
Przez rynek pędziła Ola, prawie już spóźniona na autobus do Tarnowa, zatrzymała się na widok leżącego na ławce, wzięła go za lodowatą rękę, sprawdziła, czy oddycha, nie wyczuła od niego alkoholu. Natychmiast zadzwoniła po pogotowie, lekarz stwierdził zawał, mężczyznę zabrano do szpitala.
Dziewczyna była zszokowana tym, że nikt nie zadzwonił ani po policję, ani po pogotowie. – Już w karetce mężczyznę poddano reanimacji, byłam potem w szpitalu, dowiadywałam się o jego stan zdrowia, lekarz mi pogratulował i powiedział, że najprawdopodobniej uratowałam mu życie – opowiada Ola. – Byłam z siebie dumna, ale jednocześnie czułam niepokój, jak niewielu ludzi zwraca uwagę na leżącego na ulicy człowieka. Wszyscy wychodzą z założenia, że pewnie pijany.
Ola przygotowuje się do wykonywania zawodu fizjoterapeuty, przeszła już kursy pierwszej pomocy przedmedycznej i jako studentka uczelni medycznej ma obowiązek udzielenia tego typu pomocy. Po wydarzeniach, po których długo nie mogła dojść do siebie, postanowiła przeprowadzić eksperyment i przekonać się, jak ludzie reagują na leżącego na ulicy człowieka. – Poprosiłam o pomoc kilku przyjaciół, zabraliśmy ze sobą aparat fotograficzny i ruszyliśmy. Pierwszą scenkę odegraliśmy na rynku, jeden z kolegów położył się na ziemi, rozpoczęło się czekanie. Przechodnie omijali go szerokim łukiem, bo leżał akurat na ścieżce – relacjonuje Ola. Leżącym zainteresowała się właścicielka jednego z przyrynkowych sklepów, chociaż ograniczyło się to jedynie do patrzenia. Koło chłopaka, jak policzyli eksperymentatorzy, przeszło 11 osób, nikt nie zareagował. Dopiero starsza pani pochyliła się nad rzekomo chorym i zapytała, czy wszystko z nim w porządku.
Kolejną próbę przeprowadzili w ogródku jordanowskim. I tam ruch był spory, oprócz przechodniów na ławkach siedzieli rodzice bawiących się dzieci. Ola położyła się obok alejki, towarzyszący jej koledzy stanęli niedaleko. – Leżałam twarzą w dół, więc ludzi nie widziałam, ale z uwagą słuchałam, co mówią. Dwie kobiety ubolewały nad młodymi, którzy od rana chodzą pijani, w głowach im się nie mieściło, że to dziewczyna doprowadziła się do takiego stanu. Koledzy policzyli, że przeszło obok mnie kilkanaście osób – mówi Ola. Co ciekawe, największe zainteresowanie leżącą dziewczyną wykazał czteroletni Maciuś. To on zaciągnął swoją babcię, żeby zobaczyła, co się z nią dzieje. A potem dzielny maluch mówił, że pani w przedszkolu mówiła, że jak ktoś leży na ulicy, to trzeba zadzwonić po pogotowie albo na policję, znał nawet numery.
Ola była zdruzgotana wynikami eksperymentu. – Uczono mnie, że po wystąpieniu zawału ważna jest każda sekunda, gdyby komuś faktycznie zdarzyło się to na ulicy, wcześniej by skonał, zanim doczekałby się, aż ktoś wezwie pogotowie – mówi dziewczyna. Ratownicy mówią zgodnie, im więcej ludzi przechodzi ulicą, tym są mniejsze szanse na to, że udzielą pomocy leżącemu. Działa odpowiedzialność zbiorowa, każdy myśli, że pewnie już ktoś wezwał karetkę.
W ubiegłym roku na jednej z ławek przy brzeskim rynku przez cały dzień leżał mężczyzna. Kiedy wreszcie jeden z przechodniów wezwał pomoc, okazało się, że 40-latek od wielu godzin nie żyje. Sekcja zwłok wykazała, że przeszedł rozległy zawał. Gdyby ktoś wcześniej zareagował, pewnie udałoby się go uratować.























