Demokracja

0
Grzegorz Miecugow
REKLAMA

Jej fundamentem są wolne, niczym nieskrępowane wybory. Oznacza to, że najważniejsze dla wspólnoty decyzje podejmuje większość obywateli, we wszystkich demokracjach zastrzega się przy tym, że większość będzie respektowała prawa mniejszości, chociaż diabeł schowany jest oczywiście w słowie „respektowała”. Tak czy owak, kręgosłupem demokracji jest gromadzenie większości wokół szeroko rozumianego rządzenia.
Wszystko zatem zależy od tego, jaka ta większość jest. Samo bycie większością nie jest przecież wartością samą w sobie i znamy z historii sytuacje, gdy większość potrafiła straszliwie zabłądzić, że przywołam tylko przykład Adolfa Hitlera i jego nazistowskiej partii, która przejmowała władzę w sposób demokratyczny i którą wspierała większość Niemców niemal do samego końca III Rzeszy. Wszystkim, którzy na różne sposoby wspierają się wolą większości i używają albo wręcz nadużywają pojęcia „suweren”, radzę pamiętać o tym, że większość wcale nie oznacza nieomylności, a nawet wręcz przeciwnie – bardzo często większość potrafi doprowadzić wszystkich, a więc także siebie samych, do katastrofy.
Nie wiemy, jak to jest z tą większością w naszym kraju. Mamy bowiem dość niską frekwencję wyborczą, która na w miarę przyzwoitym poziomie była tylko w wyborach kontraktowych, czyli częściowo wolnych. Na co dzień do urn wyborczych idzie tylko mniej więcej połowa polskich obywateli, nie wiemy zatem, jak wyglądałyby wybory wszystkich. A to, że wybieranie większości z większej całości jest niebezpieczne, można zauważyć na przykład w sieci, w której od lat wszystkie plebiscyty wygrywa Janusz Korwin Mikke, polityk, który ostatnio rzeczywiście wygrał wybory do Parlamentu Europejskiego, ale kilka miesięcy później przegrał wybory parlamentarne, tak jak jego ugrupowania przegrywały je od ponad 20 lat. Łatwo można założyć, że gdyby decydujący głos należał nie do wszystkich obywateli, ale na przykład tylko do kobiet, to w wielu sprawach, na przykład tych dotyczących aborcji, prawo byłoby inne, niż jest. Podobnie rzecz się ma z osobami młodymi. Gdyby głosowali ludzie przed 30, to świat wyglądałby inaczej, niż wygląda. Nie mówię, że lepiej. Wyglądałby inaczej.
Kilka tygodni temu Austria wybierała prezydenta. Pierwsze doniesienia były takie, że wybory wygrał Norbert Hofer, kandydat nacjonalistycznej, by nie powiedzieć mocniej – „brunatnej” Partii Wolności. Po przeliczeniu głosów listownych okazało się, że Hofera o włos wyprzedził Alexander Van der Bellen popierany przez Zielonych, syn rosyjskiego arystokraty i Estonki. (Europa odetchnęła, chociaż zapewne na krótko, bo powszechne oskarżenia o sfałszowanie wyborów są paliwem napędzającym Partię Wolności, która ani chybi wygra wybory parlamentarne). Gdy przyjrzeć się mapie Austrii, na której kolorem czerwonym oznaczono te miejsca, w których wygrał Hofer, to cała mapa jest czerwona. Niebieskie (kolor Van der Bellena) są tylko miasta. Niewiele zatem brakowało, by w Austrii to prowincja wybrała prezydenta.
To samo czeka nas w referendum brytyjskim. O tym, czy wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej, czy w niej pozostanie zadecyduje prowincja, czyli obywatele gorzej niż przeciętna wykształceni, przywiązani do wartości bardziej tradycyjnych i bardziej nieufni wobec tego wszystkiego, co przynoszą ze sobą na przykład imigranci nie tylko z egzotycznych krajów, ale także ci z Europy Wschodniej, na przykład z Polski. Czy podoba mi się świat, który budowany jest głosami prowincji? Jasne, że nie. Ale czy podobałby mi się świat budowany przez elity? Hmm… Tego nie powiedziałem.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze