To pierwsze zjawisko też się łączy z pieniędzmi, ale także ze zdrowym rozsądkiem. Nie ma sensu bowiem utrzymywanie szkoły, w której do „zerówki” idzie pięć osób, a do pierwszej klasy siedem. No i tu dochodzimy do sedna sprawy, czyli do demografii.
W tym roku szkolnym straciło pracę w naszym kraju aż 7 tysięcy nauczycieli. Jakaś część odeszła naturalnie, na przykład na emeryturę albo do jakiejś lepiej płatnej pracy (zresztą niekoniecznie w Polsce), jednak większość zwalniana jest z powodu braku dzieci do uczenia, czyli z powodów demograficznych. Dołek demograficzny nie jest żadną niespodzianką. Co prawda głośno jest o tym od kilku lat, także za sprawą likwidacji (bo do tego się to sprowadzi) OFE, ale fachowcy ostrzegali przed taką sytuacją już w końcówce poprzedniego stulecia. Dzieci rodzi się coraz mniej od blisko 30 lat, ale PRL bym odłożył na bok, bo jeżeli młodzi ludzie nie decydowali się wówczas na rodzenie dzieci, to robili to z innych powodów niż młodzi ludzie dziś. Zostańmy zatem przy III RP.
W 1990 roku urodziło się w naszym kraju około 550 tysięcy dzieci. (Nawiasem mówiąc, to właśnie oni dziś nie mogą znaleźć pracy i są pierwsi w kolejce do emigracji). W 2003 – najgorszym do tej pory roku – na świat przyszło ok. 350 tysięcy dzieci, niewiele więcej w roku minionym. Prognozy są katastrofalne – za 17 lat urodzi się w Polsce tylko 250 tysięcy dzieci.
Ale wróćmy do zwalnianych nauczycieli. Dzieci, które poszły do szkoły 2 września, urodziły się w latach 2006 – 2007. Rządziła wtedy koalicja z PiS na czele, która to partia zajmowała się wówczas polowaniem na własnego wicepremiera oskarżanego o udział w tzw. „aferze gruntowej”. Jednak PO nie może zatrzeć dłoni i powiedzieć – to nie my, to oni – bowiem przez prawie pięć następnych lat nie zrobili nic w tej sprawie. A sprawą nie jest wprost demografia – nie oczekuję od rządzących, że pójdą w Polskę i będą poprawiać dzietność. Sprawą jest kilka tysięcy zwalnianych nauczycieli. Od kilku lat można było to przewidzieć i jakoś się do tego przygotować. Po pierwsze, informować młodych ludzi idących w 2009 na kierunki pedagogiczne, że czeka ich bezrobocie. Po drugie, także w tamtych latach należało uprzedzić o tym pasztecie już pracujących nauczycieli, oraz zrobić symulację sprawdzającą – nauczycieli jakich przedmiotów mogą dotyczyć te zwolnienia. Po trzecie, w ciągu ostatnich pięciu lat należało przygotować analizy przeszkoleń nauczycieli różnych przedmiotów. Dziś w MEN nie ma żadnego dokumentu sprawdzającego kwalifikacje np. polonistów i odpowiadającego na pytanie, w jakim innym zawodzie może tenże polonista najłatwiej znaleźć nową pracę. Z fizykami, matematykami i nauczycielami języków jest chyba trochę prościej. Chyba, bo też na ten temat nie ma żadnych badań, ale intuicyjnie zakładam, że nauczyciele historii czy też geografii mogą mieć na rynku pracy ogromne kłopoty.
Co na to MEN? Nic. To znaczy prawie nic, bo pani minister Szumilas zapowiedziała przekazanie 100 milionów złotych – uwaga – unijnej dotacji na przekwalifikowanie się nauczycieli. Ale być może o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby przeznaczenie tych pieniędzy na na przykład niezagęszczanie klas i dzięki temu na zwolnienie nie 7 tysięcy osób, ale 4? Być może, bo tego niestety też nikt nie zbadał.
Obyś cudze dzieci uczył
REKLAMA
REKLAMA




















