Wieczór dwóch króli

0
borowiec
borowiec1802
REKLAMA

Przyznam, że na bocheński występ artystów czekałem już od pewnego czasu. Powód był raczej oczywisty, w końcu nie tak często można zobaczyć dwóch świetnych rockowych pałkerów na scenie jednocześnie.
Carmine’a na żywo mogłem podziwiać trzeci raz w życiu. Wcześniej na Festiwalu Legend Rocka oglądałem jego występy z zespołami Vanilla Fudge (rok 2011) i Cactus. (2012). Carmine dziś, mimo 71 lat, to nadal znakomity showman grający z powerem i finezją, a przy tym dowcipny gość, zwłaszcza gdy jego popisy przy mikrofonie z pałeczkami czy werblem widzi się po raz pierwszy. Absolutna ekstraklasa. Bocheński koncert ugruntował moje przekonanie, że w moim prywatnym rankingu pałkerów wszech czasów artysta ma zagwarantowane miejsce w czołowej dziesiątce. Młodszego od Carmine’a o 11 lat Vinny’ego zobaczyłem na żywo po raz pierwszy. To bardzo solidny, dysponujący potężnym uderzeniem bębniarz. Jak by nie było, w perkusyjnym naparzaniu klasa światowa. Zresztą dla każdego poważnego fana metalu to rzecz oczywista. Słabiej, niestety, było z muzykami towarzyszącymi, oni jednak spełniali rolę przystawek, bo przecież danie główne przyrządzali bracia.
Tego wieczoru mistrzów ceremonii wsparli: bassman Don Roxx, gitarzysta Nazzareno Zacconi oraz wokalista Piero Leporale. Jak przystało na wynajętych rzemieślników, z zadania wywiązali się poprawnie, no, prawie poprawnie, bo sympatyczny gitarzysta „rzeźbił” momentami jakieś niepotrzebne dyrdymały, a wokaliście naśladowanie Ozzy’ego Osbourne’a, a już zwłaszcza Ronniego Jamesa Dio wychodziło bardzo średnio. Jeśli chodzi o basmana, fajnie było, gdy publiczność zgotowała mu gremialne Sto lat z okazji 43. urodzin. Szkoda jednak, że nie bardzo słyszałem, co gość oferuje, bo w czwartym rzędzie (w którym siedziałem) jego bas zlewał się z całą resztą. Ponoć jednak w tyle sali był całkiem dobrze słyszalny.
Koncert zaczął się od sabbathowego The Mob Rules, aby zaraz potem przejść w pierwszą odsłonę Drum Wars. I, co by nie mówić, właśnie te perkusyjne wojny braci, serwowane tego wieczoru w odpowiednio dobranych proporcjach, stanowiły istotę całego koncertu. Owszem było fajnie, gdy wreszcie pozostali muzycy rozgrzali się, ale Bogiem a prawdą, dopiero trzynasty numer Stand Up And Shout z repertuaru Dio brzmiał nienagannie. Choć i tam wkład braci był nie do przecenienia. Niczym potężny dwusilnikowy turbobuldożer nadali utworowi stosownego czadu. Zresztą Vinny i Appice popisywali się w piątkowy wieczór także muzyczno‑żonglerskimi sztuczkami, ot, jak choćby przy wzajemnej, świetnej rytmicznie wymianie pałeczek.
Podczas bocheńskiego koncertu zabrzmiały metalowe hity, m.in. takie jak: Bark At The Moon oraz Crazy Train (z kapitalnym, czadowym dwuperkusyjnym intro) Osbourne’a, Holy Diver, We Rock oraz bardzo udane Monsters And Heroes Dio, a także całkiem strawna mieszanka Black Sabbath z legendarnymi War Pigs i Pranoid w finale. Osobiście przypadła mi też do gustu ciężka wersja hitu Roda Stewarta Da Ya Think I`m Sexy.
Na koniec słów kilka o sali i nagłośnieniu. Trzeba przyznać, że akustyk bocheńskiego wydarzenia wywiązał się z zadania bardzo przyzwoicie, a było to trudne, by w maleńkiej sali nagłośnić tego rodzaju power band tak, aby muzycy byli słyszalni (w miarę), a widownia nie ogłuchła.
Jeśli chodzi o samą salę, to – wypełniona przyjazną publicznością – przydała wydarzeniu ciepły, rzadko dziś spotykany rodzinny klimat. Z drugiej strony jednak, a byłem tam pierwszy raz, spodziewałem się, że ma ciut większe rozmiary. Przed koncertem wiedziałem, że na przodzie będą ustawione dwa zestawy perkusyjne i przywołałem w pamięci podobny układ w zabrzańskim Domu Muzyki i Tańca, gdzie zespół King Crimson zagrał z trójką pałkerów na froncie sceny. Jednak rozmiarami tych dwóch występów nie należało ze sobą zestawiać, wszak scena w Zabrzu jest wielkości całej sali w Bochni. No właśnie, i w tym (przynajmniej trochę) tkwił sęk. Salka kina Regis była dla Drum Wars niczym kameralny hangar dla awionetek, w którym postanowiono zmieścić i odpalić dwa potężne odrzutowce. Brakowało przestrzeni, a przy tym i muzyce chwilami nie starczało powietrza. Tak sobie pomyślałem, że kiedy już sala koncertowa w tarnowskim Centrum Sztuki Mościce przejdzie gruntowną modernizację, to właśnie tam będę mógł usłyszeć tego rodzaju koncerty dla 300 – 500 osób. Oby. Nie mniej jednak, a stwierdzam to z całą powagą, chwała bocheńskim organizatorom, chwała i podziękowania za taki koncert.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze