A cisza wokół była przerażająca…

0
General strazy pozarnej Andrzej Mroz
Andrzej Mróz, wójt gminy Wierzchosławice, były strażak PSP i były komendant miejski Państwowej Straży Pożarnej w Tarnowie
REKLAMA

Rozmowa z Andrzejem Mrozem, wójtem gminy Wierzchosławice, byłym strażakiem PSP i byłym komendantem miejskim Państwowej Straży Pożarnej w Tarnowie

Za kilka dni minie 30 lat od chwili, gdy jako młody, 26-letni strażak, ale już dowódca Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej PSP w Tarnowie, wyruszył pan z grupą strażaków z OSP z dawnego województwa tarnowskiego w okolice Kuźni Raciborskiej, dziś w województwie śląskim, gdzie wybuchł ogromny pożar. Okazało się, że był to największy pożar lasów w powojennej Europie Środkowej. Jak po latach wspomina pan to doświadczenie?
Nigdy wcześniej ani nigdy potem nie przeżyłem takiej sytuacji. Kiedy 26 sierpnia 1992 roku w rejonie Kuźni Raciborskiej wybuchł pożar lasu i zaczął się gwałtownie rozprzestrzeniać, było wiadome, że będzie konieczne wsparcie ze strony jednostek z innych regionów kraju. W pierwszym rzucie z Tarnowa wyjechał batalion strażaków z OSP, którego dowódcą zostałem ja.

Pamiętam, że punkt zborny dla jednostek OSP znajdował się na placu obok Komendy Wojewódzkiej PSP przy ul. Klikowskiej; stąd w duszny sierpniowy wieczór ruszyła na sygnałach kawalkada pojazdów złożona z kilkunastu wozów strażackich, które przejechały przez miasto i skierowały się na zachód, w kierunku Krakowa.
Jechało się dosyć wolno, gdyż nie było wtedy autostrady. Na miejsce dotarliśmy dopiero nad ranem. Nim dojechaliśmy i zanim skierowano nas na wybrany odcinek bojowy, z odległości kilku kilometrów ujrzeliśmy wysoki słup unoszącego się czarnego dymu.

Trwał pożar, który ostatecznie pochłonął 9 tys. hektarów lasu, a w jego kulminacyjnej fazie z ogniem walczyło 1150 pracowników Służby Leśnej, 4700 strażaków, 3200 żołnierzy, 650 policjantów, 1220 osób z obrony cywilnej. W akcji zaangażowano 4 śmigłowce, 27 samolotów z wodą, 36 kolejowych cystern, czołgi inżynieryjne, pługi, spychacze. Spłonęło 15 wozów gaśniczych i 28 motopomp. To są oficjalne dane.
Spaleniu uległ las, którego obszar można porównywać z całym kompleksem Lasów Wierzchosławicko-Radłowskich. Naszego odcinka, który nam przydzielono w rejonie Kuźni Raciborskiej, broniliśmy z determinacją, gasząc zarzewia ognia, starając się ograniczyć jego zasięg. Żywioł wyhamowywał nocą, wzmagał się za dnia. Kiedy w nocy ogień przygasał, w lesie roztaczała się wielka ciemność, ale nie na długo. W drugim dniu naszej obecności żywioł stawał się coraz intensywniejszy, dochodziło do nerwowych sytuacji, gdyż zaczynało brakować nam wody. Transporty z nią, które były przeznaczone dla nas, przechwytywane były po drodze przez inne grupy strażaków, ponieważ powoli osaczał ich ogień i musieli temu przeciwdziałać. Ale też w pewnej chwili zauważyliśmy, że i my mamy pożar już za naszymi plecami, gdyż jednej z sąsiednich grup nie udało się powstrzymać ognia. Wtedy do pomocy przysłali nam siły cywilne, dwa autobusy robotników z pobliskiej elektrowni. Najbardziej groźny był pożar wierzchołkowy, w którym ogień, wspomagany przez wiatr, z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę przedostawał się górą, wierzchołkami drzew. To rodzaj burzy ogniowej trudnej do opanowania.

REKLAMA (2)

Czy choć raz znaleźliście się w sytuacji zagrożenia życia?
Na szczęście nie, choć działaliśmy w dużym napięciu i czasem w sporej niepewności. Warunki były bardzo trudne. Bez przerwy oddychaliśmy dymem i pyłem, byliśmy brudni, można było się umyć w niewielkim stopniu tylko po odkręceniu zawora zbiornika wody w naszym starze 244. Cały czas trzeba było być czujnym. Spało się krótko, kimając gdzieś opartym o koła samochodów. Jednego dnia pozostaliśmy bez jedzenia i wody, bo czasowo zniknęliśmy z obszaru aprowizacji. Ale inni mieli jeszcze gorzej. Zdarzało się, że nagle znaleźli się w środku ognia i musieli błyskawicznie się ewakuować. Zresztą podczas tej akcji zginęło dwóch druhów, nazwisko jednego zapamiętałem: Kaczyna. Zaskoczył ich ogień w samochodach, nie udało im się wydostać ze śmiertelnej pułapki…

Co jeszcze szczególnie utkwiło panu w pamięci?
Oczywiście wielkie połacie pożarzyska. Widok nieprawdopodobny. Pomijając już sterczące kikuty spalonego drzewostanu, niesamowite wrażenie robiła rozciągająca się wszędzie warstwa popiołu sięgająca wysokości nawet 30 cm. Wskutek spalenia poziomu próchnicznego gleby i zmiany jej dotychczasowego chemizmu długo kończyły się niepowodzeniem próby nasadzenia nowego lasu. No i ta cisza! Powszechnie się twierdzi, że w lesie panuje cisza, ale niezupełnie tak to jest. Całkowita cisza panuje w lesie martwym, spalonym. Aż dzwoni od niej w uszach. Gdy tak przemierzaliśmy to pożarzysko, nagle wybiegł przed nas jeleń, zupełnie zdezorientowany. Ocalał z pożogi. Wiadomo, że podczas tego pożaru zginęły tysiące ptaków, małych i dużych zwierząt.

Do dzisiaj mówi się i pisze, że przyczyną zapłonu i pożaru lasów w rejonie Kuźni Raciborskiej były iskry pochodzące od uszkodzonego układu hamulcowego w przejeżdżającym pociągu.
To była przyczyna bezpośrednia, ale na rozprzestrzenianie się żywiołu wpływ miały też inne okoliczności, nie tylko sucha upalna pogoda i wiatr, który potęgował ogień. Kiedy w 20. rocznicę pożaru spotkaliśmy się w Kuźni Raciborskiej jako uczestnicy akcji w 1992 roku, powiedziano nam, że w tych kompleksach poszycie było suche jak wiór na skutek obniżenia się wód gruntowych w wyniku niedalekiej eksploatacji złóż piasku. Wpływ miało też oddziaływanie pobliskich Zakładów Azotowych w Kędzierzynie Koźlu, które emitowały do atmosfery związki chemiczne sprzyjające wzrostowi podszytu (część lasu, którą tworzą głownie krzewy – przyp. W.Z.).

REKLAMA (3)

Pożar po kilku dniach udało się w końcu opanować, ratunek przyszedł też z nieba, z którego spadł deszcz, ale ogromny ludzki wysiłek miał, rzecz jasna, pierwszorzędne znaczenie. W jaki sposób strażacy, którzy brali udział w akcji z narażeniem własnego życia, zostali wynagrodzeni za swój trud? Otrzymaliście dodatkowe premie, odznaczenia, wyróżnienia?
Otrzymaliśmy tylko listy z podziękowaniami od ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, Andrzeja Milczanowskiego.

Jak długo tarnowska ekipa walczyła z pożarem w lasach w pobliżu Kuźni, jak była ona liczna?
To były trzy doby. Tarnowska ekipa liczyła około 100 strażaków z OSP. Po naszym powrocie wyjechał pod Kuźnię drugi batalion z Tarnowa, złożony już z zawodowców. Byliśmy po tym wszystkim bardzo zmęczeni. W drodze powrotnej do domu od razu zasnąłem, obudziłem się dopiero w Tarnowie.

Które pożary wspomina pan jeszcze w swojej karierze?
Na pewno wielki pożar Teatru Narodowego w Warszawie, 2 marca 1985 roku. W akcji gaszenia uczestniczyłem jako student Szkoły Głównej Służby Pożarniczej, miałem wtedy 19 lat. Jeśli chodzi o Tarnów i okolice, dobrze zapamiętałem kilka pożarów, ale chyba najbardziej ten w Zakładach Azotowych, w których rozszczelnieniu ulegała instalacja amoniaku, to lata dziewięćdziesiąte. Pożar ten ujrzałem będąc akurat… w Pleśnej, gdzie w tym czasie trwała inna akcja gaśnicza. Już stamtąd zauważalna była łuna unosząca się nad Mościcami. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze