O ile te pierwsze armaty mają rację bytu, bo minister, który ma jakieś dziwne powiązania ze światem biznesu i zamówień publicznych, powinien się z tego wytłumaczyć przed opinią publiczną i przed podatnikami, którzy płacą mu pensję, o tyle ten drugi cel – Wojciech Fibak, jest celem fałszywym. Nie chcę bronić Fibaka, znam go i lubię za dar opowiadania o obrazach, o świecie sztuki, ale także o emocjach sportowych, których to emocji dostarczał mi osobiście wtedy, gdy miałem kilkanaście lat i kiedy tego potrzebowałem najbardziej. Zajmowanie się kojarzeniem związków starszych, bogatych facetów z młodymi, urodziwymi kobietami nie przynosi Fibakowi chluby, ale nie jest przecież przestępstwem. Swatanie, a chyba tak można nazwać to, czym w wolnym czasie zajmował się Wojciech Fibak, jest stare jak świat. To, że tygodnik „Wprost” zabił Fibaka, też tego nie zmieni. Zawsze będą młode dziewczyny, które będą chciały na skróty dotrzeć do pełnego stołu, i zawsze będą bogaci starsi panowie, którzy ten stół mają pod ręką. Dla porządku dodajmy, że zawsze będą też młodzi mężczyźni, którzy chcieliby poznać bogate starsze panie. I na miły Bóg, mają do tego prawo. To jest ich wybór i ich wolna wola. Fibak ułatwiał takie kontakty. Dlaczego? Nie wiem, jego sprawa. Sądzę, że chciał być takim bratem łatą, człowiekiem, który wszystkich zna i którego wszyscy znają, i który może wyciągnąć do kogoś rękę. Fibak nie zarabiał na tym. Był naiwny i łatwowierny. Dał się podejść młodej dziennikarce z tygodnika „Nie”, którą też znam, bo była moją studentką. Swoją drogą dosyć symptomatyczne jest to, że tego materiału nie chciało wydrukować pismo Jerzego Urbana, a chciał Sylwester Latkowski, naczelny redaktor tygodnika „Wprost”. W tygodniku ukazała się też paskudna rozmowa Latkowskiego z Fibakiem. Paskudna dlatego, że jestem pewny, że Fibak nie wiedział, że jest nagrywany, a nagrywanie potajemne ma sens niezwykle rzadko i zawsze wtedy stoi za tym interes społeczny. Za aferą z Wojciechem Fibakiem nie stoi żaden interes społeczny. Świat nie zrobił się lepszy po publikacji „Wprost”. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że stał się gorszy, bo zabrał mi z publicznej przestrzeni człowieka, który pięknie opowiadał o różnych sprawach, nie tylko o sporcie, ale o sporcie przede wszystkim. I znowu powtórzę, że tego typu działalność nie przystoi mistrzowi, ale zauważmy, że Fibak nikogo nie krzywdził, nikogo nie oszukiwał ani nie wpuszczał w maliny. Pozwalał się spotykać ludziom, którzy z tych spotkań mogli w różny sposób korzystać. Mogli zawierać seksualne transakcje (dla mnie to dość obrzydliwe), ale mogli też się zakochiwać (dla mnie to jest piękne). Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że miłości w takich kontaktach było raczej mniej niż transakcji, ale komu co do tego? Ja patrzę na całą tę sprawę z punktu widzenia dziennikarza. Dziennikarstwo bowiem to taki fach, który powinien porządkować świat. Z natłoku faktów dziennikarz powinien wyławiać niektóre, zestawiać je i mówić odbiorcom, jak się sprawy mają. Pokazywać zagrożenia i szanse. Publikacja dziennikarska powinna świat zostawiać lepszym. Zdemaskowanie Fibaka niczego nie zmienia dla mnie jako obywatela Polski i Europy. Być może publikacja ta dała jakiejś części naszego społeczeństwa złudne poczucie bycia lepszym niż ta zgniła celebrycka część naszego świata. Złudne, bo to nie prawda, że ktoś tu jest lepszy, a ktoś gorszy, Jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Wszyscy.
Sprawa Fibaka
REKLAMA
REKLAMA




















