Kabaret, ale niepolityczny

0
natenczas
natenczas
REKLAMA

Przedstawienie dostarcza rozrywki lekkiej i przyjemnej na dobrym poziomie literackim, co pozytywnie wyróżnia NaTenCzas na tle kabaretowego grafomaństwa, kwitnącego jak Polska długa i szeroka.
Pomysłodawcą i założycielem Tarnowskiego Kabaretu Literackiego jest aktor Jerzy Pal, który swoją ideą zaraził innych – przede wszystkim Zinę Zagner, współscenarzystkę prezentowanych programów. Do zespołu przystąpiło też młodsze pokolenie aktorskie: Monika Wenta i student Grzegorz Stokłosa, zastąpiony wkrótce w kolejnych widowiskach przez Kamila Urbana. Przy pianinie zasiadł muzyk Piotr Niedojadło, którego rola na kabaretowej scenie nie ogranicza się bynajmniej tylko do akompaniamentu. W ten sposób ukonstytuował się skład grupy artystycznej, której zawdzięczamy w Tarnowie wesołe spektakle złożone z utworów klasyki polskiej satyry.
Pierwszy program kabaretu NaTenCzas „Recepta na odchudzanie” poświęcony został tematowi odwiecznego sporu płci oraz miłości, bo według artystów nic tak znakomicie nie odchudza, jak właśnie ona. Następny zatytułowany „Recepta na ból głowy” dedykowany został Bachusowi i oscylował prześmiewczo wokół tematu pijaństwa. Na obydwa złożyły się teksty wybitnych satyryków – od Ignacego Krasickiego, przez Boya, Hemara, Tuwima, Gałczyńskiego, Załuckiego, po Waligórskiego, Osiecką czy Młynarskiego. Przedstawienia warto i można wciąż zobaczyć, bowiem regularnie powracają w repertuarze miejskiego teatru.
Natomiast najnowszy spektakl zrealizowany przez NaTenCzas – „Magiczne czasy kabaretu Zielony Balonik”, przenosi nas do Krakowa w lata 1905 – 1912, kiedy to przy ul. Floriańskiej w cukierni lwowianina Apolinarego Jana Michalika, nazwanej potem „Jamą Michalikową”, działał pierwszy polski kabaret – legendarny Zielony Balonik, założony przez grupę młodopolskich artystów. Choć Tadeusz Boy‑Żeleński dołączył do nich nieco później, to okazał się najlepszym wśród nich tekściarzem. I to właśnie jego skecze, satyry, piosenki wypełniają tarnowskie przedstawienie, do którego scenariusz napisała Zina Zagner. Widowisko wyreżyserował i z powodzeniem nad całością czuwał Jerzy Pal.
W krakowską atmosferę wprowadza widzów pomysłowa scenografia – znakomicie wykonana przez Macieja Srokę rekonstrukcja krótkiego odcinka Floriańskiej. Makiety kamienic do złudzenia przypominają zwartą zabudowę znanej w Grodzie Kraka ulicy, zaś w głębi sceniczną przestrzeń pięknie zamyka Brama Floriańska. Ta dekoracja to jeden z atutów kabaretowego spektaklu. Wrażenie pogłębia rozbrzmiewający na powitanie hejnał z wieży mariackiej i….. już jesteśmy w Krakowie, w którym, jak śpiewają aktorki, „jest coś takiego, że chcesz tu być (…) i magicznego…i radosnego…i szalonego też”.
Do „Jamy Michalikowej” wpadamy pod nieobecność szefa, więc artyści mogą sobie pozwolić na więcej swobody, nawet na pokpiwanie z niego jako mecenasa sztuki z przypadku. Po kawiarni szaleje Lajkonik, a publiczność dostaje przepis na krakowski jubileusz. Dowiadujemy się też m.in. o niedostatkach pięknej polskiej mowy, czyli o czym „rozmawiają” pod stołem rodacy, o rozterkach starzejącego się mężczyzny, o kłopotliwej sytuacji, z której wyjściem jest zawód artystyczny. Poznajemy zagadkę rosnącej potęgi prasy oraz przebieg niedzielnego popołudnia spędzonego rodzinnie, z prokreacją w tle. Monika Wenta zapoznaje widzów z narodzinami i niemowlęctwem przyszłej artystki. Jerzy Pal fantastycznie wyśpiewuje historię zaginionej hrabiny, którą później pokochały warszawskie kabarety międzywojenne. Kamil Urban wzrusza żeńską publiczność wyznaniem: „chciałbym przy pani być takim skromnym amantem, co się go puszcza przez kuchnię, zanim się puści go kantem”. A Zina Zagner bardzo przekonująco wciela się w szereg postaci ze strapioną ciotką na czele. Podczas spektaklu ze sceny płynie wiele innych Boyowskich tekstów, czasem pikantnych, a wszystkie bardzo dobrze dobrane i wciąż śmieszą do łez. Bo choć znakomity satyryk pisał je, mając na myśli przede wszystkim kołtunerię krakowskiego mieszczaństwa, to nie straciły nic na aktualności. Ot, taki fenomen!
Oczywiście publiczność świetnie się bawi, czynnie włączając w sceniczne sytuacje. Wykonawcy zachęcają widzów do głośnych reakcji czy dopowiedzeń. Bliskość między widownią a artystami na Małej Scenie teatru skraca dystans, co bardzo pozytywnie zostało przez nich wykorzystane.
Dodajmy, że nie bez znaczenia dla klimatu przedstawienia jest barwna osoba pianisty Piotra Niedojadły – z fantazją ucharakteryzowany, jest nie tylko instrumentalistą, lecz od czasu do czasu wtrąca swoje „trzy grosze”, zaznaczając dowcipnie swoją obecność. Do pełni szczęścia zabrakło może tylko strojów z epoki – kostiumy panów jeszcze się w nią wpisują, ale pań już nie. Nie przeszkadza to wprawdzie w odbiorze skeczów czy piosenek, ale jeśli spektakl ma być prawdziwą podróżą w magiczne czasy Zielonego Balonika, to ten szczegół dodałby kolorytu owej podróży i pogłębił ową magię.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze