Ostra jazda nad Dunajcem

0
wraki
REKLAMA

Pytają: jak to możliwe, żeby bezkarnie masakrować naturalne nabrzeże rzeki, która na tym odcinku chroniona jest w ramach sieci „Natura 2000”? Trudno się zorientować, czy więcej jest zwolenników, czy przeciwników naddunajskiego toru jazdy. Wiadomo tylko, że z czasem spór będzie się zaostrzał.
Leszek Dydyński prowadzi w dół. Trzeba zejść z mostu na Dunajcu, z drogi prowadzącej w kierunku Biskupic i pójść piaszczystą ścieżką. Ponieważ padało tej nocy, warto założyć gumowce, by poruszać się dalej. Dookoła błoto.
– Niech pan patrzy, co się tu dzieje – chwyta się za głowę Leszek Dydyński z pobliskiego Żabna, starszy, ale żwawy mężczyzna. – Jak blisko jeżdżą rzeki, wszędzie pełno śladów po jakichś pojazdach. To nieporozumienie.
W tym miejscu wartkim nurtem płynie Dunajec. Tor jazdy, którego przebieg czasem wyznaczają stare opony i porwane taśmy, został zorganizowany kilkadziesiąt metrów od brzegu, ale rzeczywiście widać, że jakieś niezidentyfikowane czterokołowce zapędzają się znacznie dalej, w bezpośrednie sąsiedztwo rzeki.
– Nie powinno tu być wyścigów, nie powinno być szaleństwa – podkreśla pan Leszek i pokazuje ręką stanowiska, na których odbywają się rajdy. – Proszę zobaczyć, jak rozjechany jest ten kawałek brzegu. Z zakrzaczenia, które go umacnia, mało co już pozostało, bo się po tym jeździ. Trudno to będzie naprawić, tym bardziej że częsta wysoka woda, która się tu corocznie pojawia, osłabia brzegi. W tym roku może być podobnie. Przyjdzie fala i zabierze tę stertę opon ze sobą. Cały śmietnik popłynie w kierunku Wisły.


Nie zaśpiewa ptak
Pana Leszka to boli, gdyż jest, jak sam siebie nazywa – wodniakiem. Zawsze go ciągnęło do wody, już w podstawówce miał dwa kajaki. Potem zbudował sobie motorówkę, którą przemierzał wyznaczone szlaki.
– Ludzie wciąż zanieczyszczają rzeki. Bez problemu można w nich znaleźć puste butelki, zużyte ogumienie, plastikowe opakowania, buty, nawet stare kanistry. Tu, gdzie jesteśmy, było kiedyś urocze miejsce. Ludzie całymi rodzinami przyjeżdżali na wypoczynek, niektórzy wychodzili na pobliską mierzeję. Teraz nie przyjdzie nikt.
Boi się, że tej wiosny żaden ptak tu nie zaśpiewa. Ptaki lubią ciszę, spokój. Nie zakładają gniazd w niepewnych lokalizacjach.
Teren nad Dunajcem należy do gminy Radłów. Kamil Sobota, pracownik Urzędu Miasta i Gminy, mówi, że dzierżawca urządził tu tor, z którego korzystają właściciele starych samochodów, quadów i motocykli crossowych.
– Naszym zdaniem, dzierżawca przestrzega warunków umowy, którą razem podpisaliśmy. Także tych, które odnoszą się do ochrony środowiska. Zachowana jest właściwa odległość od koryta rzeki i od lęgowisk ptaków. Były kontrole, mieliśmy do wglądu dokumentację, nie było powodu, żeby interweniować. Raz tylko zwróciliśmy uwagę na porzucone butelki i śmieci, wówczas dzierżawca zareagował, prędko uporządkował teren.

Jazda na dziko
Kamil Sobota przyznaje jednak, że mimo to są interwencje ze strony niektórych mieszkańców. Nie chcą oni, by w tym miejscu odbywały się jazdy cztero- czy dwukołowców.
– Istnieje problem korzystania z toru na dziko bez uzgodnienia z kimkolwiek. Przyjeżdżają tu właściciele quadów albo motocykli, którzy nie przestrzegają zasad obowiązujących na dzierżawionym terenie. Słyszymy, że niektórzy jeżdżą po korycie rzeki, nawet przeprawiają się na drugi brzeg. To są ludzie, którzy pojawiają się i znikają, ich pojazdy nie mają rejestracji, trudno ich namierzyć, ustalić, kim są.
Gmina nie wie, jak ten problem rozwiązać. Urzędnik twierdzi, że terenu, na którym wyznaczone są legalne trasy, nie można ogrodzić.
– Nie można, ponieważ mamy do czynienia z terenem zalewowym. W razie, gdyby podniósł się poziom wody, trzeba natychmiast reagować. Sprzątać wszystko, co znajduje się na powierzchni blisko rzeki. Uważamy, że sprawą użytkowania tych tras na dziko, wbrew określonym w regulaminie zasadom, powinna zająć się policja. Ludzie, o których mowa, łamią prawo, a więc podlegają karaniu.
– W razie dużej wody, która zwykle nadchodzi co roku w czerwcu, nikt nie zdąży usunąć w porę opon. W takiej sytuacji sam człowiek musi szybko uciekać, żeby go nie zatopiło – przestrzega Leszek Dydyński.
Nie upilnuję
Dzierżawcą terenu jest Kazimierz Rędzina, znany w okolicy miłośnik sportów motorowych, organizator imprez o tym charakterze. W pobliżu Biskupic Radłowskich regularnie odbywa się widowisko pod nazwą „Wrak Race” – zawody w kategoriach: wrak, quad i motocross. Za pewną opłatą z nadunajskiego toru mogą korzystać wszyscy chętni, pod warunkiem że będą stosować się do wyznaczonego regulaminu.
– Odpowiadam tylko za ten teren, nad którym sprawuję pieczę – zaznacza Kazimierz Rędzina. – Na to, co się dzieje poza tym obszarem i poza moją kontrolą, nie mam wpływu. Oczywiście, słyszę, że przyjeżdżają tu różni amatorzy jazd i różnie się zachowują. Ale czy powinienem na nich urządzać zasadzki? Nie jestem w stanie wszystkiego upilnować.
Dzierżawca opowiada, że tor nad Dunajcem został zbudowany z pomocą jego przyjaciół, miłośników motocrossu. Z myślą o takich, jak oni.
– Ludzie mają różne pasje. Jedni łowią ryby, drudzy zbierają znaczki, inni lubią cross. Chodzi o to, żeby ci ostatni mieli warunki do rozwijania swoich zamiłowań. Oni muszą mieć specjalne miejsca do jazdy tak, by nie szkodzić innym, by zachowane zostały zasady bezpieczeństwa. Dlatego organizuje się takie tory jak nasz.

REKLAMA (2)

Olej do rzeki?
Do niedawna podobny tor był w Kępie Bogumiłowickiej, ale to już przeszłość. Jak wieść niesie, niedaleko toru wybudował się ktoś ważny i nie znosił dobiegającego z pobliża hałasu. Trasę wkrótce zamknięto.
Właściciele quadów często nie mają dobrej opinii. Kojarzeni są z nadmiernym hałasem, ostrą jazdą po lasach, przepędzaniem ludzi i płoszeniem dzikich zwierząt. Niejedna taka jazda skończyła się już tragedią, jak ostatnio w Mogilanach pod Krakowem, gdzie kierujący bez uprawnień quadem 14-latek śmiertelnie potrącił pieszego. W okolicach Tarnowa też już notowano wypadki, w których poszkodowani byli kierowcy czterokołowców, ostatnio w Nowodworzu.
Jacek Bujański z Polskiego Stowarzyszenia Czterokołowców ATV mówi, że swego czasu ludzie żądni adrenaliny zakupili w Polsce kilkadziesiąt tysięcy terenowych pojazdów sportowo-rekreacyjnych.
– Bywa, że właścicielom maszyn brakuje odpowiedzialności, często nie używają rozumu, przyczyniają się do utrwalania negatywnego wizerunku wszystkich użytkowników tego rodzaju pojazdów. Całkiem niedawno jechałem wraz z synem quadem i na drogę wyskoczył jakiś człowiek z widłami. Prawdopodobnie ktoś wcześniej czterokołowcem urządził sobie rajd po jego polu. Problem na pewno jest, a specjalnie wyznaczonych tras czy torów ciągle mamy za mało. Sytuacja wymaga ucywilizowania problemu tak, jak to się stało w wielu krajach.
Skoro istnieje niedostatek odpowiednich miejsc do przejażdżek, jest pewne, że wiele z kilkudziesięciu tysięcy quadów lub motocykli terenowych próbuje znaleźć własne drogi kosztem kogoś lub czegoś. Jacek Bujański jest zdania, że bardzo trudno jest opanować ten żywioł, choć zauważa się pewne postępy.

REKLAMA (3)

Mogę zamknąć tor
– Rozumiem, że intencja zorganizowania toru nad Dunajcem była dobra, lecz jestem przekonany, że miejsce wybrano bardzo niefortunnie. Przecież dolny Dunajec, na odcinku od zapory w Czchowie aż po ujście do Wisły, jest objęty ochroną przyrodniczą w ramach sieci „Natura 2000”. Tu zaś mamy do czynienia z wielkim zgiełkiem, płoszeniem ptactwa, niszczeniem roślinności, zanieczyszczaniem terenu. Nie mam pewności, czy ścigające się wraki w marnym stanie technicznym nie mają wycieków oleju silnikowego albo innych płynów. I gdzie to wszystko idzie? Poza tym zarządca terenu musi wynaleźć taki sposób, żeby zapobiegać rajdom na dziko, najbardziej szkodliwym – mówi miłośnik przyrody z Tarnowa, który dobrze zna okolice nad Dunajcem. Nie poda nazwiska do prasy.
– Ci, którzy teraz narzekają, powinni wcześniej zobaczyć, jak ten teren wyglądał. Wywieźliśmy stąd prawie 10 ton różnych odpadów, bo każdy, kto miał potrzebę, śmieci wywoził tutaj. Tor, który zrobiliśmy, ma wśród użytkowników dobrą opinię, jest bezpieczny. Ale mogę zrezygnować z tej inicjatywy, w końcu nie mam z tego tytułu liczących się dochodów – oznajmia Kazimierz Rędzina.
Nie wszyscy krytykują tor. W okolicznych miejscowościach łatwo usłyszeć opinię, że od czasu, gdy właściciele quadów i motorów mają się gdzie wyżyć, mniej jest dewastacji pól.
Jeden z mieszkańców Radłowa w maju ubiegłego roku był na „Wrak Race”.
– Dużo ludzi przyszło, podobało im się. Zawsze to jakaś rozrywka – opowiada. – Wszystko zorganizowane było, jak trzeba. Jeśli nie będzie tego toru, to będą jeździć gdzie indziej. Po polach i lasach. Gdzieś muszą.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze