
Do teraz we wsi trwają spory, kto pierwszy zauważył twarz, która nagle wyrosła na krzyżu? – To pewnie była Marysia Płachcina – twierdzi jedna z mieszkanek Królówki, największej wsi w gminie Nowy Wiśnicz. Dwa i pół tysiąca mieszkańców. Urokliwe położenie na kilku wzniesieniach z widokiem na krajobrazy Pogórza. Dwa kilometry na południowy zachód od ruchliwej drogi limanowskiej.
Kobieta opowiada, że któregoś dnia Marysia przybiegła cała roztrzęsiona z niezwykłą wiadomością: Twarz Chrystusa objawiła się na krzyżu!
Wszyscy poszli to zobaczyć. Rzeczywiście, w górnej części krzyża zauważono narośl kształtem przypominającą ludzką twarz – z uchem, nosem, oczyma i brodą. Wielu nie miało żadnych wątpliwości: tak, to Chrystus. Cud jakiś.
Choć wtedy nie było ani Internetu, ani SMS-ów, wiadomość o niezwykłym zjawisku błyskawicznie zatoczyła szerokie kręgi, na tyle szerokie, że już po kilku dniach na miejscu cudu pojawiło się kilkanaście tysięcy pielgrzymów. A potem jeszcze więcej i więcej…
Z lornetką do cudu
Królówka była na ustach prawie całej Polski. Przybysze z odległych stron odpłatnie pożyczali sobie lornetki, by dokładnie przyjrzeć się twarzy na krzyżu. W ogóle trudno było do niego dojść, bo kłębił się przed nim tłum. Modlono się, proszono o łaski, palono świece, robiono zdjęcia. Zdjęcia też można było kupić. Ktoś sprzedawał je nawet na dworcu kolejowym w Tarnowie, robiąc na tym niezły interes. Prawie każdy chciał mieć fotografię z cudem. We wsi ktoś wpadł na pomysł, żeby nie dzielić się tym olśniewającym zjawiskiem tak łatwo, żeby ogrodzić plac i pobierać opłaty za wejście. Ale w PRL nie było klimatu, który sprzyjałby obywatelskiej przedsiębiorczości.
Do dziś wielu mieszkańców świetnie pamięta te zdarzenia z 1982 roku. Niektórzy jednak wyraźnie nabierają wody w usta. – Pamiętałam, pamiętałam, co się tutaj wtedy działo, ale teraz panu nie powiem, bo mi akurat wyszło z głowy – wykręca się od rozmowy starsza pani.
– Było, minęło – ucina ktoś inny.
Zdystansowany do sprawy jest także Stanisław Tabor, sołtys Królówki: – Nie był to cud, bo jako cud nie został uznany. Nie ma więc o czym gadać.
Milicjanci się modlili…
A jednak jest o czym, bo nigdy wcześniej ani później Królówka nie miała takiego rozgłosu jak wówczas.
– Pamiętam, że taka była nawałnica ludzi, że PKS co godzina puszczał z Bochni po sześć autobusów, a i tak nie wszyscy się w nich mieścili. Któregoś dnia korek samochodów zrobił się na trzy kilometry. Do Królówki ani dojechać! – wspomina jeden z gospodarzy. – Dotarła tu jedna rodzina aż ze Szczecina. Milicjanci przyjeżdżali po cywilnemu, całkiem prywatnie, by ujrzeć ten cud.
Determinacja pielgrzymów była o tyle zadziwiająca, że cud przypadł na okres stanu wojennego, gdy dalsze wyjazdy poza miejsce zamieszkania były formalnie ograniczone. Potrzebne były przepustki wydawane w urzędach miast i gmin.
Z cudem władze miały problem, więc oficjalnie ogłoszono, że na krzyżu wyrosła huba, dość zmyślnie ukształtowana, i żeby dać sobie spokój z cudem. W gazetach pisano, że chodzi o uszak bzowy, który pojawia się także na martwym drewnie. Pewien śmiałek, który w Królówce zjawił się z albumem zdjęć różnego rodzaju drzewnych narośli, został jednak prędko przepędzony.
Kościół nigdy nie opowiedział się za cudem.
– Ksiądz nam wiele razy powtarzał: słuchajcie, cud jest w kościele, a nie tam – przypomina sobie Janina Kita.
Jej sąsiadkę, Marię Janioł, zastanawiała jednak ta „huba”.
– Były tam oczy i wydawało się, że są ruchome – do dzisiaj opowiada z przejęciem. – Czy się zaszło krzyż od lewa, czy od prawa, to spojrzenie stamtąd biegło w tym samym kierunku. Niezwykłe. Codziennie odmawiano tam koronki, pozostawiano łańcuszki. Niektórzy zabierali drobne drzazgi z krzyża jak jakieś relikwie.
Maria Janioł znakomicie pamięta również to, w jaki sposób cud się skończył. Władzy PRL-owskiej szum wokół krzyża był zdecydowanie nie na rękę i już od pewnego czasu podejrzewano, że zechce z nim zrobić porządek. Ludzie z Królówki planowali nocne dyżury przy krzyżu, ale nim podjęli decyzję, przyszła tamta noc. Ona zadecydowała o wszystkim.
Władza gasi światło
– Tej nocy wszędzie pogasły światła. Wszystkim wyłączono prąd, na ulicy panowały ciemności. Nazajutrz ktoś przyniósł niezwykłą nowinę: twarz Chrystusa z krzyża zniknęła!
W Królówce nikt nie miał wątpliwości, że to sprawka władzy. Cud sam z siebie nie zniknął. Nie było takiej możliwości. Od razu pojawiły się w tej sprawie rewelacyjne teorie.
– Opowiadano na przykład, że władze namówiły jakiegoś więźnia, by nocą przyjechał do wsi, wspiął się na wysokość krzyża i zerwał twarz, która na nim tkwi. W zamian miano mu darować resztę kary. Nie przez przypadek tej nocy nie było światła…
Do teraz żywa jest opowieść o tym więźniu, domniemanym sprawcy końca cudu.
– Zaraz po jego uczynku dostał paraliżu rąk i nóg. Pewna pielęgniarka z Bochni miała mówić, że ten człowiek, leżąc w szpitalu, bardzo żałował tego, co zrobił. Płakał, że dał się namówić.
We wsi usłyszeć też można o innym mężczyźnie, którego pokarało. On się z cudu naśmiewał. Gdy radosny wsiadł do samochodu, by wrócić do domu, chwilę potem wjechał do rowu. Z czterysta metrów od krzyża. Samochód się zapalił, on ledwie uszedł z życiem. I tak miał szczęście.
Kiedy z krzyża zniknął znak, skończył się cud. Jeszcze może przez tydzień było wokół niego trochę ruchu, a później jak nożem uciął. Zapanowała błoga cisza.
Tamten krzyż nie dotrwał. Był drewniany, rozleciał się ze starości, choć starano się go podtrzymywać tak długo, jak tylko możliwe. Przez pewien czas stał obok nowego spięty klamrami.
Czekanie na znak
Teraz pozostaje tylko ten nowy. Jest szczególny o tyle, że ma specjalną, przeszkloną szafkę wotywną, a w niej znajdują się drobne dary z tamtego czasu. I stoi na działce, na której posadowiony był kiedyś dom, w którym w 1791 roku urodził się Kazimierz Brodziński, poeta, historyk, krytyk literacki i najwybitniejszy w Polsce twórca epoki przedromantycznej.
Na dawnym gruncie Brodzińskich stoi także domek, którego mieszkanka opiekuje się krzyżem. Codziennie tu zagląda i sprząta, kiedy zachodzi potrzeba. Miejsce to wydaje się jej wyjątkowe, dlatego otacza je wielką czcią.
Niektórzy mieszkańcy Królówki przyznają, że niejeden we wsi ciągle wierzy, że to był prawdziwy znak na krzyżu, a nie jakaś huba. – Na starym spróchniałym drewnie by ona wyrosła? – naśmiewają się z tych, którzy nie wierzą.
– Czasem ktoś tu zachodzi, by dokładnie obejrzeć krzyż – zdradza mężczyzna spotkany koło kościoła. – Są tacy, którzy sprawdzają, czy coś nowego na krzyżu nie wyrosło. Ale na razie nie rośnie nic.

















![Przydrożny krzyż wrócił na swoje miejsce [ZDJĘCIA] Krzyż drewniany](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2025/09/Drewniany-krzyz-ul.-Braci-Sakow-6-218x150.jpg)
![Drewniany krzyż zniknął z ul. Braci Saków [ZDJĘCIA] Drewniany krzyż ul. Braci Saków](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2025/08/IMG_20250823_172225-218x150.jpg)




