Nazywając National Geographic kanałem niszowym nie mam na myśli niczego złego, ani pejoratywnego. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że takie niszowe kanały są i że w dodatku jest ich z roku na rok coraz więcej. Poszerza się w ten sposób oferta dla widzów, którzy mają prawdziwy wybór. National Geograpfic jest jednym z moich ulubionych kanałów. Nadawane są w nim na przykład liczne filmy dokumentalne z czasów II wojny światowej, okresu, który mnie bardzo frapuje. Im bowiem dłużej żyję, tym trudniej jest mi zrozumieć szaleństwo, jakie ogarnęło świat w tamtym czasie.
W kanale tym jest też wspomniany cykl „Katastrofy w przestworzach”. Cykl fantastyczny z kilku powodów. Po pierwsze, jest doskonale zrealizowany, co – jako pracownik telewizji – jestem w stanie ocenić i docenić. Po drugie, pokazuje cudowną złożoność funkcjonowania światowego rynku lotniczego. Po trzecie, pokazuje, jak wypadki lotnicze wpływają na funkcjonowanie ruchu lotniczego i jak po wypadkach rośnie bezpieczeństwo lotów. Po czwarte i najważniejsze – cykl ten pokazuje historie prawdziwe.
I tu nabrałem głęboko powietrza w płuca, bo co mam napisać po emisji filmu o katastrofie tupolewa? Czy autorzy przedstawili historię prawdziwą, czy też stali się cząstką spisku mającego zatuszować „nieprawdopodobną zbrodnię”, jak to mówił niedawno Jarosław Kaczyński? Nie odpowiem na to pytanie, bo odpowiedź nie ma sensu. Dla osób, które uważają, że w Smoleńsku doszło do zamachu, zdanie, które pada w końcówce filmu, a które z grubsza brzmi tak, że komisje zwaśnionych krajów (czyli Polski i Rosji) doszły do porozumienia w najważniejszych aspektach oceny katastrofy, czyli jak potwierdzenie wszystkich oskarżeń Antoniego Macierewicza. Dla osób, które uważają, że doszło do serii błędów po obu stronach, czyli po stronie polskich pilotów, ale także po stronie rosyjskich kontrolerów lotu, zdanie to będzie neutralne. Dla mnie nie ma wątpliwości, że teza filmu, iż i polscy piloci, i rosyjscy kontrolerzy byli poddani niezwykłej i niewyrażonej wprost presji, jest prawdziwa.
Rosjanom bardzo trudno było o kategoryczność w stosunku do Polaków. Mogę sobie łatwo wyobrazić, jak wyglądałyby czołówki wielu polskich gazet, gdyby doszło do rosyjskiego zakazu lądowania w Smoleńsku. Nikt by nie napisał, że dzięki temu zakazowi być może nie doszło do katastrofy, wszyscy traktowaliby ten ewentualny zakaz jako represję. Kolejną represję. Polskim pilotom też było nielekko. Co chwilę ktoś wchodził im do kokpitu, chcąc się dowiedzieć, jaka jest sytuacja. Nawet to rozumiem, bo rolą dyrektorów protokołu dyplomatycznego jest właśnie to – wiedzieć, co się dzieje. Oni nie muszą wiedzieć, że jest to sprzeczne z wszystkimi procedurami obowiązującymi w lotnictwie. Procedurami mówiącymi jasno, że podczas lądowania kokpit musi być sterylny. Dla mnie jest jasne, że zamach, do którego by nie doszło, gdybyśmy postępowali zgodnie z własnymi zasadami, czyli gdyby Tu‑154 w ogóle nie wystartował z Warszawy, (a tak właśnie powinno być), nie jest żadnym zamachem. Ale nie jest ważne to, co ja sądzę. Ważne jest to, że katastrofa z 10 kwietnia 2010 roku wymyka się racjonalnym ocenom. I nie zmieni tego ani film wyemitowany w niedzielę, ani nic innego. Będziemy się z tym zmagać jeszcze przez kilkadziesiąt lat. Niestety.
Po filmie
REKLAMA
REKLAMA




















