Z nocnej wracając wycieczki

0
Makak
Makak | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Mieszkaliśmy w drewnianym baraku w tropikalnym lesie, w którym żyły „małpy z trąbami” i największe na świecie dzikie świnie, w dodatku… brodate. Żyły tam też latające łasice, ale o tym dowiedzieliśmy się później. Było to w parku narodowym Bako, w malezyjskiej części wyspy Borneo.

Bako jest najstarszym i najmniejszym parkiem narodowym stanu Sarawak, stanowiącego ponad połowę malezyjskiego terytorium na Borneo. Park obejmuje 27 km kw. między ujściami rzek Sungai Sarawak i Betang Bako. Utworzono go w 1957 roku przede wszystkim dla ochrony nosaczy sundajskich – endemicznych małp Borneo, niestety coraz mniej licznych. W Bako przetrwało ich nieco ponad sto sztuk. Nosacze są spore, białorude, mają długie ogony, wydatne brzuchy, małe oczka i soplowate nosy. Po angielsku nazwa tego gatunku brzmi proboscis monkeys, czyli „małpy z trąbami”. Malezyjczycy i Indonezyjczycy używają dla nich nazwy orang belanda oznaczającej… Holendra. Albo po prostu białego człowieka. Najwyraźniej zarówno fizjonomia nosaczy – z mocno rumianą cerą i wielkim nosem – jak i ich ciężkawe, brzuchate sylwetki przypominały mieszkańcom Borneo białych ludzi. W internecie nosacze zrobiły karierę jako satyryczne personifikacje przeciętnego Polaka – tzw. „Janusza” (porównanie, moim zdaniem, dla nosaczy krzywdzące). To dla tych małp – w każdym razie – przybywają do Bako turyści z całego świata.

Przybysze i bywalcy

Nasz hostel w Bako miał postać długiego baraku pod spadzistym dachem. Składał się z kilku czteroosobowych pokoi ze wspólnym zapleczem kuchenno-sanitarnym, bardzo basic – jak to określała Kate, Amerykanka mieszkająca za ścianą. Resztę moich sąsiadów stanowili Ken – Anglik po pięćdziesiątce, Stojan – młody Bułgar, Serb w średnim wieku, para młodych Niemców – ona pulchna, on chudy jak patyk, i Malezyjczyk, przewodnik grupy turystów zakwaterowanej w droższych, osobnych bungalowach. Była jeszcze jedna para – chłopak z malezyjskiej rodziny, urodzony w Berlinie i podróżujący ze swoją niemiecką dziewczyną. I jeszcze jeden Amerykanin – młody, brodaty Jeff, który prawie nie ruszał się z drewnianej werandy naszego hostelu. Siedział tam stale w rozklekotanym krześle, nalewając sobie kolejne porcje wódki z sokiem i wlewając je w siebie niespiesznie. Twierdził, że na werandzie jest mu najlepiej.

Co prawda z werandy można było zobaczyć sporo. Hostel stał niedaleko wybrzeża, w lesie pełnym lian, pnączy i kwitnących porostów. Przynajmniej dwa razy dziennie przechodziły tędy nosacze w stronę swoich żerowisk przy plaży. Jeszcze częściej zjawiały się wszędobylskie makaki, które zresztą dwukrotnie obrobiły nam lodówkę (tak Bułgar stracił zapas jedzenia, przytargany w plecaku!). Makaki pływały też – a nawet nurkowały – w rozlewiskach deszczówki, stojących między bungalowami.

REKLAMA (2)

Za makakami wędrowały pod naszą werandę świnie brodate – borneańskie krewne dzika. Te duże (młody osobnik ma rozmiar dorosłego dzika) świnki z długimi, szczeciniastymi bokobrodami nauczyły się, że małpy nie zawsze potrafią otworzyć to, co ukradną – wówczas porzucają zdobycz. Małpy nie dobiorą się np. do puszki konserw. Żadna puszka nie oprze się jednak szczękom i racicom największej podobno dziko żyjącej świni na świecie.

W Azji świnie brodate uważane są za szkodniki, bo bezlitośnie ryją pola i drogi. W Bako jednak nauczyły się zgodnego współżycia z ludźmi. Nie kradną jak makaki, chętnie natomiast pasą się na trawniku przed kantyną, gdzie zawsze mogą liczyć na jakiś poczęstunek ze strony jedzących na tarasie turystów. Dokarmianie zwierząt jest w parku zabronione, ale świniom wystarcza skórka z arbuza, ogryzek jabłka czy resztka ryżu. Niektóre z nich – jak młoda smukła loszka, ulubienica wszystkich – nauczyły się nawet drobnych sztuczek. Na przykład porozumiewawczo kiwają głową, czy cmokają wyciągniętym w kierunku ludzi ryjkiem. Niezależnie od „bonusów” z kantyny, świniom z Bako nie grozi głód – w miękkiej wilgotnej glebie jest dość pokarmu. A podczas odpływu świnie wędrują kilometrami po odsłoniętym dnie morza, by – podobnie jak makaki czy czaple – szukać pożywienia w piasku. Widok świń brodatych na pofalowanej pustyni zatoki to naprawdę pejzaż z innego świata.

Świnia brodata
Świnia brodata | fot. Marta Tutaj

Żółwiak i Francuzi

Jedną z turystycznych atrakcji w Bako są nocne spacery po dżungli, organizowane przez strażników parku dla kilkuosobowych grup chętnych. Nasz spacer zaczął się późno z powodu ulewnego deszczu i odbywał w zasadzie też w deszczu – tyle, że trochę mniej ulewnym. Żyliśmy w Bako w deszczowym lesie, i rzeczywiście – padało codziennie. Czasem przez cały dzień.

Szliśmy więc z latarkami przez mokry, mokry, jakże mokry las. Strażnicy idący z przodu i z tyłu starali się żebyśmy zobaczyli coś więcej niż mokre liście, pnie i liany.

Nocny spacer zawsze zaczyna się od żmii. Zielonej żmii, która mieszka w krzaku przy jednym z bungalowów. Wszyscy strażnicy wiedzą, w którym, więc widok jadowitego węża w świetle latarki otwiera wędrówkę. Zwykle nietrudno jest też znaleźć innych drobnych i potencjalnie groźnych mieszkańców dżungli: skorpiony, jadowite żabki, wije, a także duże, dziwacznie wyglądające owady – patyczaki i straszyki. Strażnicy zwykle starają się wypatrzyć lori kukang – nadrzewnego lemurka o rzewnych oczach. Lori jednak nie zdarza się codziennie. Nam pokazał się tylko na moment – zaraz potem zniknął w gąszczu gałęzi.

Po niespełna godzinnym marszu doszliśmy do strumienia. Tu zawsze można coś zobaczyć – z kręgu światła latarek umykały nocne jaszczurki i kraby z kolorowymi szczypcami. Woda w strumieniu w kilku miejscach aż się kotłowała – przyczyną były stada drapieżnych sumów żerujących przy dnie. W innym miejscu jeden ze strażników wbił gruby kij w dno strumienia i wykonał ruch, jakby coś podważał. Okazało się, że wydobył w ten sposób spod warstwy piasku i mułu półmetrowej średnicy zwierzę kształtu żółwia. Miało jednak skorupę pokrytą skórą i pysk zakończony ostrą rurką. Był to żółwiak malajski, zwany też „żółwiem naleśnikowym”. Zagrzebany aż po nos w mule poluje na ryby, żaby i inne stworzenia wodne.

Nad strumieniem spędziliśmy sporo czasu – żółwiak i drapieżne sumy zachwyciły Francuzów, którzy nakręcili o nich dłuższy film. Francuzi dopiero co przyjechali i na spacer po lesie zabrali mnóstwo wyposażenia – np. na nogach mieli specjalne, sięgające nad kolana owijacze, mające chronić przed pijawkami ziemnymi i owadami. Reszta naszej grupy patrzyła na to z rozbawieniem – my od kilku dni chodziliśmy po lesie w zwykłych sandałach lub… boso.

REKLAMA (3)

Właściwe miejsce

Potem dotarliśmy do płytkiej jaskini. Jeden z przewodników poświecił na ściany. Spały na nich jak przyklejone do skały, ptaki przypominające jaskółki – salangany czarnogniazdowe (to ich gniazda są surowcem na słynną chińską „zupę z jaskółczych gniazd”).

Podczas wędrówki przez mokry las strażnicy szczególnie szukali lotokotów, czy też łasicolotów – nadrzewnych ssaków wielkości małego kota, które dzięki fałdom skóry między przednimi a tylnymi kończynami, mogą szybować z drzewa na drzewo. Lotokoty, trochę podobne do lemurów, dzień przesypiają ukryte w dziupli, zobaczyć je więc można tylko podczas nocnych wypraw. Strażnicy próbowali je wypatrzyć, ale w trakcie całej nocnej wycieczki to się nie udało. Dopiero, gdy dotarliśmy z powrotem do naszego baraku-hostelu, przewodnik wydał radosny okrzyk.

Okazało się, że samica łasicolota z młodym zechciała zawisnąć na drzewie stojącym nad dachem hostelu. Strażnik wskazał nam ją, a gdy tłoczyliśmy się pod drzewem, Amerykanin Jeff – który jak zwykle spędzał czas na werandzie nie uczestnicząc w spacerze – wyjrzał zobaczyć, co się dzieje. Entuzjastycznie wyjaśniliśmy mu, że poszukiwane całą noc lotokoty siedzą akurat nad nim.

– Zawsze mówiłem, że najlepiej się nie włóczyć, tylko posiedzieć na werandzie… – stwierdził Jeff.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze