Z ojca na syna
Mateusz już w wieku 6 lat po raz pierwszy leciał balonem. Nie ma wątpliwości, że gdyby nie ojciec, prawdopodobnie dziś zajmowałby się zupełnie czymś innym.
– Mój tata Krzysztof wraz z Pawłem Orłowskim w 1996 roku reaktywowali Mościcki Klub Balonowy. Gdy ojciec przyjechał z kolejnych zawodów, zawołał mnie i mojego brata, mówiąc, abyśmy poszli za nim. Po chwili naszym oczom ukazał się olbrzymi balon. Do dziś pamiętam słowa: wsiadajcie, przelecimy się. Nie było dyskusji. Od razu wpakowaliśmy się do kosza. Mama była wściekła, jednak ostatecznie dała się przekonać. Lot trwał około 15 minut, jednak pamiętam go do dziś. To było niezapomniane przeżycie, dzięki któremu kolejne lata postanowiłem poświecić baloniarstwu. Zresztą później mój ojciec balonami zaraził nie tylko mnie, ale również mojego brata, mamę, wujka oraz kuzyna. Nawet moja dziewczyna szkoli się obecnie na pilotkę balonową. Wsiąknąłem w to bez reszty – śmieje się Mateusz.
Aby móc latać, najpierw musiał uzyskać licencję pilota balonowego. Ostatecznie udało mu się to w 2009 roku, dzięki czemu mógł po raz pierwszy wystartować w zawodach.
– Predyspozycje? Podstawową sprawą jest brak lęku wysokości. Oprócz tego ważne są odwaga i determinacja, ale ze sporą dozą pokory, bo o ile nie jest to zbyt skomplikowany sport, to poprzez brawurę i głupotę można wyrządzić sobie krzywdę. Trzeba również nastawić się na spore wydatki – to nie jest tanie hobby. Sam kurs, który przeważnie trwa około roku, kosztuje 20‑25 tys. zł. Kupno balonu to wydatek od 150 do 300 tys. zł! Do tego dochodzą koszty związane z kupnem gazu, ubezpieczenia, hangarowaniem… Jeżeli nie zdobędziemy już na starcie kilku poważnych sponsorów, trudno będzie nam realizować naszą pasję.
Morza, burze, linie energetyczne…
O tym, że jest to również sport niebezpieczny, także nie trzeba specjalnie nikogo przekonywać. Znanych jest wiele przypadków, kiedy podróż balonem kończyła się tragicznie. Do tej pory młody tarnowianin uniknął poważniejszych wypadków, jednak już kilka razy i jego loty mogły zakończyć się katastrofą.
– Najgorzej, kiedy w czasie lotu natrafimy na burzę. Wówczas groźne są nie tylko pioruny, ale również wiatr. Burza potrafi wyciągnąć balon na poziom ponad 10 tys. metrów, a następnie wyrzucić go zupełnie pozbawionego gazu. Startując na zawodach w USA, byłem zmuszony lądować przy szalejącej burzy i dużym deszczu. Wszystko odbywało się w środku nocy, przez co nie widziałem ziemi. Ostatecznie udało mi się szczęśliwie wylądować, ale do samego końca najczarniejsze myśli krążyły mi po głowie… Znam jednak takie historie, które kończyły się tragicznie. Bywały sytuacje, że balony lądowały w morzu lub na liniach energetycznych, co skutkowało porażeniem prądem. Raz jeden z baloniarzy zahaczył o linię wysokiego napięcia. Kosz się zapalił, a pilot wypadł z kosza, w którym pozostało kilkanaście osób. Ogień sprawił, że balon uniósł się na kilkaset metrów, po czym doszczętnie spłonął. W wypadku zginęli wówczas wszyscy pasażerowie.
Mateusz lata w dwóch rodzajach zawodów: balonów na ogrzane powietrze, które zwykle trwają około godziny, a także balonów gazowych, gdy loty trwają nawet kilkadziesiąt godzin. Jego drużynę tworzą zwykle cztery osoby. Dwie z nich znajdują się w koszu, natomiast pozostała dwójka tworzy tzw. załogę pościgową, która jadąc samochodem, przekazuje do balonu niezbędne informacje z trasy.
– Jedną z najważniejszych rzeczy jest wyposażenie kosza balonu przed startem. Musimy załadować niezbędny sprzęt, który później wykorzystujemy na trasie. Nie obędzie się więc bez GPS‑u, który wskazuje nam m.in. zakazane strefy, w których nie możemy latać. W koszu ląduje mapa lotnicza, radio do komunikacji z kontrolerami ruchu lotniczego, transponder, czyli nadajnik, który nas identyfikuje i pokazuje naszą pozycję kontrolerom. Niezbędna jest też radioboja PLB, która w sytuacji lądowania na morza pozwala na szybką lokalizację balonu. Dodatkowo zabieramy ze sobą kombinezony ratownicze, światła nawigacyjne, potężną latarkę potrzebną do lądowania w nocy, ciepłe ciuchy (na wysokości 5 tys. m temperatury osiągają nawet – 20 st. C.), jedzenie, a także przenośną toaletę. Sam kosz waży około 50 kg. Z pełnym wyposażeniem i balastem osiąga wagę 1 200 kg, jednak lądując na mecie, ma wagę o połowę mniejszą, ponieważ w locie systematycznie pozbywamy się balastu. Najważniejsza zasada to jak najwięcej balastu i jak najmniej pozostałych rzeczy. Każdy zbędny kilogram może okazać się przyczyną porażki.
Dogonić świat
Kilka tygodni temu 27‑latek sięgnął po tryumf w Balonowym Pucharze Polski, stając się tym samym najlepszym baloniarzem w kraju. W tym roku zaliczył również kilka międzynarodowych startów, w tym m.in. w Pucharze Gordona Bennetta, a także podczas mistrzostw Europy, w których ostatecznie zajął 15. pozycję. Teraz zawodnik Mościckiego Klubu Balonowego rozpoczyna przygotowania do przyszłego sezonu, mając nadzieję na jeszcze lepsze wyniki.
– Brałem już udział w locie, który trwał 50 godzin, pokonałem 1 500 km, a zawody odbywały się w USA. Tak długie starty są jednak bardzo męczące, więc coraz częściej startuję w balonach na ogrzane powietrze. Są to krótkie zawody, które sprawiają mi zdecydowanie większą frajdę. Cały czas staramy się gonić światową czołówkę. Szwajcarzy, Niemcy, Francuzi, Amerykanie i Japończycy są jednak krok przed nami i ciężko się z nimi rywalizuje. Mam nadzieję, że osiągnę na tyle wysoki poziom, że z międzynarodowej imprezy wrócę z medalem – mówi Mateusz i dodaje, że wraz z klubem starają się o znalezienie bazy dla balonów gazowych, dzięki czemu mogliby organizować ich start w naszym kraju. – Obecnie zmuszeni jesteśmy startować z Niemiec, gdzie dostępna jest infrastruktura do tankowania balonów wodorem. W naszym kraju nie ma takiej możliwości. Być może uda nam się taką infrastrukturę stworzyć w Tarnowie? Grupa Azoty produkuje bardzo dużo wodoru, niewykluczone, że uda się nawiązać współpracę. Baloniarstwo to bardzo efektowny sport, który przyciąga coraz więcej reklamodawców, a także kibiców. Widać to przede wszystkim na zagranicznych zawodach. Szkoda byłoby nie wykorzystać tego potencjału…
























