Przypomnę, że jeszcze 10 lat temu na poziomie prezydenckim byliśmy w ostrym konflikcie w sprawie cmentarza Orląt Lwowskich, ale to była polityka i jak zwykle to z polityką bywa, udało się w końcu dojść do porozumienia. Dużo gorzej było na poziomie podstawowym, czyli na poziomie świadomości społecznej, i to przede wszystkim naszej, polskiej.
Ukraina nas te 10 lat temu najzwyczajniej w świecie w ogóle nie obchodziła. Przeciętny Polak coś słyszał o Wołyniu, ale bez podawania dat, a te są o tyle ważne, że w roku 1943 na tamtych terenach nastąpiło wojenne bezkrólewie, wybuchły złe emocje i tłumiona wcześniej nienawiść. 10 lat temu Polacy o Ukraińcach wiedzieli niewiele, uważali, że Ukraińcy zajmują się gangsterką, a Ukrainki prostytucją i sprzątaniem. Przełom nastąpił rok później. W listopadzie 2004 roku wybuchła „pomarańczowa rewolucja” i nagle wszyscy zaczęli się Ukrainą interesować. Moi studenci jeździli do Kijowa odetchnąć atmosferą, którą znali tylko z opowiadań rodziców, którzy wspominali polski sierpień 1980 roku. Eksperci wschodni zaczęli być zapraszani do studiów telewizyjnych i powoli zaczynaliśmy wgłębiać się w te poplątane problemy Ukrainy, w te podziały na Ukrainę zachodnią i wschodnią, w publicystykę Jerzego Giedroycia, który uważał niepodległość Ukrainy za jeden z gwarantów niepodległości Polski.
„Pomarańczowa rewolucja” w pewnym sensie przegrała za sprawą konfliktu liderów (skąd my to znamy?), ale tylko w pewnym sensie. Ukraina nie jest dziś taka sama, jaką była przed dekadą. Jest bliżej Europy, chociaż dystans, jaki Ukraina musi pokonać, by do niej wejść, jest nadal ogromny. Znam troszkę Ukrainę, byłem tam kilka razy i znam sytuacje naprawdę kuriozalne, które w Europie nie mogłyby się zdarzyć. Na przykład koledzy z ukraińskiej telewizji publicznej powiedzieli mi, że oficjalnie miesięcznie zarabiają około 5 tysięcy hrywien (2 tys. zł), ale pod stołem dostają jeszcze 7 tysięcy hrywien. Czyli że państwowa telewizja oszukuje fiskusa. Czegoś takiego przeciętny Europejczyk naprawdę nie może zrozumieć. Ale jestem pewien, że za 20, może 30 lat Ukraina dołączy do Unii Europejskiej. I wtedy rozmowy o tym, co stało się na Wołyniu w środku najstraszliwszej wojny w historii świata, będzie można toczyć w lepszej atmosferze.
Dziś te rozmowy i tak są łatwiejsze niż te 10 lat temu. Tylko że do porozumienia się potrzebna jest odrobina dobrej woli, i to z obu stron. Rzucanie jajkami w polskiego prezydenta jest chuligańskim wybrykiem głupka, który niczego nie tylko nie rozumie, ale nawet nie chce rozumieć. Ale słyszę ze strony ukraińskiej skrajnej prawicy, że pod takimi zachowaniami oni się nie podpisują. I bardzo dobrze. Takie oświadczenie jest rozumne, jest krokiem do przodu. Naszym krokiem wstecz, a tak naprawdę do przodu, byłoby zadanie sobie pytania, dlaczego Ukraińcy tak bardzo nienawidzili Polaków na Wołyniu? Ja nie znam odpowiedzi na to pytanie. Może było tak jak na Bałkanach? W Mostarze i w innych miastach dawnej Jugosławii Serbowie, Bośniacy i Chorwaci zgodnie żyli przez dziesięciolecia, a potem chwycili za noże i siekiery. Dlaczego? Na to pytanie powstają sążniste elaboraty i prace naukowe. Stosunki polsko – ukraińskie nie dają się opisać w kilku zdaniach. Ale jestem dziwnie spokojny o to, że to, co stało się na Wołyniu 70 lat temu, nigdy się nie powtórzy, tak jak nie powtórzą się koszmary I i II wojny światowej.
Ukraina
REKLAMA
REKLAMA




















