W zasadzie bez skończenia tej uczelni nie można było liczyć na awanse w hierarchii struktur PZPR, a fakt, że uczelni tej nie ukończył Aleksander Kwaśniewski, jest tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jako świeżo upieczony absolwent WSNS został I sekretarzem PZPR w Skierniewicach, skąd po dwóch latach ściągnięto go do Warszawy, dając mu stanowisko członka Biura Politycznego PZPR. Był to dla niego ogromny awans. Miller miał wtedy zaledwie 42 lata i polityczna kariera stała przed nim otworem.
Ku jego zaskoczeniu (i chyba nie tylko jego) po czerwcowych, prawie wolnych wyborach, w 1989 roku skończył się PRL. Dla Leszka Millera było to trochę jak koniec świata, usunął mu się grunt pod nogami, w dodatku wyprowadzono z Sali Kongresowej sztandar jego partii. Do tak zwanego Sejmu Kontraktowego się nie załapał, załatwiał w Moskwie fundusze na dalsze funkcjonowanie tego, co pozostało po jego partii, ale w 1991 roku się otrząsnął i wszedł do parlamentu po pierwszych prawdziwie wolnych wyborach. 6 lat później Miller triumfalnie wprowadził SLD do Sejmu na pierwszym miejscu. Bardzo niewiele mu zabrakło do samodzielnego rządzenia, ale to przy naszej ordynacji wyborczej jest prawie niemożliwe, więc wszedł w koalicję z PSL. Nazywany był wówczas Kanclerzem. Był naprawdę mocarzem. To on w 2003 roku podpisywał się pod dokumentem finalizującym nasze wstąpienie do Unii Europejskiej. I chyba to było jego polityczne apogeum. Potem rozleciała się koalicja, spadł helikopter z Millerem na pokładzie, a katastrofalne notowania jego partii spowodowały, że ustąpił ze stanowiska szefa partii i przestał być premierem. W 2007 roku nie dostał zgody SLD na startowanie w wyborach i przeniósł się do Samoobrony. To był chyba największy dołek w jego karierze, chociaż nie jest wcale wykluczone, że prawdziwy dół jest dopiero przed nim.
Powrót do SLD, po potknięciach nowych liderów partii, młodziaków – Olejniczaka i Napieralskiego, nie zaowocował niczym ożywczym. SLD ledwie przędzie. W kolejnych wyborach chwieje się w pobliżu wyniku dwucyfrowego, ale nie jest partią atrakcyjną właściwie dla nikogo.
Kwintesencją zagubienia tak zwanej lewicy jest chyba pani Magdalena Ogórek. Kandydatka Leszka Millera na stanowisko głowy państwa nie przekonuje do siebie elektoratu tęskniącego za PRL, a to właśnie ci ludzie byli bazą dla SLD. Nie przekonuje także ludzi zmęczonych rządami PO. Dla nich wzięła się znikąd, i nie wnosi do polityki niczego nowego a przede wszystkim jest nienaturalna. Bulwersujące zdanie, że kandydatka zatelefonowałaby do Putina, sugeruje, że obecny prezydent takiego telefonu by nie wykonał. Pytanie, co pani Ogórek chciałaby powiedzieć prezydentowi Rosji. Może: „Oj, Władimir, Władimir”?
Nie chcę się pastwić nad panią Ogórek, chociaż nikt jej do kandydowania nie zmuszał, a jest osobą na tyle dorosłą, by wiedzieć, w co się ładuje. Chciałbym tylko zauważyć, że wszystkie jej wpadki są wpadkami Leszka Millera. To, że kandydatka ogłoszona 9 stycznia przez ponad miesiąc nie odpowiedziała na żadne pytanie dziennikarzy, jest czymś tak niewyobrażalnym, że chyba mogłoby być wpisane do księgi rekordów Guinnessa, ale nie jest to decyzja kandydatki, lecz jej promotora. Szef SLD wie to, co my podejrzewamy. Odpowiedzi pani Ogórek na pytania dziennikarzy mogłyby być większą katastrofą niż jej milczenie. Dlaczego zatem uważam, że kariera Leszka Millera jest kwintesencją polityczności? Ano dlatego, że pokazuje, że przez 30 lat w polityce bezkarnie można robić wszystko. Chociaż właśnie, czy bezkarnie? Moim zdaniem ten rok da nam prawdziwą odpowiedź.
Bezkarność Millera
REKLAMA
REKLAMA




















