Sting i Life Festival

0
borowiec
borowiec1328
REKLAMA

Mister Sting ze swoim zespołem pojawił się na festiwalowej scenie o 21.30. Znacznie później niż początkowo zaplanowano. Pewnie tak miało być, ale też niektórzy, grający wcześniej, sprawiali wrażenie, jakby nie chcieli opuścić sceny.
Na słowa uznania zasługuje Monika Brodka i jej bardzo solidny band. Wystąpili wczesnym wieczorem. Brodka udowodniła, że wie, czego chce i nie jest już słodką panienką miotającą się w szponach „branżowych specjalistów”. Zresztą zasygnalizowała to już wcześniej – wydając bestsellerowy krążek Granda. Dziewczyna ma power, śpiewa absolutnie nienagannie, gra i komponuje, a jej zespół, jeśli trzeba, brzmi elegancko i finezyjnie albo też (dla odmiany) z psychodelicznym wykopem. Brawo.
Po Monice sceną zawładnął Ray Wilson ze swoją formacją Stiltskin. Nie wiem, czy mieli grać tak długo, czy tylko ich granie aż tak mi się dłużyło. Do fanów polskiego Szkota nie należę i po prostu mnie zanudził.
Wreszcie mija godzina 21.30 i na scenie pojawia się Sting. Na początek idzie If I Ever Lose My Faith In You, a zaraz potem Every Little Thing She Does Is Magic. Czuje się, jak Stingowa magia i artystyczny kunszt uwodzą 18‑tysięczną widownię. Tak swoją drogą, Sting to nie mega wokalista, co więcej, świat zna setki lepszych od niego basistów, jest jednak profesjonalistą najwyższej klasy, a do tego uznanym kompozytorem. Co więcej, jest też skromnym, ujmującym człowiekiem. W rozmowie z kelnerem, który obsługiwał plenerową salę konsumpcyjną dla VIP‑ów (tu składam serdeczne podziękowania za bilet prezesowi pewnej poważnej firmy), dowiedziałem się, że mieszkający w nieodległym hotelu artysta nie ma żadnych gwiazdorskich fanaberii, a jedyna jego ekstrawagancja to prywatny kucharz.
Trzecim numerem Stingowego koncertu jest Englishman In New York, ależ to smaczne. Dopiero, kiedy wybrzmiewa, mistrz ceremonii przedstawia zespół. Tego wieczoru muzycy udowodnią wielokrotnie, że tworzą band najwyższej próby. Argentyńczyk Dominic Miller to wszechstronny, fenomenalny wioślarz, którego każdy chciałby mieć w swoim zespole. Pałker Vinnie Colaiuta ma rockowy power, jazzowy feeling i muzycznie ponadgatunkową wyobraźnię. Z kolei wyborny skrzypek Peter Tickell to klasa sama dla siebie, a przecież są jeszcze: wokalistka Jo Lawry oraz klawiszowiec David Sancious. Całą piątkę można by określić zespołem marzeń. Nie przesadzam!
Niewątpliwie największy aplauz wzbudziły tego wieczoru numery najbardziej znane, to oczywiste. Jeśli chodzi o dokonania Stinga z Police, to wypełniły koncert w połowie. Jako piąty poszedł czadowy, zagrany z potężnym powerem Demolition Man. Były też: Message In A Bottle, Wrapped Around Your Finger, Dee Do Do Do, De Da Da Da i, co oczywiste, Roxanne skąpana w czerwieniach scenicznych świateł.
Mistrz całej tej niezwykłej muzycznej ceremonii, jak zawsze, pogodny i skupiony, ale też zrelaksowany. Kiedy piosenka tego wymagała, ujmująco liryczny, a innym razem, gdy należało, zadziorny i tryskający energią jak dwudziestolatek. Popisy (w stosownych proporcjach) skrzypka i gitarzysty, wokalizy Jo oraz gra i krótka solówka pałkera przydały walorów koncertowi i sprawiły wrażenie, że uczestniczyło się w późnej, ale za to wybornej muzycznej kolacji.
Roxanne zakończyła zasadniczą część koncertu. Sting z muzykami opuszcza scenę, ale nikt nie ma wątpliwości, że będzie bis. Muzyczna kolacja musi mieć deser. W pierwszym zestawie brzmi Desert Rose oraz kolejne dwa utwory z repertuaru Policji: King Of Pain i Every Breath You Take. To jednak nie wszystko. Jest jeszcze Next To You i w finale finału cudowne Fragile. Można się zastanawiać, co tego wieczoru było smaczniejsze, co bardziej wyszukane, a co najciekawiej przyprawione. Ale – skoro już kulinarne porównania mnie przy tej okazji dopadły –  można być pewnym, że nie bez znaczenia dla świetnej formy mistrza tej muzycznej kuchni jest stosowna dieta, którą poza sceną zapewnia mu jego prywatny kucharz.
Zatem, co by nie mówić, finałowy koncert Life Festival znakomity, łącznie dwie godziny grania oraz 21 numerów.
Ach, jeszcze jedno, tak do mistrza: mister Sting, nie każdy musi być Pana wiernym fanem, ba, nie każdy musi być wielbicielem pańskich przebojów, każdy jednak musi uznać, że jest Pan artystą przez wielkie „A”. Ja osobiście za ten wieczór bardzo Panu dziękuję.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze