Zaginięcie 25‑letniej Jolanty Ś. zgłosiła w sierpniu tego roku jej matka. Niepokoiła się, bo córka była w zaawansowanej ciąży i w lipcu miała wyznaczony termin porodu. Tymczasem przed planowanym rozwiązaniem dziewczyna nie dawała żadnego znaku życia. Nigdy nie zdradziła, kto jest ojcem dziecka, nie życzyła sobie też kontaktów z rodziną. Mówiła, że sama chce ułożyć sobie życie. Po raz ostatni widziano ją w maju, mieszkała wówczas z koleżanką w jednym z bloków w Dębicy.
Śledczy uwzględniali różne możliwości: wyjazd za granicę, ukrywanie się, handel ludźmi. Teraz wiadomo, że w czasie, kiedy szukała jej rodzina i policja, 25‑latka już nie żyła. W sierpniu matka zaginionej dziewczyny otrzymała sms‑a z telefonu córki, w którym Jola przyznała, że urodziła, a potem sprzedała dziecko, czuje się dobrze i nie chce, by jej szukano. Jednak śledczy od początku nie wierzyli, że 25‑latka wysłała wiadomość. Psycholog porównał treść i język sms‑a z poprzednimi wiadomościami, a policja zaczęła przyglądać się wszystkim znajomym dziewczyny.
W październiku przesłuchano m.in. szwagra zaginionej. I chociaż nie udało się zebrać na tyle dowodów, by o cokolwiek go podejrzewać, mężczyzna pozostał pod obserwacją policji. Grzegorz G. był ostrożny, rzadko używał telefonów, jeżeli gdziekolwiek dzwonił, prosił znajomych lub rodzinę o pożyczenie aparatu, tłumacząc, że ma problem z kupieniem karty do telefonu. Tymczasem po zaginięciu 25‑latki ktoś wybierał pieniądze z jej konta, nawet sprzedał samochód należący do dziewczyny…
W listopadzie siostra Jolanty zaalarmowała o zaginięciu męża. Kilka dni wcześniej jego pracodawca, szef jednej z dębickich firm ze sprzętem elektronicznym, zgłosił kradzież towaru o wartości pół miliona złotych. Policja była wówczas pewna, że zaginięcie 25‑latki i kradzież w firmie łączy osoba Grzegorza G.
Podejrzanego mężczyznę udało się zatrzymać dzięki zasadzce. Jego zniknięcie miało być częścią misternie przygotowanego wcześniej planu. Grzegorz G. miał z Jolantą romans, nieplanowana ciąża groziła mu poważnymi kłopotami w rodzinie. Jeszcze przed zabiciem dziewczyny, chcąc odsunąć od siebie ewentualne podejrzenia, wynajął mieszkanie, do którego przewiózł rzeczy Joli, zapewniając, że chce z nią zamieszkać po urodzeniu dziecka. Zabił 25‑latkę, a potem okradł pracodawcę, by zdobyć pieniądze na ucieczkę z kraju. Udało mu się nawet znaleźć pasera na kupno skradzionego sprzętu.
Podczas ostatniego przesłuchania Grzegorz G. wskazał miejsce, gdzie zakopał zwłoki Jolanty. Do zabójstwa jednak się nie przyznał, tłumacząc, że doszło do nieszczęśliwego wypadku.
– Jola spadła z nasypu – przekonywał, dodając, że ukrył zwłoki, bo w momencie wypadku nie udzielił kobiecie pomocy. Jednocześnie przyznał, że to on wysłał wiadomość matce dziewczyny. Ciało 25‑latki policjanci znaleźli w lesie w pobliżu Ropczyc, zakopane na głębokości pół metra.
Dla dobra sprawy śledczy nie zdradzają, w jaki sposób zginęła kobieta i jakie odniosła obrażenia. Dysponują jednak wynikami sekcji zwłok, które wykluczyły nieszczęśliwy wypadek.
Podejrzany na razie przebywa w tymczasowym areszcie w związku z zarzutami o kradzież specjalistycznego sprzętu używanego w liniach technologicznych, ale wkrótce usłyszy zarzut zabójstwa. Mężczyźnie grozi dożywocie.
Zabił, bo chciała urodzić jego dziecko
REKLAMA
REKLAMA























