W południowej Afryce deszcz mi w zasadzie nie dokuczał. Było tak niemal cały miesiąc, gdy podróżowałam bardzo nielicznymi autobusami i autostopem przez Republikę Południowej Afryki do sąsiedniego kraju, małego królestwa Suazi (obecnie Eswatini).
Zarówno nad jeziorem Santa Lucia, gdzie były krokodyle, hipopotamy i ptaki, na plażach w Sodwana i nad zatoką Kosi (gdzie mieszkałam w namiocie safari i wędrowałam co rano kilka kilometrów do morza) wszędzie było pogodnie, słonecznie i odpowiednio ciepło. I tak było w Suazi, gdzie każdego ranka witało błękitne niebo i gdzie można było wędrować całymi dniami po parku narodowym Mlilwane – dawnych królewskich terenach łowieckich. Na poboczach rdzawoczerwonych dróg kwitły kwiaty, latały motyle i ważki o nakrapianych skrzydłach, skakały barwne pasikoniki, a stada antylop gnu wzniecały tumany kurzu. Inne antylopy – impale, niale, buszboki albo zebry patrzyły spośród wysokich traw, a na każdym drzewie kolorowe żołny polowały na owady. Krótko mówiąc: gdzie nie było zbyt wielu much, był raj.
Jedziemy do RPA
Pewnego dnia trzeba było jednak opuścić Mlilwane i tego też dnia idealna pogoda się skończyła – bardzo adekwatnie do mojego nastroju. Ranek wstał pochmurny, a potem – gdy czekałam na publiczną furgonetkę przy jednej z głównych dróg – zaczęło padać. Ponieważ bus nie pojawił się, zabrała mnie swoim autem ciemnoskóra dziewczyna, pracująca w przygranicznym mieście jako pielęgniarka. Wysadziła mnie przy publicznym targu, skąd jeździły (podobno!) międzynarodowe mikrobusy do Durbanu w RPA.
W lekkim deszczu, ale przynajmniej pod dachem, czekaliśmy w busie, aż zbierze się odpowiednia liczba pasażerów. Potem kierowca zebrał nasze paszporty i… zniknął z nimi na prawie godzinę. O dziwo, nikogo prócz mnie zdawało się to nie niepokoić. Współpasażerowie – głównie Suazyjczycy pracujący w RPA – uspokajali mnie, że to normalna procedura. Kierowca czeka w kolejce do małego kiosku w rogu targowiska, żeby siedzący tam urzędnik wbił do paszportów stemple przekroczenia granicy. A potem już pojedziemy.
Byłam pełna wątpliwości, ale okazało się, że tak właśnie się stało. Jechaliśmy siedem godzin. Po drodze do niemal pełnego busa dosiadło się jeszcze kilka osób, na przykład zdecydowanie duża Afrykanka z bardzo małym dzieckiem, która czekała na kompletnie pustym odcinku drogi pod kolorowym parasolem. Tylko ja w mikrobusie byłam biała, ale współpasażerowie traktowali mnie bardzo życzliwie. Robotnicy z Durbanu na zmianę podtrzymywali mój stale przewracający się plecak – przez całą drogę.
Przystanek w ciemno
Kawałek przed Durbanem doszłam nagle do wniosku, że nie mam potrzeby jechać do miasta – lepiej wysiąść w jednej z miejscowości na wybrzeżu. Do lotniska nie było stąd dalej niż z Durbanu, a przynajmniej ominę wielkie i niezbyt podobno bezpieczne miasto. A ponieważ akurat wjeżdżaliśmy do Ballito, zakomunikowałam kierowcy, że chcę tu wysiąść. Przyjął to całkiem spokojnie i zapytał, gdzie mnie wysadzić.
– Och, gdziekolwiek w centrum, gdzie możesz stanąć.
Kierowca, siwiejący Afrykańczyk, skłonił się lekko.
– Madame, przez dwadzieścia lat byłem kierowcą autobusu w Durbanie. Mogę stanąć wszędzie. Gdzie tylko chcesz.
Zupełnie na znałam Ballito. Ponieważ rzucił mi się w oczy neon dużego centrum handlowego, wskazałam to miejsce. Przy centrum handlowym, wnioskowałam, muszą być jakieś taksówki. Całkowicie się myliłam. W Ballito nie było taksówek. Żadnych i w ogóle. Powinnam pamiętać, że nie jestem już w Suazi, tylko w RPA. Tu każdy miał własny samochód. A jeśli chwilowo nie miał – wynajmował. Taksówki zwyczajnie nie były potrzebne.
U jubilera
Owszem, były share taxis – publiczne mikrobusy. Ich postój znajdował się na tyłach galerii handlowej, na błotnistym placu, obecnie całkowicie zajętym przez ogromną kałużę. Na jej obrzeżach mokli w strugach deszczu Afrykańczycy, czekający na właściwy mikrobus. Furgonetki nie były w żaden sposób oznaczone, a kursowały do różnych wiosek i osiedli wokół Ballito. Zapewne któreś z nich stawały koło jakichś hoteli, na które w Ballito – nadmorskim kurorcie tuż koło Durbanu – byłoby mnie stać. Niestety nie miałam pojęcia, które. W dodatku padało coraz gwałtowniej. W strugach wody uciekłam do galerii handlowej, gdzie rzuciłam plecak pod ścianą i przysiadłam na nim, by się trochę wysuszyć.
Deszcz zawsze działał na mnie deprymująco, w dodatku byłam zmęczona długą jazdą i przybita myślą o wyjeździe. Nie miałam żadnego pomysłu, co dalej robić. Chodzić z plecakiem w deszczu i szukać noclegu w kompletnie nieznanym mi miejscu? Może jednak należało jechać do Durbanu?
Ze sklepu jubilerskiego naprzeciw wyszła elegancka kobieta i dobrą angielszyczyzną (nieczęstą u białych mieszkańców RPA, którzy wierzą, że afrikaans jest podobny do angielskiego!) zapytała mnie, co tu robię i jaki mam problem. Wyjaśniłam, że przyjechałam z Suazi, że następnego dnia odlatuję, w Ballito chciałam przenocować, ale nie przypuszczałam, że nie znajdę tu taksówki. Elegancka sprzedawczyni klejnotów skinęła głową.
– Faktycznie, nie mamy tu cabs. Ale co zrobisz? Za chwilę będzie ciemno, a tu biali nie spacerują po zmierzchu.
Zostałam zaproszona do sklepu, posadzona na krześle dla klientów, a elegancka sprzedawczyni usiadła przy komputerze i zapytała, jaki hotel mnie interesuje. Powiedziałam, że na jedną noc coś budżetowego, może hostel? Są takie w Ballito?
– Sprawdzę – zapewniła kobieta. Kilkanaście minut potem powiedziała mi, że znalazła schronisko, zrobiła rezerwację i że stamtąd przyślą po mnie dżipa. Pozostało mi powiedzieć, że to najlepszy sklep, jaki znam w RPA. Ze wszystkich.
Wśród wieżowców
Wkrótce potem człowiek przypominający hippisa podjechał pod galerię jaskrawoczerwonym dżipem i zabrał mnie do hostelu, Był to mały, kolorowo pomalowany budyneczek, wciśnięty między dwa ogromne, betonowo-szklane hotelowe wieżowce na wybrzeżu. Wciąż padało. Taras schroniska pełen był kotów, które melancholijnie patrzyły na deszcz.
Rano nie padało, ale niebo było ciężkie i bure, gotowe przynieść kolejne opady. Nie robiło mi to różnicy. Skoro i tak miałam opuścić Afrykę, to może lepiej zrobić to w deszczu.
Z tarasu hostelu nie było widać morza, zasłaniała je fasada jednego z wielkich hoteli. Ben, właściciel schroniska, powiedział, że za to jego klienci mogą korzystać z hotelowego basenu. Odlatywałam późnym popołudniem, ale pogoda nie była zbyt kąpielowa. Na tarasie, na tle sąsiedniego hotelu, robiła sobie zdjęcia para młodych Rosjan. Mieszkali w schronisku, ale do domu zamierzali posłać zdjęcia z drogim hotelem w tle. Że niby tam mieszkają… Wymieniliśmy z Benem spojrzenia, wzruszając ramionami.
Plaża w Ballito była brązowa, z dużą liczbą nadmorskich skał, oddzielona od lądu szeregiem wysokich hoteli i rezydencji. Dominowały co najmniej wielopiętrowce budowane jak piramidy, żeby maksymalnej liczbie pokoi do wynajęcia zapewnić widok na morze. Apartamentowce i hotele otoczone były – jak to w RPA – elektrycznymi płotami z bramkami otwieranymi na szyfr, wszędzie stali też strażnicy w uniformach, wsparci o kije bejsbolowe… Na szczęście nadmorski bulwar – betonowa ścieżka z barierką – nie należał do żadnego hotelu i był ogólnodostępny.
Wykąpałam się na wąskiej plaży między skałami, choć morze było szare i wzburzone. Potem spacerowałam trochę wzdłuż wybrzeża, patrząc tyleż na morze, co na dziwaczną architekturę nadmorskich rezydencji. A gdy już zaczęło padać, wróciłam do hostelu, wypiłam kawę, pogłaskałam koty, pożegnałam się z Benem. I po południu w deszczu odjechałam na lotnisko…
# TEMI, Podróże, Deszcze niespokojne Pożegnanie z Afryką Marta Tutaj, Afryka RPA Suazi Eswatini Marta Tutaj, Park Narodowy Mlilwane Marta Tutaj


![Rozpoczęły się Targi Pracy i Innowacji Tarnowskich – ITAR 2026 [ZDJĘCIA] Targi Pracy 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Targi-Pracy-2026-11-218x150.jpg)


![Prace przy „Szczucince” rozpoczęli od wycinki dzikiej zieleni [ZDJĘCIA] Stacja Dąbrowa Tarnowska 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Stacja-Dabrowa-Tarnowska-2026-5-218x150.jpg)















![Klasowe ognisko koronawirusa [MEM] Koronawirus mem klasowe ognisko](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2020/09/korona-324x235.jpg)


