Zniszczenie Warszawy w żaden sposób nie oddalało przecież ich klęski na froncie wschodnim, a w konsekwencji zdobycia przez Armię Czerwoną Berlina ledwo pół roku po upadku powstania warszawskiego. No, ale mamy to, co mamy.
Warszawa podźwignęła się z tej niewyobrażalnej ruiny, jaką była po wojnie. W środku miasta króluje Pałac Kultury, który obchodził właśnie swoje 60. urodziny. W prezencie dla tej monumentalnej budowli polityczną karierę zakończył właśnie Radek Sikorski, główny orędownik zburzenia pałacu, który to pałac i tak jest dla miasta coraz mniej ważny. Wokół wyrósł las niewiele niższych budynków, więc gdy wjeżdża się do Warszawy, to wcale pałac nie jest jedynym punktem przyciągającym wzrok. Co ciekawe, dość powszechna jest opinia, że po wojnie Rosjanie proponowali nam prezent, który sami mieliśmy sobie wybrać. Miał to być właśnie Pałac Kultury i Nauki albo linia metra. To, że nie wybraliśmy metra, wydaje się być skrajnym idiotyzmem, wszak budowanie metra w nieistniejącym mieście byłoby i tanie, i rozwojowe. Tyle tylko, że nigdy nie udało mi się znaleźć wiarygodnych dokumentów na to, że 70 lat temu w ogóle mieliśmy jakiś wybór. Związek Radziecki nie miał raczej w zwyczaju pytać o cokolwiek mieszkańców podbitych krajów. Jeżeli wtedy Rosjanie postanowili obdarować nas budowlą nijak niepasującą do naszej tradycji i naszej kultury, to nas nią obdarowali i tyle.
Nawiasem mówiąc, metro próbowaliśmy wybudować samodzielnie kilka lat później. Powstała nawet pierwsza stacja na Targówku, czyli w Warszawie prawobrzeżnej, co oznacza, że gdybyśmy wtedy tę inwestycję dokończyli, to pierwsza linia metra biegłaby na osi wschód–zachód, a nie północ–południe. Jakie by to miało znaczenie dla rozwoju miasta? Znowu trudno powiedzieć jednoznacznie, ale na pierwszy rzut oka nie byłoby to bez znaczenia. Prawdopodobnie wielka sypialnia Warszawy powstałaby nie na Ursynowie, czyli na południu Warszawy, ale albo na wschodzie, albo na zachodzie miasta. Linia w końcu nie powstała, stację zamieniono na siedzibę teatru, do dziś zresztą tam istniejącego. A w centrum Warszawy przy Placu na Rozdrożu do końca lat 70. tych istniała Dyrekcja Budowy Metra. Nie pierwsza i nie ostatnia fikcja w stolicy naszego kraju.
Niedawno wyszła książka przypominająca przeszłość Warszawy i to, co było na terenach dzisiejszego Placu Defilad, w którego centrum stoi właśnie Pałac Kultury. Dziś mało kto pamięta, że to było serce miasta, przez które przebiegały najważniejsze ulice samego centrum; dziś albo istniejące w formie szczątkowej, to znaczy jest ich początek i koniec, ale znacząco od siebie oddalone. Albo też były tam ulice, których w ogóle dziś nie ma (na przykład Wielka). Przy tych ulicach były nieruchomości, które dziś jakoś należałoby oddać poprzednim właścicielom i – proszę mi wierzyć – jest to naprawdę trudny orzech do zgryzienia.
Jednak czy gdyby nie doszło do powstania, to pałacu by nie było? Nie jestem taki pewien. To, co zburzyli hitlerowcy, bez trudu potrafiliby zburzyć także inżynierowie Kraju Rad, jak przed laty nazywano Związek Radziecki. A ci, którzy oddali swe życie, ginąc na barykadach Woli, Mokotowa czy Śródmieścia, równie dobrze (a raczej źle) mogliby zginąć w sowieckich łagrach na dalekiej północy. Zgadzam się natomiast z tymi historykami, którzy twierdzą, że gdyby nie powstanie warszawskie, ocaleliby prawie wszyscy cywile, którzy wówczas zapłacili najwyższą cenę. Natomiast wydaje mi się, że jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy gdyby nie było powstania, to na Powązkach by nie buczano? Pewnie by nie buczano, bo nie byłoby tam tylu powstańczych kwater. Buczano by natomiast we wszystkich innych miejscach, bo niestety idiotów jest w naszym kraju zawsze pełno. I to niezależnie od tego, jak tragicznie toczyła się nasza historia.
Powstanie i Pałac Kultury
REKLAMA
REKLAMA




















