– Mąż, którego wybrali mi rodzice, nie był niestety tym, którego kochałam – nie można żyć z obcym mężczyzną pod jednym dachem. Postanowiłam zawalczyć o siebie. Z magnatki zamieniłam się w służącą, ale wierzę, że może być tylko lepiej. Anna opowiada, że w bogatych rodzinach bardzo często jest tak, iż rodzice decydują o przyszłości swoich dzieci. – Po co rozmieniać pieniądze na ubogiego zięcia lub synową, jak można skoligacić dwie zamożne rodziny i mnożyć bogactwo?
Anna ma 34 lata, mieszka z 10‑letnim synem w niedużym mieszkaniu. Żyje skromnie, pracuje jako sekretarka. Kilka lat temu zostawiła męża, bajecznie bogatą rodzinę i pałac, który miała odziedziczyć po rodzicach. Razem z siostrą wychowywały się w luksusach, rodzice spełniali wszystkie ich zachcianki. – Żyłyśmy pod kloszem i nie zdawałyśmy sobie sprawy z tego, że każdy nasz krok jest kontrolowany i nie możemy się zbytnio oddalić. Rodzice mieli przyjaciół równie bogatych jak oni, matka jeździła na zakupy do dużych miast, ojciec pilnował interesów. Ma kilka salonów samochodowych, z czasem wszedł także na rynek nieruchomości. W naszym domu pracowały sprzątaczka i kucharka, rodzice często podejmowali gości – wspomina Anna.
Do liceum poszła do Krakowa, oczywiście jednego z najlepszych. Co do wyboru kierunku studiów zostawiono jej możliwość wyboru, chociaż ojciec zawsze powtarzał, że studia kobiecie potrzebne są po to, aby była atrakcyjniejsza, a nie po to, aby pracować i zarabiać. Wybrała archeologię, interesowała się historią i odkryciami, chciała pojechać na wykopaliska do Egiptu. W czasie studiów poznała Andrzeja, pochodził spod Poznania, a jego rodzice byli biedni jak myszy kościelne. – Kiedy przyjechał ze mną pierwszy raz do domu, ojciec dokładnie go prześwietlił i zaczął krytykować. Uważał, że po archeologii mężczyzna niczego się nie dorobi i nie będzie mógł utrzymać rodziny na odpowiednim poziomie. Zabronił mi przywozić Andrzeja do domu, pozwolił mi łaskawie spotykać się z nim, ale, co podkreślał, w żadnym wypadku nie wolno mi planować wspólnej z nim przyszłości – opowiada kobieta.
Była na drugim roku studiów, kiedy do ich domu coraz częściej zaczął przyjeżdżać przyjaciel ojca z Krakowa z synem. Iwo miał już ponad trzydzieści lat i wydawał się Annie starcem. – Opowiadał mi o podróżach do Buenos Aires, o pięknych kobietach, o tangu, którego był miłośnikiem. Był na wskroś zepsuty, kobiety traktował jak niewolnice, do tego miał sporą nadwagę, wszystko razem budziło mój wstręt. Ale Iwo, jego arcybogaty ojciec i mój ojciec stale organizowali jakieś rodzinne spotkania, niby to przypadkowe kolacje i wspólne wyjazdy. Ojciec dał Annie jasno do zrozumienia, że Iwo jest znakomitą partią na męża.
Dziewczyna uciekła do Poznania do rodziców Andrzeja, ale sielanka nie trwała długo, bo tatuś zakręcił kurek z pieniędzmi, a matka kilka razy przyjeżdżała i awanturowała się, aby Anna wróciła na studia i do domu. Nie ugięli się: wynajęli mieszkanie, chłopak poszedł do pracy, Anna też się rozglądała za jakimś zajęciem. – Uświadomiłam sobie wtedy, że tak naprawdę nie potrafię nic zrobić. Nie umiałam prać, sprzątać, nawet zaparzenie kawy sprawiało mi kłopot. Po kilku miesiącach wspólnego życia Andrzej stwierdził, że nie potrafi utrzymać hrabianki i wie, że nie sprosta jej wymaganiom. Krzyczał, że potrzebuje normalnej dziewczyny, a nie bogaczki, której przewraca się w głowie. Coraz częściej zostawała sama, Andrzej nie wracał nawet na noc. Jak przychodził, czuła od niego alkohol. Postanowiła, że pojedzie na jakiś czas do domu rodzinnego.
Rodzice przyjęli ją jak marnotrawną córkę, w czasie przyjęcia wyjaśniali przyjaciołom, że Anna wróciła właśnie z podróży po Ameryce Południowej. Wróciła na studia, Andrzej napisał, że poznał dziewczynę i niedługo się z nią ożeni. A Iwo tkwił na posterunku. – To fakt, był podstarzałym playboyem i nie podobał mi się, ale rodzice byli zachwyceni, kiedy szłam z nim na spotkanie. Kupował bajecznie drogie prezenty, z Rosji sprowadzał dla mnie biżuterię, bo twierdził, że tam robią najpiękniejszą. W czasie jednej z rozmów matki z ojcem usłyszałam, że jeśli wyjdę za Iwa i urodzę mu wnuka, dostanę połowę jego majątku. Jeśli nie, precz z domu!
Miała 24 lata, gdy urodziła syna. Obydwie rodziny oszalały na punkcie malucha. Anna z Iwem zamieszkali w pięknym domu niedaleko Krakowa. Kobieta zajmowała się dzieckiem, do pomocy miała oczywiście nianię i gosposię. Razem z matką i teściową jeździły na zakupy do Wiednia i Paryża, a pustkę wypełniały książki i muzyka. Iwo wrócił do swoich kawalerskich wyjazdów do Buenos, w wolnych chwilach pomagał ojcu w prowadzeniu interesów. – Nie ukrywam, miałam czasem ochotę przytulić się do niego, ale Iwo był już daleko ode mnie. Kiedy zaproponowałam, że mogę mu towarzyszyć w podróży do Argentyny, o mało mnie nie uderzył. Synem w ogóle się nie interesował, tanga nigdy ze mną nie zatańczył. Powiedział mi wprost, że ożenił się ze mną, bo tak chcieli nasi rodzice. A ci chcieli połączyć dwie fortuny, szczęście dzieci w ogóle ich nie interesowało.
Iwo wyjechał, Anna zabrała dziecko, trochę biżuterii i pieniędzy, i wynajęła mieszkanie. Szybko wytropił ją wynajęty przez rodziny prywatny detektyw. Ale postawiła na swoim i wygrała w sądzie prawa do opieki nad dzieckiem i alimenty. Poszła do pracy. – Żyję normalnie, nauczyłam się prowadzić dom, raz w tygodniu syn spotyka się z ojcem. Ja nie chcę widzieć ani jego, ani tym bardziej rodziców, których stać jedynie na to, aby mnie straszyć, że wrócę kiedyś do nich na kolanach.
























