Zacny jubilat John Mayall

0
JOHN MAYALL
JOHN MAYALL | Fot. Krzysztof Borowiec TEMI
REKLAMA

Wciąż pozostaje żywą legendą. Od ponad pół wieku uważany jest za ojca chrzestnego białego bluesa. W minionym tygodniu skończył 90 lat.

Ponoć jego pierwszą płytą bluesową był krążek Shout For Joy Alberta Ammonsa, mistrza fortepianowego boogie woogie, nagrany jeszcze w 1939 roku. Po latach Mayall zwykł mawiać, że jako dzieciak pod wpływem muzyki zawartej na tej płycie marzył o karierze pianisty boogie woogie. Wybrał bluesa. Mówił o tym, że było to jak u każdego artysty, że podążał za snem, który mu się przyśnił.

Pierwsze swoje kapele artysta prowadził w Manchesterze. Do przeniesienia się z tego miasta, namówił go Alexis Korner, któremu on sam przypisywał tytuł ojca chrzestnego białego bluesa. Za jego sprawą zaczął grywać w londyńskich klubach, w których brzmiał mało znany wówczas blues. Obok Kornera i Grahama Bonda stał się najbardziej znanym popularyzatorem tej muzyki na Wyspach. Z czasem jednak przerósł ich i sławą, i dokonaniami.

REKLAMA (2)

Mayall zawsze żywił wielki szacunek dla ciemnoskórych bluesmenów, których uważał za godnych naśladowania. Z ich muzycznych dokonań czerpał inspiracje, a słuchając ich i podpatrując – doskonalił technikę. Na płycie Blues For The Lost Days znalazł się utwór zatytułowany All Those Heroes. Jubilat śpiewa w nim o muzykach, którzy sprawili, że blues stał się jego życiową pasją. Wśród tych wpływowych bohaterów znaleźli się Blind Lemon Jefferson, Blind Boy Fuller, Big Bill Broonzy, Muddy Waters oraz Howlin Wolf. Wśród innych twórców wypadałoby też wymienić J.B. Lenoire’a, któremu poświęcił znakomity utwór I’m Gonna Fight For You J.B.

Debiut płytowy Mayalla miał miejsce 57 lat temu. Longplay nosił tytuł John Mayall Plays John Mayall. W tamtym też czasie sformował legendarną grupę Bluesbreakers, która z przerwami, w różnych konfiguracjach osobowych towarzyszyła mu przez kolejne dekady.

Przez Bluesbreakers przewinęło się wielu znakomitych muzyków. Trzeba przyznać, że Mayall miał dobrą rękę. Pod jego okiem rozwijał się talent takich instrumentalistów, jak: John McVie i Mick Fleetwood z założonej potem grupy Fleetwood Mac. Terminowali u niego: znakomity gitarzysta Peter Green (przez jakiś czas również związany z Fleetwood Mac), basista Jack Bruce, czy nie wymagający rekomendacji Eric Clapton. Z Mayallem nagrywali i występowali: perkusiści Aynslay Dunbar, John Hiseman, Keef Hartley, saksofoniści: Dick Heckstall-Smith i Johnny Almond. A ponadto: basista Steve Thompson, gitarzyści Jon Mark i Mick Taylor, a także znakomity skrzypek Don „Sugarcane” Harris.

Wcale nie jest przesadą twierdzenie, że gdyby tylko tym znanym, grającym z Mayallem muzykom poświęcić książkę, powstałoby z tego opasłe tomiszcze. Nie ma wśród żyjących białych muzyków bluesowych takiego, który wychowałby tylu nie tylko znakomitych warsztatowo, ale przy tym tak popularnych muzyków.

Nie licząc kompilacji i bootlegów Mayall nagrał blisko sześćdziesiąt płyt. To pokaźny dorobek. Wiele z tych krążków to już od dawna klasyczne pozycje. A uczą się na nich kolejne pokolenia fanów bluesa.

REKLAMA (3)

Osobiście darzę wyjątkowym sentymentem album, który w całym jego dorobku jest bodaj najpopularniejszym. Wydany został w 1969 roku pod tytułem The Turning Point i plasował się blisko pierwszej dziesiątki najlepiej sprzedawanych płyt na Wyspach. To znakomita lekcja bluesa, wspaniała kreacja i klimatów, i emocji. O The Turning Point Mayall bardzo skromnie wyraził się po latach: to był interesujący eksperyment, wiele się wtedy nauczyłem na temat dynamiki. Od tamtej pory minęło pół wieku z okładem, przyszły kolejne, często znakomite płyty, a sam jubilat stał się niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie bluesa.

W 2016 roku artysta został wprowadzony do Blues Hall of Fame. Trzy lata później (w sierpniu) wydano napisaną wspólnie z Joelem McIverem jego autobiografię – Blues From Laurel Canyon: My Life As A Bluesman.

Kilka miesięcy przed jej wydaniem mogłem jubilata oklaskiwać w krakowskim klubie Studio. Przez trwający dwie godziny koncert blisko 86-letni wówczas artysta niemal w ogóle nie siedział. Albo stał grając na klawiszach, albo poruszał się po scenie z gitarą.

Przed tamtym wieczorem sprawdzałem setlisty z wcześniejszych koncertów (Hamburg, Berlin, Praga). Byłem zdumiony, jak bardzo różniły się między sobą. Z trzynastu przedstawionych w Krakowie kompozycji, żadna nie zabrzmiała w Berlinie, a tylko trzy w Pradze. Każdy występ miał więc swój wyjątkowy charakter i, co za tym idzie, zapewniał radość z obcowania z bluesem. Ta radość wibrowała w Studio na scenie i na widowni, wibrowała w sercach zarówno muzyków, jak i publiczności.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze