
– To wilki w psiej skórze – mówi Karol Klimek z Referatu Ochrony Środowiska w Urzędzie Gminy Gnojnik. – Są to zwierzęta, które prawdopodobnie zostały wyrzucone przez ludzi, zebrały się w stado i zaczęły radzić sobie samodzielnie. Atakowały dzikie zwierzęta, których mięsem się żywiły, potem przeniosły się do wsi. Ale zwierząt hodowlanych nie zabijały z głodu, tylko dla zabawy.
– To, co zobaczyłam, gdy weszłam do stajni, było przerażające. Wszędzie leżały rozszarpane ciała zwierząt, a krew płynęła strumieniem – opowiada Bernadeta Gnyla, właścicielka hodowli danieli. Pani Bernadeta poniosła ogromne straty, psy zabiły kilkanaście zwierząt, w tym ciężarne samice, szkody wynoszą ponad 20 tysięcy złotych. Co ciekawe, dzikie psy zabijają, ale na ciele martwych zwierząt nie ma śladów, które wskazywałyby na to, że zdziczałe czworonogi jedzą mięso upolowanych zwierząt. Tak było, gdy dostały się do zagrody z danielami, według podobnego scenariusza działały, gdy napadły na stado baranów.
– Psy dostają się do zagród, podkopując się pod ogrodzeniami – mówi sołtys Zawady Uszewskiej, Jan Robak. – Osaczają swoje ofiary, zagryzają je i zostawiają. Boimy się, że któregoś dnia mogą zaatakować ludzi. Rodzice odprowadzają dzieci do szkoły, popołudniami nie wypuszczają ich z domów, wszyscy są zastraszeni.
Problem pojawił się miesiąc temu, wtedy sfora zaatakowała po raz pierwszy w Zawadzie Uszewskiej, psy zabiły kilka owiec i muflonów. Gospodarze założyli elektryczne pastuchy i tym odstraszyli czworonogi, które przeniosły się do Lewniowej. Tam napadły na daniele, uśmierciły ich blisko dwadzieścia. Ataków było jeszcze kilka, dzikie psy przypuszczały je najczęściej nocą.– Do działania przystąpiliśmy od razu po pierwszej napaści – wyjaśnia Karol Klimek. – Kupiliśmy specjalne klatki, specjalne pułapki zastawiła wynajęta przez nas firma, której zadaniem jest wyłapanie psów. Po kilku dniach patrolowania terenów udało się złapać wilczura, od tego czasu ataki ustały. Pies został odwieziony do schroniska, gdzie poddany został obserwacji.
– Na wolności są jeszcze trzy psy – dodaje Karol Klimek. – Wszystkie to mieszańce, dwa są małe, jeden wielkością zbliżony jest do złapanego wilczura. Ten prawdopodobnie był przywódcą stada, bo odkąd przebywa w schronisku, sfora nie dała już o sobie znać. Chociaż lekarz weterynarii, z którym gmina współpracuje, twierdzi, że sfora może się przeorganizować i znowu zaatakować, może być także groźna dla ludzi.
Trudno odmówić tym psom inteligencji i zmysłu organizacyjnego. W dzień, kiedy były najbardziej narażone na spotkania z ludźmi, odpoczywały w krzakach i na nieużytkach, nocą polowały. W czasie polowania dwa małe pieski zaganiały ofiary, dwa duże je zabijały.
– Mieszkańcy żądali, żebyśmy psy od razu zastrzelili, ale tak zrobić nie możemy, zgodnie z przepisami muszą zostać humanitarnie odłowione i odwiezione do schroniska. Wiemy, że organizacje zajmujące się ochroną praw zwierząt już patrzą nam na ręce – mówi inspektor Klimek.
Paradoksalnie ta dramatyczna sprawa ma wymiar edukacyjny.
– Ludzie na własne oczy przekonali się, co dzieje się z psami, które zostaną wyrzucone z domów – dodaje Karol Klimek. – Tuż po pierwszym ataku dzikiej sfory wyłapaliśmy z terenu gminy siedem błąkających się czworonogów, istniała obawa, że przyłączą się do atakującego stada. Gdy znajdziemy ich właścicieli, zostaną oni obciążeni kosztami. Wyłapanie i dostarczenie psa do schroniska kosztuje 1900 złotych.






















