Człowiek z nożami

0
czlowiek z nozami
czlowiek-z-nozami
REKLAMA

– Dziś ludzie uważają, co i do kogo mówią, bo nie wiedzą, kto czyją stronę trzyma. Nikomu nie chcą się narazić – twierdzi jeden z mieszkańców wioski.
Przyborów to nietypowa wieś. Ma wygląd osiedla fabrycznego, złożonego z kilkunastu niewielkich bloków. Kiedy w lipcu miejscowość zrobiła ponurą karierę medialną, internauci z Polski się dziwili, gdy miejscowi pisali o blokach mieszkalnych, które są w Przyborowie. – Bo jak to, we wsi są bloki? – dopytywali się zdziwieni. Są, gdyż od zawsze mieszkali w nich pracownicy pobliskiego dużego zakładu ogrodniczego. Zakład, dziś jako prywatna spółka, ciągle daje utrzymanie większości mieszkańców.
Ponura sława wzięła się stąd, że w lipcowe niedzielne popołudnie 60-letni Grzegorz Ż. zaatakował młodego mężczyznę, bijąc go w głowę. Z pomocą koledze przyszedł 26-letni Rafał K., sąsiad napastnika z bloku. Wtedy Grzegorz Ż. posłużył się nożem, pozbawiając życia obrońcę napadniętego.
– Ludzie na osiedlu odżyli, jak zamknęli tego Ż. Szkoda tylko, że musiał zginąć człowiek, żeby zapanował spokój – mówi jeden z mieszkańców wioski, oglądając się nerwowo na boki. Sprawdza, kto widzi go, gdy rozmawia z nieznajomym.
Dziś nikt z rozmówców nie poda dziennikarzowi nazwiska w obawie przed reakcją środowiska. Jeden z rozmówców na wszelki wypadek prosi nawet, by nie pisać, gdzie pracuje jego żona, o której wspomniał w rozmowie. Żeby nikt się nie domyślił, o kogo chodzi.
Dziecko w nerwicy
Najwięcej można się nasłuchać o psach Grzegorza Ż. To był wielki problem, który skonfliktował go z wieloma mieszkańcami, zwłaszcza bloku, w którym mieszkał. Mężczyzna miał trzy psy, w tym dwa duże mieszańce, które chodziły bez kagańca i smyczy. Bywały agresywne.
– Co tu się nie działo! – relacjonuje pani Zofia. – Psy biegały, jak chciały. Baliśmy się ich wszyscy, zwłaszcza matki obawiały się o swoje małe dzieci. Już była taka sytuacja, że przez jednego z psów przewróciła się na chodnik pani L. Złamała rękę, Ż. musiał zapłacić jej odszkodowanie. Dziecko sąsiadów wpadło w nerwicę, bało się wychodzić z mieszkania, bo psy polegiwały na wycieraczce pod ich drzwiami. Policja przyjeżdżała, za każdym razem zaprowadzała Ż. wraz z psami do jego mieszkania, ale to nie pomagało. Pomogło na jakiś czas, gdy sprawą psów zajął się w końcu sąd, wtedy widziało się, że Ż. zakłada tej ostrej zwierzynie kagańce. Ostatnio trzymał je  na swojej działce, a nie w mieszkaniu.
– Czytałam w Internecie, że psy Ż. pogryzły w przeszłości z pięć osób – mówi pani Katarzyna, młoda mieszkanka osiedla. – Ja tego nie pamiętam, ktoś pisał, że atakowały dzieci w budynku szkoły, a na festynie w Czarnej w tym roku biegały luzem i siały postrach.
– Ż. był sprytny. Potrafił zaprząc te psy do roweru i one go ciągnęły – dopowiada pan Roman. – Bardzo lubił zwierzęta. Kiedyś miał konia. Z koniem paradował po całym osiedlu. To dopiero było widowisko! Aż mu to konisko wpadło kiedyś pod samochód i zginęło.
Psia sprawa w Przyborowie była znana na całą okolicę, łatwo odnaleźć jej ślady w lokalnych mediach. Dziś nie ma żadnych obaw. Po zatrzymaniu Grzegorza Ż. psy zostały przez policję wywiezione.
Ale w tę tragiczną niedzielę mężczyznom nie poszło o psy. Prawdopodobnie chodziło o prywatne porachunki. Alkohol też swoje zrobił. W chwili zajścia Grzegorz Ż. miał 0,7 prom. alkoholu.
Słuchają jak papieża
– To było czekanie na tragedię – uważa pani Dorota. – Wszyscy od dawna wiedzieli, że Ż. przechowuje sporo noży. Potrafił wejść do sklepu z długim na kilkadziesiąt centymetrów, ostrym narzędziem i nikt nie reagował. Nożami obwieszał nawet swoje psiska. Taką miały ozdobę. Stało się to, co musiało się stać.


Policja po tragicznym wydarzeniu w mieszkaniu Ż. zabezpieczyła kilka noży. W kolekcji znajdowały się jeszcze szewski młotek i bagnet.
– Sprawę trzeba było załatwić tak: Ż. skierować na leczenie, a psy do schroniska. Nie było na co czekać – przekonuje pan Marek. – Ż., moim zdaniem, był chory. Bardzo często pił. Już jako pracownik zakładu ogrodniczego znalazł się w szpitalu psychiatrycznym.  Któregoś dnia pojechaliśmy z kolegami go odwiedzić. Przyjeżdżamy, szukamy go po salach, a jego nigdzie nie ma. I nikt nie wie, co się z nim stało. Potem okazało się, że uciekł z oddziału, zjeżdżając na dół po rynnie…
Przyborów się podzielił. Ci, którzy mieli dość jego psów i zaczepek, nie zostawiają na nim suchej nitki. Inni starają się go usprawiedliwiać.
– To nie było tak, że tylko on kogoś zaczepiał. Czasem się bronił przed innymi. Był przez innych zaczepiany, prowokowany, wyśmiewano się z niego. Nic dziwnego, że niekiedy tracił nerwy. Może dlatego trzymał tyle noży, żeby odstraszyć napastników? – pyta pan Staszek.
Prokuratura Rejonowa w Dębicy poinformowała, że Grzegorz Ż. od 2008 roku był pięć razy pobity przez okolicznych mieszkańców. Z innych źródeł wiadomo, że kiedyś w pobiciu Ż. prawdopodobnie uczestniczył także Rafał K., jego przyszła ofiara.
Pan Kazik dodaje, że nikogo nie było, żeby Grzegorzowi Ż. podać rękę. Był samotny, staczał się z powodu nałogu.
– Był chory, a choremu trzeba pomóc. Kiedy przyjechała po niego policja, zabarykadował się w domu, zjawili się antyterroryści z Rzeszowa. Wtedy Ż. wywiesił w oknie flagę, zaczął przemawiać do ludzi. Twierdził, że ludzie słuchają go jak papieża… Coś mu było, musiało być.
Na kilka dni przed tragedią Grzegorz Ż. – po tym jak jechał rowerem w stanie nietrzeźwym – na wniosek policji skierowany został na badania psychiatryczne. Wynika z nich, że jest on osobą w pełni poczytalną, ale ma nieprawidłową osobowość i trudności adaptacyjne. Na pewno teraz, w związku z podejrzeniem o zabójstwo, badania zostaną powtórzone.
Nie płaczemy za nim
Danuta Pyskaty jest sołtyską Przyborowa, na co dzień pracuje w gminie.
– Nie miałam problemu z panem Ż., choć wiem, że dla wielu był kłopotliwy, także przez te psy. Jego na różny sposób wyrażane uwagi przyjmowałam jako żart. Miał na swoim koncie grzywny i wyroki w zawieszeniu. Wiem, że wieś teraz dzieli się w opiniach. Aż do procesu w sądzie sprawa ta będzie odżywać. Rafał K., który został zabity, był sympatycznym, posłusznym, inteligentnym człowiekiem.  Mnie żal obydwu – i tego, co zginął, i tego, co zabił. To jest tragedia po obu stronach.
Mieszkańcy nie są jednomyślni również w sprawie roli policji. Jedni narzekają, że wobec problemu Grzegorza Ż. była bezradna, drudzy podkreślają, że zawsze interweniowała, gdy zachodziła konieczność.
– Nie chcę komentować tego, co się wydarzyło – mówi Marta Chęcik, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej w Przyborowie. – Z Grzegorzem Ż. nie miałam do czynienia, choć był naszym lokatorem. Nie przychodził do administracji. Potwierdzam, że duże problemy były z jego psami i tą sprawą zajmowaliśmy się wielokrotnie.
Grzegorz Ż. mieszkał w bloku spółdzielczym, który kiedyś był hotelem robotniczym zakładu ogrodniczego. Długie, mroczne korytarze. Na parterze sporo pozostawionych rowerów. Nie ma obawy – nikt ich nie ukradnie. Tu wszyscy się znają, mieszkają okno w okno, wszystko o sobie wiedzą. Ż. mieszkał na trzecim piętrze w końcu korytarza. Białe, obskurne drzwi opieczętowane przez policję.
Na korytarzu jedna z lokatorek zmywa wykładzinę. Na wspomnienie o Ż. od razu się denerwuje. Kręci głową, mówi, że nie chce na ten temat rozmawiać. Potem opowiada, jak Ż. jako sąsiad dawał im się we znaki.
– To było czasem okropne. Na przykład psy dostawały biegunki i potrafiły zapaskudzić nam cały korytarz. Sami musieliśmy sprzątać to gówno. Mieliśmy dość tego pana. Żal, że zginął ten młody, ale wreszcie mamy spokój – i z nim, i z jego psami. A niechby dostał dożywocie, my płakać za nim nie będziemy.

REKLAMA (3)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
REKLAMA (2)
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze