Emeryt w Europie cz. 31

0
EmerytwEuropie
REKLAMA

Najpierw serpentynami pniemy się pod górę w poprzek zboczy gęsto porośniętych piniami, tworzących koronami prawie równy zielony dywan, schodzący do samej wody. W omijanych zatoczkach na prawie pionowo schodzących do oceanu zboczach brak jakichkolwiek zabudowań, oprócz tych przy drodze biegnącej w mniej więcej połowie ich wysokości.

Teren zaczyna opadać w dół i wypłaszczać się, a pinie zastępuje niska, intensywnie zielona bylina. Przejeżdżamy przez małą miejscowość o parterowej zabudowie pomalowanej na biało. Jeszcze kawałek otwartego terenu i już widać latarnię morską i pomnik z krzyżem. Jesteśmy na miejscu. Jest 19 października, godzina 16.00. Podróżowaliśmy przez 1 miesiąc, 1 dzień i 7 godzin. Przejechaliśmy 5102 km, zużywając 12,8 l/100 km oleju napędowego, w łącznym czasie jazdy 97h, co dało nam średnią prędkość 52 km/h. Grześ powiedział, ja zapisałem, pozostali przyjęli do wiadomości.

Zatrzymujemy się na poboczu jednej z kilku dróg dojazdowych, zatłoczonych autokarami, samochodami osobowymi. Jest też kilka kamperów. Wychodzi słońce i wieje ostry, przenikliwy, zimny wiatr. Po prawej na skarpie kościołek, a za nim w głębi nad urwiskiem latarnia morska. Musimy podejść kilkaset metrów asfaltowym chodnikiem przechodzącym w kamienny, żwirowy i na końcu w ziemne ścieżki pomiędzy głazami i kępami porostów. Na postumencie z krzyżem wyryta jest nazwa oraz długość i szerokość geograficzna tego punktu na Ziemi. Urwisko zabezpieczone jest płotem z drewnianych żerdzi. Patrząc w dół urwiska widzę rozbijające się o skały fale oceanu i robię zdjęcie najdalej wysuniętej skałki, teraz omywanej, a zapewne znikającej w czasie przyboju.
Rozchodzimy się na sesję zdjęciową. Udaje mi się zaczepić i zrobić zdjęcie z czarnoskórą turystką z Ugandy, ale mieszkającą w Wiedniu. Wśród zwiedzających przeważają Azjaci. Ścieżkami przez rondo dochodzę do obiektu, gdzie na parterze znajduje się informacja turystyczna, biuro turystyczne, sklep z pamiątkami, a pod nimi na skarpie restauracja z wnętrzem urządzonym na schronisko. Jeszcze w kamperze, przed wyjściem, rzuciłem hasło uczczenia osiągnięcia celu wystrzałem z szampana. Gdy telefonuję do Grzegorza z przypomnieniem, dostaję ponaglenie do szybkiego powrotu, gdyż siedzą na rozgrzanym silniku, bo musimy zaraz wyjeżdżać. Rzeczywiście, wszyscy czekają w środku i gdy tylko siadam, ruszamy.

Chyba Grzesiowi, który przez cały czas mówił o tym miejscu, nie spodobało się, bo całkiem inaczej je sobie wyobrażał. Byliśmy na przylądku trochę więcej niż pół godziny.
Jedziemy do Fatimy. Z kabiny Grześ przekrzykuje o konieczności znalezienia za dnia parkingu. Wracamy początkowo tą samą drogą rzucając pożegnalne spojrzenia na Atlantyk, bo prawdopodobnie już go nie zobaczymy. Jedziemy kilkanaście kilometrów wzdłuż wybrzeża i odbijamy w głąb lądu. Bob walczy z nawigacją, gubimy drogę, zawracamy, kierowca z pilotem kłócą się, pokrzykują na siebie, ale w końcu jesteśmy w Fatimie i parkujemy w rogu ziemnego placu tuż przy niskim murze parkowym.

REKLAMA (2)

Zbliża się godzina 21, wieje ostry wiatr zacinając drobnym deszczem, temperatura 10 stopni. Wszyscy trzej wskakują w ocieplane, przeciwdeszczowe kurtki, czapki na głowy i biegiem przełajem przez park w kierunku widocznych świateł i ciągnącej się sznurem grupce wiernych. Odzywają się dzwony kościelne. Zostaję w kamperze, rana na nodze dostała za swoje na przylądku, nie było kiedy i jak zmienić opatrunku, więc zaparzam herbatę i robię drinka. Około godziny 22 słyszę dudnienie o dach, zaczyna bardziej padać i mocniej wiać. Zaczynam się martwić, ale gdy wychodzę na papierosa, słychać w dalszym ciągu śpiewy, a zza drzew bije łuna światła. Na placu oprócz nas parkują TIR, kamper i samochód osobowy. Wracam do rytuału parzenia herbaty. Taki mi pozostał, gdy oni prawdopodobnie biorą udział w innym.

Wrócili przemoczeni i zmarznięci około godziny 23. Tak jak przypuszczałem, brali udział w czymś w rodzaju nabożeństwa różańcowego, w połączeniu z procesją dookoła dużego placu za przenoszoną świętą figurą, niosąc długie zapalone świece. Zainteresowały ich też czynne paleniska, do których wierni wrzucali woskowe figury zwierząt, części ciała, rzeczy z intencją spełnienia określonego życzenia.

Dostali gorącą herbatę, przebrali się do spania, Kaziu zrobił szybką, ciepłą kolację, trochę opowiadań przy rozgrzewającym drinku i o pierwszej gaszenie światła. W nocy przy zamkniętym oknie trochę zmarzłem pod moim kocykiem. Cały czas padało.

REKLAMA (3)

Rankiem podczas śniadania na plac zaczynają podjeżdżać autokary i samochody osobowe…

Ferdynand Wróbel
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze