Szczególnie w dziedzinie szeroko pojętych mediów. Z obowiązku śledzić muszę, co ukazuje się w licznych dziennikach i tygodnikach, i choć naprawdę niewiele po nich oczekuję, co i raz nie mogę się nadziwić.
Nie mogę się na przykład nadziwić, jak można było w Polsce do tego stopnia złachmanić renomowaną, znaną na całym świecie markę, jaką jest „Newsweek”. Amerykański tygodnik na Zachodzie należy do pism poważnych, zajmujących się polityką i sprawami społecznymi. U nas zrobiono z niego brukowiec, dla którego materiałem okładkowym jest wywiad, względnie artykuł, nie o premierze, ministrze czy liderze społecznym, nie o pokoju na Bliskim Wschodzie czy reformie emerytur − ale o celebrytkach z „Pudelka”. Okładki ułożone są w cyklu naprzemiennym: co dwa tygodnie jakaś prowokacja antykatolicka, co dwa tygodnie celebryta. Prowokacja zwykle polega na sparodiowaniu motywu ukrzyżowania (w ciągu kilku miesięcy „ukrzyżowali” tam Wojewódzkiego, gołego Palikota i model samolociku − to ostatnie ilustrowało kuriozalny artykuł oskarżający Jarosława Kaczyńskiego (ze śmiertelną powagą), że chce założyć nową sektę religijną na wzór XIX‑wiecznych Mariawitów, opartą na kulcie jego brata, i robić w ten sposób polski Kościół (!)). A potem numer „celebrycki” przeżywa z emfazą, jako wielki społeczny problem, że ktoś tam w pudelkowym światku kogoś straszliwie obraził albo sam został straszliwie obrażony, albo ktoś się obraził na kogoś. Internauci obrazili Hołdysa, Kuźniar z „X‑Factor” obraził się na internautów, Marta Gessler obraziła górali, buddyści obrazili się na Cejrowskiego…
Wrażenie rycia w mule pod dnem pogłębia komediowa wymiana redakcji między dwoma coraz trudniejszymi do odróżnienia tytułami − naczelny „Wprost” przechodzi do „Newsweeka”, a jego miejsce we „Wprost” zajmuje były naczelny „Newsweeka” i obaj zabierają z poprzedniego tytułu do nowego dotychczasowych współpracowników.
„Wprostweek”, jak mówi się na bliźniacze tytuły w środowisku, to i tak pikuś w porównaniu z autentycznym zbydlęceniem, w jakim pogrąża się „Gazeta Wyborcza” i inne media Agory. Zawsze były to media obrzydliwie propagandowe, gnojące Polaka‑katolika i jego świętości oraz tresujące swych odbiorców w prymitywnym „euroentuzjazmie”. Ale były czasy, gdy nie do pomyślenia było, aby redaktor „Gazety Wyborczej” paradował po ulicy z transparentem zaczynającym się od słowa na „pier…”. Inni redaktorzy po chamsku dowcipkują sobie z tragedii smoleńskiej, wtrącając w komentarze uwagi, że ktoś tam „błądzi jak Tupolew we mgle”. Albo komentują sprofanowanie grobu rodziców Adama Michnika równie szampańskim dowcipem: „pewnie to zrobił jakiś ostatni Żołnierz Wyklęty”. A w należącym do Agory Radiu Tok FM Jerzy Urban, najbardziej chyba żałosna kreatura stanu wojennego, i Stanisław Obirek, odstępca z zakonu jezuitów, licytują się w pogardzie dla Jana Pawła II. „Wojtyła to pan Nikt, marny krakowski aktor i tyle”, wyrokuje Urban, na co Obirek: „ja już dawno mówiłem, że to tylko prowincjonalny proboszcz”. A „Wyborcza” rozpowszechnia pseudoniusa kompletnie wyssanego z palca, absurdalnego, jakoby ktoś mówił, że Lepper mu mówił, że Kaczyński dał mu DNA Anety K.
Oj, te nasze media to jedna komedia, śpiewał kiedyś Ryszard Makowski z „Otto”. Najgorsze, że, jak to polskie komedie, raczej żenująca niż śmieszna.
Jedna komedia
REKLAMA
REKLAMA




















