Claude Lelouch: Jestem jak kot, który spada na cztery łapy

0
Prosto z Hollywood - Yola Czaderska-Hayek i Claude Lelouch
REKLAMA

Rozmowa z reżyserem, scenarzystą, producentem filmowym CLAUDEM LELOUCHEM

Jesteś bohaterem filmu dokumentalnego „Tourner pour vivre” [w wolnym tłumaczeniu: „Kręcę filmy, aby żyć” albo „Kręcę, więc jestem” – Y. Cz.-H.] w reżyserii Philippe’a Azoulaya. Czy to prawda, że realizacja tego projektu zajęła aż dziewięć lat?
Gdybym wiedział, że to potrwa tak długo, pewnie bym odrzucił ten pomysł. Ale skoro już się zgodziłem, to trzeba było dotrzymać słowa. Na szczęście Philippe i ja wywodzimy się z tej samej rodziny, jeśli chodzi o podejście do filmu. Rozumiemy się doskonale, ponieważ obu nam chodzi o to, by pokazać na ekranie naturalność, spontaniczność, bez sztuczności i inscenizacji. To jest właśnie efekt, na którym mi najbardziej zależy podczas pracy: uchwycenie jakiejś prawdy, czy to w dialogu, czy w grze aktorów.

Słyniesz z tego, że na planie masz skłonności do improwizacji albo wprowadzasz w ostatniej chwili poprawki do scenariusza. Jak reagują na to aktorzy i czy udaje Ci się osiągnąć pożądany efekt?
W procesie tworzenia filmu najbardziej cenię spontaniczność. Nie cierpię udawania, póz, sztuczności, staram się to wszystko eliminować podczas pracy. Prowokuję więc aktorów po to, żeby przestali grać. Zazwyczaj aktor uczy się tekstu ze scenariusza, wygłasza swoje kwestie i udaje emocje postaci, w którą się wciela. Zupełnie nie chodzi mi o taki efekt. Szukam w aktorach tego, co jest prawdziwe: prawdziwych uczuć, wrażliwości, obsesji – cokolwiek w nich siedzi. Chcę, żeby wydobyli to z siebie, nawet jeśli tego się wstydzą lub obawiają. Żeby pokazali swoje szczere emocje, których nie da się sztucznie wywołać. Mam do dyspozycji najlepszego scenarzystę na świecie, jest nim samo życie. Na planie odtwarzam sceny wzięte prosto z życia, nawet tak pozornie błahe, jak rozmowa podczas lunchu. Ale takie właśnie sytuacje najlepiej skłaniają aktorów do odsłonięcia swojego wnętrza. Skłaniają do spontaniczności, do porzucenia gry. Nie lubię, kiedy aktorzy grają.

Opowiadasz o tym, co dają Ci aktorzy – czy raczej o tym, co sam z nich wydobywasz. A czy Ty dajesz im coś w zamian?
Daję im miłość. To nie żart, każdemu potrzeba miłości, ale aktorzy potrzebują jej więcej niż ktokolwiek inny. Żyją we własnym świecie i zajmują się tym, co naprawdę kochają. I gdy rozmawiamy na planie o naszej pracy, to tak naprawdę rozmawiamy o miłości. Dlatego tak bardzo ich kocham. Moim zadaniem jako reżysera jest nieść im pomoc. Żaden wybitny aktor nie jest tak naprawdę szczęśliwy. To znaczy, poznałem paru szczęśliwych, ale oni akurat nie byli wybitni. Reżyser jest dla aktorów kimś w rodzaju lekarza, terapeuty. Na planie zawodowa relacja reżyser-aktor przestaje istnieć. Nawiązuje się między nami głęboka, osobista więź. Staję się – no, jeśli nie lekarzem, to może trenerem, którzy podpowiada sportowcowi, jak wygrać zawody. I najczęściej, zamiast rozmawiać o postaci z filmu, rozmawiamy o tym, co dzieje się w duszy aktora. Bardzo często w trakcie takiej wymiany zdań mam wrażenie, jakbym miał przed sobą nie jednego człowieka, ale cały świat. Bo nie sposób sobie wyobrazić, ile czasem różnych oblicz skrywa jedna osoba. Bardzo łatwo zagubić się w tych sprzecznościach i półprawdach, a mimo to właśnie tę część mojej pracy uwielbiam chyba najbardziej.

REKLAMA (2)

Osiągnąłeś już taką pozycję w świecie filmu, że nie musisz nikomu nic udowadniać. A mimo to wciąż chce Ci się sięgać po kamerę i kręcić. Powiedz, co Cię do tego popycha?
Nie wiem, o jakiej pozycji mówisz, bo we własnych oczach jestem amatorem, nie zawodowcem. To znaczy, kręcę filmy tylko dlatego, że mam na to ochotę, a nie dlatego, że tak dyktuje mi rynek. Wierzę w kino tak, jak ludzie wierzą w Boga. Wierzę głęboko, że pewnego dnia jakiś reżyser – obojętne, czy mężczyzna, czy kobieta – nakręci tak wspaniały film, że dzięki niemu zmieni się na lepsze cały świat. Ktoś, kto wierzy w Boga, modli się codziennie, a ktoś, kto wierzy w kino, każdego dnia albo ogląda filmy, albo sam je kręci.

REKLAMA (3)

Mimo to uważam, że trochę przesadzasz, mówiąc o sobie „Jestem amatorem”. Amatorzy nie kręcą takich arcydzieł, jak „Kobieta i mężczyzna”. Jak zatem według Ciebie odróżnić amatora od zawodowca?
Amator zna się po trochu na wszystkim: na ujęciach, na montażu, na oświetleniu. To podstawowa wiedza, którą trzeba mieć, kiedy się kręci film. Zawodowcy są bardziej wyspecjalizowani, mają swoje wąskie dziedziny, w których się znakomicie orientują. Oczywiście ja też w jakimś stopniu jestem zawodowcem, nie oszukujmy się, ale kiedy zabieram się do realizacji filmu, to podchodzę do tego z entuzjazmem amatora, czysto intuicyjnie, na wyczucie. Robię takie filmy, na jakie mam ochotę, nikt mi niczego nie dyktuje. Jestem sam dla siebie producentem, a także swoim pierwszym widzem. Postępuję według własnych zasad, nie kierując się procedurami, jakie panują w większości wytwórni. Można powiedzieć, że mam doświadczenie zawodowca, ale pasję amatora. Nawet po tylu latach.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze