po kilkudziesięciu minutach niespiesznego ciągnięcia, z ciepłych fal lankijskiego morza wynurza się matnia – część sieci obciążona rybami – zwykle kilku mężczyzn porzuca miejsce przy sznurze. Spod płacht leżących na plaży wyciągają plecione z łyka i palmowych liści kosze, wchodzą do płytkiej wody i zaczynają wybierać ryby z sieci, przerzucając je do koszyków. Czasem od razu je sortują – do jednego kosza ościste belony czy drobne płastugi, do innego ryby smaczne i cenione. Ale niekoniecznie. Zależy to od obfitości połowu – jeśli ryb jest dużo, należy je przede wszystkim przerzucić do koszy, a potem wypłukać.

Czasem okazuje się, że połów udał się wyjątkowo, w płytkiej wodzie setki ryb trzepocą się w matni. Wówczas najsilniejsi mężczyźni wchodzą po szyję do wody, stają kręgiem wokół sieci i unoszą jej brzegi, by ryby nie wyrwały się na wolność.

Jest to piękny moment, bo wówczas rybacy zaczynają chórem, niegłośno, ale radośnie śpiewać. Jest tak zawsze. Przepełnionej sieci nie ciągnie się w milczeniu. Śpiew jest wyrazem wdzięczności dla wszystkich duchów, bóstw i okoliczności sprzyjających połowom.

Wielki połów holuje się wspólnymi siłami na jakąś dogodną płyciznę i tam, wciąż przy akompaniamencie śpiewów, niespiesznie przerzuca do koszy. Każdy wypełniony kosz dwóch mężczyzn niesie znów do morza, by – zanurzając pojemnik – ryby wypłukać.

Tymczasem na plaży zbiera się coraz więcej ludzi. Przychodzą kobiety z wioski. Przychodzą handlarze ryb i kucharze z drogich hoteli. Podjeżdżają motocykle, zsiadają z nich mężczyźni z kaskami po pachą i foliowymi torbami, czy jutowymi workami w dłoniach.

Płuczący ryby ustawiają kolejne kosze na piasku. Ludzie z grupy czekającej na plaży przepychają się do przodu, zaglądają do koszy, oglądają ryby, wskazują palcami te, które chcieliby dostać czy kupić. Zaczynają się targi i spory, które mogą trwać długo.

REKLAMA (3)

Zasada jest prosta: ci, którzy stali przy sznurze gdy wyciągano sieć, mają prawo do udziału w połowie. Nawet jeśli – jak stare kobiety z wioski – byli mało pomocni przy ciągnięciu. Samotne stare kobiety nie mają dość sił, by skutecznie ciągnąć sieć, niewiele mają też możliwości zarabiania pieniędzy. Ale jeść muszą, więc skoro były przy sznurze, należy im się kilka ryb. Od właściciela sieci – i obfitości połowu – zależy, czy dostaną tylko najgorsze gatunki, czy także jedną lub dwie z lepszych ryb.

Udział wron

Tego dotyczą spory i targi. Ciągnący sieć nie płacą za ryby, ale oczywiście chcieliby te lepsze, które właściciele sieci rezerwują dla kupców płacących gotówką. Kolejne ryby układa się na rozłożonych na piasku płachtach, podnosi, ogląda, kręci nad nimi głowami, po krótszych czy dłuższych targach pakuje do foliowych toreb, a plik wymiętych banknotów zmienia właściciela. Zdarzają się nabywcy wyjątkowo uparci. W Tangalle była np. starsza pani z długim białym warkoczem, która stała przy linie, a potem sama wybrała sobie ryby i… usiadła na nich. Siedziała tak długo, aż właściciel sieci zgodził się oddać je właśnie jej

W końcu – zwykle krótko przed zachodem słońca – ryby zostają sprzedane lub podzielone i każdy ze swoją częścią połowu wraca do domu. Nadchodzi czas wron.

Na plażach Sri Lanki spotkać można różne ptaki – rybitwy i siewki, czaple, biegusy, brodźce, nawet pelikany. Najliczniejsze i najbardziej wszędobylskie są jednak nie białe mewy, lecz czarne wrony orientalne – inteligentni złodzieje i zjadacze resztek.

Turyści szybko przekonują się, że przychodzenie na plażę z foliową torbą nie jest dobrym pomysłem. Wrony orientalne dawno temu nauczyły się, że plastikowe torby często zawierają coś jadalnego, toteż od razu gromadzą się przy nich i próbują dostać się do środka. Przyłożyłam kiedyś butelką wody w reklamówce zostawione na plaży ubranie. Po kąpieli w morzu zastałam na swoich rzeczach ogromne stado wron. Butelki nie ruszyły, ale z plastikowej torby zostały fruwające strzępki. Bardzo małe.

Wrony są inteligentne. Gdy formuje się szereg rybaków do ciągnięcia sieci, dobrze wiedzą, na co się zanosi i zaczynają się zlatywać tłumnie. Siadają na piasku, na łodziach, na koszach. Czekają.

Wiedzą, że gdy wynurzy się sieć, a ludzie zabiorą ryby, w pozostawionej na piasku sieci będzie jeszcze dość bardzo drobnych rybek, wzgardzonych przez ludzi. To ptasi udział w połowie. Do późnego wieczora wrony będą czyścić sieć.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze