Wszyscy zastanawiają się, kim on tak naprawdę jest. Optymiści chcą w nim widzieć wizjonera, który zdaje sobie sprawę ze zmian zachodzących w dzisiejszym świecie, pesymiści (chociaż ja raczej zaliczyłbym ich do realistów) uważają go za prostaka, któremu udało się wyzwolić w sporej grupie amerykańskich wyborców pewne emocje i tęsknotę za przeszłością. Niemal wszyscy komentatorzy zgadzają się z tym, że Trump jest swego rodzaju zagadką i wielką niewiadomą, i podkreślają, że dziś wszystko zależy od tego, które z obietnic wyborczych Trump będzie chciał wprowadzić w życie. Nie sądzę, żeby na przykład wybudował jakieś zasieki czy też mur na granicy z Meksykiem. Takie budowle są i drogie i nieskuteczne. Zawsze ludzie z miejsc biednych będą migrowali do miejsc bogatych, bo taka już jest od wieków natura rzeczy. Czy zacznie militarnie wycofywać Stany z Europy? Tego nie wiem i to jest dobre, by nie rzec fundamentalne dla bezpieczeństwa naszej części Europy pytanie. Amerykanie zawsze mieli ciągoty do izolacjonizmu. Tak było przed I wojną światową tak było i podczas II wojny. Atlantyk i Pacyfik wydawały się wtedy na tyle głębokimi oceanami, że potrafiły USA oddzielić od wrogów. Po 11 września 2001 jasno widać, że dziś nie ma żadnej bezpiecznej przestrzeni, ale też zło czające się na Stany Zjednoczone nie rośnie w Europie. A gdzie rośnie? Na pewno w biednych regionach świata. A moim zdaniem także w Rosji.
Czy Amerykanie i Donald Trump widzą niebezpieczeństwo zakotwiczone na Kremlu? Też dobre pytanie, na które odpowiedź przyniosą najbliższe miesiące. Z pewnością jednak swój sukces nowy prezydent USA zawdzięcza obietnicy powrotu do świetności Ameryki, czyli tak naprawdę do lat 60. i 70. ubiegłego stulecia, kiedy w USA było pełno pracy, paliwo było tanie, a perspektywy jasne. I od tej obietnicy Trumpowi uciec raczej się nie uda. Ale też nie uda się jej wprowadzić w życie. Nie ma powrotu do przeszłości. Za dużo przez ostatnich 50 lat zrobiliśmy, by było to możliwe.
Nie jest też tak, jak to było na przykład w końcówce XIX stulecia, że wprowadzanie mechanizacji do fabryk w sumie nie zabierało miejsc pracy, a jedynie generowało nowe. Dzisiaj wcale nie jest wykluczone, że do USA powrócą wielkie fabryki produkujące samochody, tyle tylko – czego wydaje się nie rozumieć Donald Trump – fabryki te nie będą zatrudniały tysięcy robotników, a jedynie kilkudziesięciu inżynierów nadzorujących automatyczną produkcję.
To, że Trump tego zjawiska nie dostrzega i nie rozumie, nie jest zarzutem wobec niego, bowiem mam wrażenie, że w ogóle nasz świat nie jest przygotowany na automatyzację naszego życia. Mało kto na przykład zdaje sobie sprawę z tego, że już dzisiaj jakaś część prostych informacji zamieszczanych w portalach informacyjnych jest przygotowywana przez komputery. Do głowy nam nie przychodzi, że część muzyki generowanej w przestrzeni publicznej, na przykład w sklepach samoobsługowych czy w galeriach handlowych, i nadawanej po to, żeby było nam przyjemniej robić zakupy, jest komponowana przez automatyczne programy stworzone właśnie do tego. Te programy komputerowe nie pobierają tantiem od każdorazowego odtworzenia kompozycji, ale i nie płacą podatków. W wielu miastach na całym świecie testuje się taksówki bez kierowców, po szosach już wkrótce jeździć będą automatyczne ciężarówki. Ja sam już 6 lat temu nocowałem w hotelu w Austrii, w którym w nocy nie było żadnego personelu. Klucz wydał mi automat podobny do tego, w którym można kupić batony, a opłatę zrealizowałem w kasie przypominającej bankomat. Że nie mam ochoty ponownie nocować w tym hotelu, to już zupełnie inna sprawa i temat na osobny felieton. Faktem bezspornym jest jednak to, że na świecie będzie coraz mniej pracy i że świat jakoś będzie musiał sobie z tym faktem poradzić, chociaż jako żywo na razie o tym nawet nie myśli. Jest to wielkie wyzwanie, moim zdaniem przede wszystkim intelektualne, więc (też moim zdaniem) raczej nie dla Donalda Trumpa.
Trump i co dalej?
REKLAMA
REKLAMA




















