Mina „Smarzola”

0
Wojciech smarzowski
REKLAMA

Dlaczego studiowałeś filmoznawstwo w Krakowie?
Użyję sformułowania „za moich czasów”. Otóż za moich czasów szło się na studia po to, żeby nie iść do wojska.
Wszystko mi psujesz. Oczekiwałem wzniosłej wypowiedzi na temat miłości do kina.
Sugerujesz, że nie kocham kina
Nie kochałeś wojska?
Bardzo śmieszne. Nie. Za chwilę pojawi się sugestia, że w związku z tym nie kocham Polski. I znowu się zacznie.
Wojtku – „Co z tą Polską”?
Tyle razy słyszałem, że nie lubię Polaków, że w końcu nawet zacząłem się nad tym zastanawiać. Ale nic z tych rzeczy, Polska fascynuje mnie i drażni. Jak każdego.
„Róża” jest dla mnie filmem o miłości do Polski. Trudnej, skomplikowanej, chropowatej i okrutnej, ale przecież okrucieństwo jest niezmiernie ważną częścią emocjonalnego kolorytu.
Bardzo dziękuję. Od razu widać, że rozmawiam z filmoznawcą. Po Krakowie.
Przytyk?
Komplement (śmiech).
No dobrze, nie będzie łatwo. Jakie kino Cię uformowało?
Na studiach w Krakowie w portierni akademika na czarno‑białym telewizorze co czwartek oglądałem filmy Herzoga. Na stojąco nad głowami innych studentów zaśnieżony obraz, bo antena nie łapała. No i portier jarał fajkę od fajki, więc trzeba się było jeszcze przebić przez kłęby dymu. Ale i tak mocno przeżywałem te seanse. Po latach zobaczyłem Herzoga w kolorze. Nawet byłem trochę obrażony na ten kolor, bo to już było inne kino. Ale niemniej poruszające.
A wcześniej, w dzieciństwie, co Cię kręciło?
Mieszkałem w Jedliczu. Mieliśmy dwie atrakcje: kino „Nafta” oraz klub sportowy, też „Nafta”. Korzystałem z obu dobrodziejstw. Prawie codziennie byłem w kinie, oglądałem wszystko. Odrzucało mnie jedynie kino radzieckie, poza tym prawie wszystko mi się podobało.
Zapewne w Krakowie oduczyli cię takiego pobłażania.
Już wcześniej w Krośnie w szkole pomaturalnej, w której spędziłem z przerwami cztery lata i której zresztą nie udało mi się skończyć, był DKF. I ja w tym DKF po raz pierwszy zobaczyłem „Obywatela Kane`a”. Wtedy nie rozumiałem, co w tym filmie jest takiego niezwykłego. To był dla mnie zwyczajny, czarno‑biały smęt. Ale nazajutrz opiekun DKF zaczął nam opowiadać o znaczeniach, deszyfrowywał tajemnice arcydzieła. Uruchomił coś w głowie, poruszył wrażliwość. Zacząłem uczyć się czytać kino, a nie tylko je oglądać.
Teraz już rozumiem, skąd
filmoznawstwo.
Nie bierz tego do siebie, ale na innych kierunkach trzeba było jednak coś umieć. A ja niewiele potrafiłem i niewiele rzeczy mnie interesowało. Ale rzeczywiście, bardzo lubiłem kino. To ważny powód. Tylko że szybko okazało się, iż tego rodzaju studia kompletnie mnie nie interesują. Na szczęście po roku filmoznawstwa w końcu dostałem się na operatorkę do Łodzi.
Trzy razy zdawałeś. Próbowałeś dostać się na reżyserię?
Nie, ponieważ wyliczyłem, że łatwiej dostać się na wydział operatorski. Trzystu kandydatów walczyło o osiem miejsc, na reżyserii było chyba więcej chętnych, a miejsc tylko sześć. Poza tym za pierwszym razem znalazłem się na egzaminach przez przypadek, namówili mnie koledzy ze wspomnianej szkoły pomaturalnej. Pojechałem do Łodzi raczej jako turysta. Odpadłem po pierwszym etapie, ale rok później już wiedziałem, że zależy mi na tej szkole. Jechałem po to, żeby się dostać i prawie się udało. Byłem tuż pod kreską. Do trzech razy sztuka.


Co dało ci studiowanie w Łodzi?
Szczerze? Niewiele. Ale to wynika również z mojej konstrukcji. Najważniejsze, że mogłem do woli oglądać filmy. W sali kinowej z taśmy. To była moja szkoła.
Po skończeniu studiów przez kilka lat pracowałeś w zawodzie operatora.
Przez jakiś czas byłem wynajmowanym operatorem. Chodziło o programy i realizacje telewizyjne, rzadziej o reklamy. Kilka dni zdjęciowych w miesiącu zapewniało mi utrzymanie. Pamiętam, jak Andrzej Szulkowski, późniejszy autor zdjęć do „Małżowiny”, „Kuracji” i „Wesela”, zadzwonił kiedyś do mnie z propozycją; zdaje się BBC robiło dokument z polskiego szpitala i szukali operatora jednej z kamer. Cztery oddziały, czterech operatorów miało przez dobę rejestrować wydarzenia. Coś w rodzaju „Jeden dzień z życia szpitala”.
Po całym dniu pracy odbyły się projekcje materiałów. Materiał Andrzeja był najlepszy, dwa pozostałe niezłe, a mój beznadziejny. Dlaczego? Ponieważ wszystko sobie montowałem w głowie. Kamera opowiadała historię, którą jakoś tam wymyśliłem i ułożyłem, a tymczasem chodziło o działalność usługową. To nie ja byłem reżyserem. Moje zadanie polegało na tym, żeby po prostu zarejestrować temat, dostarczyć solidnego materiału do montażu. Zrozumiałem, że gdyby jakiś operator przyniósł mi takie materiały, jak ja przyniosłem temu reżyserowi, to miałbym prawo zabić go deską. I podjąłem decyzję: zadzwoniłem do Andrzeja i powiedziałem mu, że od dzisiaj nie jestem operatorem.
Nie ugiąłeś się?
Nie. Wprawdzie nakręciłem później jeszcze jeden albo dwa teledyski jako operator‑reżyser ale wyłącznie dlatego, że w budżecie brakowało pieniędzy na prawdziwego operatora. No i ważne – sam sobie te swoje zdjęcia potem montowałem.
Zawsze jesteś taki konsekwentny?
Nie wiem. W każdym razie, mimo że to wydarzenie bezpośrednio zdecydowało o rezygnacji z zawodu operatora, decyzja dojrzewała latami. „Małżowinę” wymyśliłem jeszcze w szkole filmowej. Wtedy chyba jeszcze wydawało mi się, że będę robił dwie rzeczy: reżyserował i robił zdjęcia. Że niby taki człowiek orkiestra. Pomyliłem się. Żeby być operatorem, trzeba na bieżąco śledzić nowinki technologicznie, nie można robić zdjęć z doskoku, od czasu do czasu. Trzeba uprawiać ten zawód, a ja nie mam do tego talentu. Natomiast wiedza, którą mam, na coś się mimo wszystko przydaje. Umiem na przykład wybrać sobie operatora do filmu (śmiech). Umiem nazywać to, co chcę osiągnąć, rozmawiać o ostatecznym kształcie filmu. Ale to wszystko dzieje się przed zdjęciami, bo nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby ingerować w pracę operatora na planie.
„Wesele”, „Dom zły”, wreszcie twoje wybitne spektakle telewizyjne – „Klucz” albo „Kuracja” – to dzieła reżysera, który w stu procentach panuje nad obrazem. W każdym przypadku wie, jaka forma będzie idealna dla konkretnej historii.
Opowiadam historie realistyczne, a to już narzuca określony klucz poszukiwań. Moja baza to realizm.
„Róża” skojarzyła się z „Nikt nie woła”, arcydziełem Kazimierza Kutza z 1960 roku. Tam również były ziemie odzyskane, poszarpana miłość i rozpruta rzeczywistość.
Znam ten film i lubię. Ale nie myślałem o „Nikt nie woła”, kręcąc „Różę”. Ktoś zasugerował mi zbieżność z „Prawem i pięścią” Hoffmana i Skórzewskiego. Zobaczyłem to po latach. Prawdę mówiąc, nie sądzę, żebym czerpał z tego filmu jakąkolwiek inspirację. Po „Domu złym” wiele razy słyszałem, że to moja odpowiedź na „Ładunek 200” Bałabanowa, tymczasem nie znałem nawet tego tytułu. Teraz już znam każdy jego film. Zakochałem się w Bałabanowie. Zdumiewający reżyser.
„Róża” jest tytułem brutalnym, ale gdyby tych mocnych scen zabrakło, film straciłby kolce.
Realizm w potraktowaniu tematu to jedno, a rozłożenie akcentów w montażu to drugie. Wypadkowa temperamentów filmowych Pawła Laskowskiego i mojego. Być może, gdybym pracował z innym montażystą, te moje filmy byłyby grzeczniejsze.
„Róża” jest twoją pierwszą fabułą według cudzego scenariusza. Jego autorem jest ceniony kierownik produkcji, Michał Szczerbic.
Pierwsza fabuła, ale wcześniej adaptowałem różne teksty w Teatrze Telewizji.
REKLAMA (3)

A w Teatrze Starym wyreżyserowałeś „Kraksę” według Friedricha Dürrenmatta.
Widziałeś to przedstawienie?
Niestety…
Dobra, przyznaję. Schrzaniłem. Zdarza się i tak.
Zdajesz sobie sprawę, że o zagraniu w Twoim filmie marzą niemal wszyscy aktorzy w Polsce. Bo dajesz im szansę. Marian Dziędziel, Bartek Topa, Arkadiusz Jakubik, Agata Kulesza, Marcin Dorociński czy Kinga Preis zawdzięczają ci więcej, niż sądzisz.
E, tam. Uważam, że mamy wielu znakomitych aktorów. Trochę mniej mamy dobrych scenariuszy, różnie jest z pieniędzmi, bo to jednak różnica, czy robi się pięć emocjonalnych scen w dniu i dwie katastroficzne, czy jedną emocjonalną i jedną katastroficzną. Potem ten pośpiech widać na ekranie. Z tego też powodu, chociaż tendencja jest wznosząca, wciąż powstaje w Polsce niewiele dobrych filmów. A przecież na to, żeby praca aktora została zauważona, musi złożyć się szereg czynników. Rola Roberta Więckiewicza w nowym filmie Agnieszki Holland jest genialna. Ale być może przeszłaby bez echa, gdyby „W ciemności” nie było przy okazji świetnym filmem.
Masz stałą ekipę aktorów, w „Siedmiu dniach” znowu zagrają Topa, Dziędziel czy Dorociński, ale w każdym filmie pojawiają się także nowe nazwiska.
Wciąż chcę poznawać ludzi, którzy mnie inspirują, coś mi zakłócają. Nie chcę być w kinie omnibusem. Lubię taki stan, kiedy jadę na zdjęcia i jeszcze nie do końca wiem jak zrobić scenę.
Przyzwyczaiłem się do Smarzowskiego ponuraka, a tutaj niespodzianka. Podczas naszej rozmowy wydajesz się wyluzowany i spokojny. Tego nie widać w wywiadzie, ale cały czas się uśmiechasz.
Jestem pozapinany. Tak się tylko maskuję.
Dobrze się maskujesz.
Nie mam czasu być wyluzowany, bo ostatnio za dużo pracuję. Spotkanie za spotkaniem, studio dźwiękowe, czyli stara reklama, zdjęcia próbne, czyli nowa reklama, za dużo telefonów, maili, a na biurku stos scenariuszy, które powinienem przeczytać jeszcze pół roku temu, wciąż dostaję nowe, a muszę napisać kolejną wersję swojego. I tak to. Ale nie skarżę się, mam, co chciałem. Dałem sobie czas do końca roku, potem pora na „Drogówkę” i na „Anioła”. Nie mogę się doczekać.
Kiedy po pokazie „Róży” zostałeś zignorowany przez jury festiwalu w Gdyni, co czułeś: złość czy irytację.
Ani jedno, ani drugie. Dostaliśmy nagrodę publiczności, dziennikarzy, cieszyłem się, że Marcin dostał nagrodę. Może było mi smutno, że Agata nie dostała. Cenię Romę Gąsiorowską za to, jaką jest aktorką, oraz za to, co zrobiła w „Ki”, ale przy całym szacunku uważam, że rola Agaty była trudniejsza. To oczywiście moje zdanie, pewnie nie umiem ocenić subiektywnie, bo to mój film. Natomiast mnie nagrody niespecjalnie robią. Czekaj, muszę pomacać nos, czy mi przypadkiem nie rośnie… Dobra, nie rośnie.
Masz całą kolekcję, Pinokio.
Owszem, kilka stoi na paździerzu. Ale i tak najcenniejsza to „Złota Mina Smarzola”. Dostałem ją od ekipy „Róży”.
Mina od wybuchania czy od brzydkich min?
Tłumacz, jak chcesz. Ale to prawdziwa mina. Przynajmniej ja w to wierzę. W każdej chwili może pierdyknąć.
Boisz się?
Jestem podminowany.
REKLAMA (2)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze