Był świadkiem największej katastrofy górniczej w kopani Śląsk

0
Katastrofa górnicza w kopalni Wujek
REKLAMA

– Zdjąłem go niedługo po wypadku, nigdy później już nie założyłem i już nie założę – z malutkiego drewnianego pudełeczka Darek wyjmuje poczerniały medalik z wizerunkiem świętej Barbary. – Patronka chroniła mnie długie lata, ale po tym, co się tamtego dnia wydarzyło, co wtedy widziałem i przeżyłem, sprawiło, że przestałem jej ufać…

Kilometr pod ziemią

W kopalni Śląsk w Rudzie Śląskiej pracował od kilkunastu lat, świetnie zarabiał. Do górnictwa zachęcił go starszy kolega.
– W domu było biednie, ojciec pił, chciałem się z tego uwolnić. Nauka nigdy nie szła mi dobrze, więc szybko się zdecydowałem. Poszedłem do szkoły przyzakładowej przy kopalni, brano wszystkich chętnych, uczyłem się o technikach wydobywania węgla i obsługi maszyn, a już po kilku miesiącach po raz pierwszy zjechałem pod ziemię. Było ciemno, gorąco i duszno, mała przestrzeń niepokoiła. Uspokajało mnie to, że starzy górnicy czuli się w tym mroku jak u siebie w domu, żartowali, jedli przygotowane przez żony kanapki. Ciężko pracowali, ale zawsze znajdowali trochę czasu, żeby ponarzekać na szefów, pośmiać się z górniczych dowcipów. Po pewnym czasie także dla mnie stało się to codziennością, ciemność nie budziła już lęku, a jedzenie, chociaż posypywane węglowym miałem, przestało trzeszczeć w zębach. Między górnikami pracującymi na jednej szychcie rodzi się niezwykła więź. Dzieje się tak dlatego, że zjeżdżając razem kilometr pod ziemię mają świadomość grożącego im niebezpieczeństwa. Wiedzą, co może ich spotkać, muszą więc sobie bezgranicznie ufać. Co ciekawe, nie przekłada się to na ich wzajemne stosunki, kiedy są już na powierzchni. Pewnie, spotykaliśmy się na imprezach, świętowaliśmy urodziny kolegów i ich żon, piliśmy i ucztowaliśmy razem, ale nie wiązały nas przyjaźnie czy bliskie związki.

To był koszmar

Darek mieszka niedaleko Iwkowej, w ciągu kilku lat pracy w kopalni zarobił tyle, by kupić działkę i materiały na budowę domu, był już żonaty, miał dwoje dzieci. Mieszkał w górniczym hotelu, za który nie musiał płacić. Miał dobrą pensję, premie, świąteczne deputaty, wypasione paczki dla dzieci. I choć tęsknota za domem i rodziną dawała się we znaki, postanowił, że popracuje jeszcze kilka lat. W tym postanowieniu wytrwał do 18 września 2009 roku.

REKLAMA (2)

– Tego dnia miałem mieć nocną szychtę, od szóstej wieczorem. Za kilka dni planowałem wyjazd do domu, więc postanowiłem pochodzić po sklepach i kupić żonie i dzieciom upominki. Chodziłem po mieście, gdy usłyszałem sygnały karetek pogotowia. Klienci sklepów zaczęli mówić, że chyba musiało się coś złego stać w kopalni. Byłem niedaleko, poszedłem tam. Miałem przepustkę, więc wpuszczono mnie bez problemu. To, co zastałem, to był koszmar. Mimo przerażenia włączyłem się w ratowniczą akcję, pomagałem przenosić rannych, podawałem im wodę, przynosiłem koce – wspomina Darek.

REKLAMA (3)

Ubrania wtopione w skórę…

– Ratownicy wynosili martwych i ciężko rannych, spalona skóra odchodziła im całymi płatami z dłoni i z twarzy… Widziałem rękę jednego z kolegów, który leżał już na noszach. Zarówno skóra, jak i mięśnie były na niej całkowicie wypalone, zostały same kości, które w pewnym momencie się poruszyły. To było jak z horroru… Czułem woń śmierci. Ludzie krzyczeli z bólu, zwijali się na noszach. Niektórzy byli bez butów, stopy mieli poparzone i poranione. Na ramionach, brzuchach, udach ubrania uszyte ze sztucznych tkanin wtopiły się w skórę, stały się z nią jednością. Trudno mi sobie wyobrazić ból, jaki temu towarzyszył. Jednemu z górników – był nadsztygarem – wybuch urwał pół głowy… Na karetki ranni czekali w łaźni, lekarz kazał przykrywać ich kocami. Mimo kilku warstw niektórzy trzęśli się z zimna, aż szczękały im zęby. Te obrazy zostaną ze mną na zawsze, o takich potwornościach nie da się zapomnieć. Już po niecałej godzinie od tragedii pod kopalnię zaczęły zjeżdżać rodziny górników. Ludzie stali przed bramą, krzyczeli. Były tam kobiety w różnym wieku, niektóre z małymi dziećmi. Płakały i błagały, aby im powiedzieć, co dzieje się z ich mężami i synami. Próbowały przechodzić przez bramę, gdy ta otwierała się dla wjeżdżających na sygnale karetek. Panował nieopisany chaos – wyznaje mężczyzna ze łzami w oczach.

Życie górników mało znaczy

– Pracowałem w górnictwie kilkanaście lat. Nie było roku, by w którejś z kopalni nie doszło do wypadku. Ludzie ginęli, inni zostawali kalekami, powoływano jakieś komisje, które miały badać przyczyny katastrof, a te zawsze stwierdzały to samo – zła wentylacja, kiepski stan urządzeń pomiarowych, błędy pracowników. Wszczynano nawet prokuratorskie śledztwa, te były umarzane, wiele spraw się przedawniało. Za pracę w kopalni odpowiedzialni są ich dyrektorzy. Czy którykolwiek z nich stracił pracę, poszedł do więzienia za zaniedbania? Dlaczego nie ponieśli kary? Bo życie górników mało znaczy. Trzeba fedrować i zarabiać na dyrektorów, związkowców. Dbałość o górników, o ich bezpieczeństwo, to inwestowanie w najnowsze technologie i urządzenia, które by im to zapewniły. Ostatnie katastrofy w kopalniach Pniówek i Zofiówka dowodzą czegoś zupełnie innego. Ich władze chwalą się, że wydobyły ileś tam milionów ton węgla, natomiast mało mówią o zastosowaniu obowiązujących w nowoczesnym górnictwie innowacjach, które chroniłyby zdrowie i życie zwykłych kopaczy. Teraz, kiedy nie jestem już uczestnikiem górniczego życia, a jedynie jego obserwatorem, ogarnia mnie wściekłość, gdy widzę baner z napisem „Chroń nas święta Barbaro”. Święta nie pomoże, gdy w kopalni zamiast nowoczesnych urządzeń wiszą przestarzałe, które w razie wypadku są zupełnie bezużyteczne. W kopani Śląsk niemal praktyką było, że górnicy sami zasłaniali czujniki metanu, okrywali je szmatami. Ogromnym błędem było to, że nie zasypywano od razu chodników przy ścianach wyrobiskowych, to tam właśnie gromadził się metan. Dopuszczalne stężenie tego gazu wynosi kilka procent, w czasie wypadku 18 września było go ponad 20 procent, więc odpowiedź na pytanie, jak działała aparatura pomiarowa, jest bardzo proste – mówi Darek.

Rodziny bez mężów i ojców…

– Na pogrzebie były nieprzebrane tłumy. Widziałem płaczące młode kobiety ubrane na czarno, stojące tuż za trumnami. Mszę odprawiał biskup. Mało pamiętam z tego, co mówił, po głowie tłukły mi się myśli o tym, jak rodziny pozbawione mężów i ojców będą dalej żyć. Do rzadkości należało, by żona któregoś górnika pracowała, one zajmowały się domem i dziećmi. Myślałem też o tych, którzy przeżyli, ale byli ranni, leżeli w szpitalach, niektórzy walczyli o przeżycie. Później się dowiadywałem, że latami się leczyli, nie tylko z obrażeń fizycznych, ale i z traumy, której doświadczyli, zostali stałymi klientami ośrodków pomocy społecznej. Dzieci dorastały bez ojców, kobiety były skazane na samotność i często na biedę – to także są ofiary górniczych katastrof, o których rzadko się mówi.
W kopalni Darek pracował jeszcze dwa lata, do kolejnej katastrofy, kiedy pod ziemią uwięzionych zostało dwóch górników, a akcja ratunkowa trwała dwa miesiące. – Wtedy poczułem, że dłużej nie dam rady. Każdy zjazd pod ziemię wiązał się z wielkim stresem, bałem się, że zginę i pozostawię rodzinę. Po powrocie do domu byłem jak rozbitek, nie wiedziałem, co ze sobą począć. Ciężko zachorowałem. W szpitalu spędziłem kilka miesięcy, do dzisiaj jestem pacjentem poradni zdrowia psychicznego. Staram się nie myśleć o tym, co przeżyłem tamtego fatalnego dnia, jednak teraz, po serii tragicznych wypadków, które wstrząsnęły górniczym światem wspomnienia odżyły. Tak jak wtedy zginęło wielu ludzi młodych, to są bezsensowne śmierci. Czy ktoś za to odpowie? Czy znowu sprawy zamiecione zostaną pod dywan i rozmyją się w czasie? – pyta Darek.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze