W Maroko byłam na bardzo popularnej tam wycieczce pod nazwą „Mała Sahara”. Żałuję.
Nie pomyślałabym w ogóle o organizowanej przez biuro wycieczce, gdyby nie awaria bankomatu, która zmusiła mnie do czekania do poniedziałku, aż otworzą bank, czyli do straty dwóch dni w Agadir, nadmorskim kurorcie Maroko. Wcześniej planowałam podróż taxi-brousse (kolektywną taksówką) do Sidi R’bat, miasteczka na granicy parku narodowego Souss Massa. W parku podobno można zobaczyć antylopy oryks i adaks, strusie i ibisy grzywiaste. Wobec komplikacji z bankomatem uznałam, że może wykupię organizowaną wycieczkę do Souss Massa – w Agadir nie brakowało biur sprzedających takie tours. Oczywiście był to błąd. Organizowane wycieczki z reguły są rozczarowujące.
Pasażer mimo woli
Marokańczyk w biurze okazał się co prawda skłonny do negocjacji i bardzo szybko zszedł mi z ceny o prawie 40 procent – co chętnie uznałam za własny sukces w sztuce targowania się. Mam pewną wprawę w targowaniu, ale nigdy nie należy robić takich założeń, a zwłaszcza drugiego czy trzeciego dnia pobytu w nowym kraju. Co kraj, to obyczaj.
Marokańczyk istotnie sprzedał mi taniej wycieczkę. Tylko że… nie tę.
Dopiero następnego dnia dowiedziałam się, że przyłączono mnie do wycieczki pod hasłem „Mała Sahara”, serwującej turystom w pigułce rozmaite „atrakcje pustyni”. Tak, Maroko obejmuje kawałek największej pustyni świata, w okolicach Agadiru dostępne są jednak zaledwie jej wątpliwe skraje… Oczywiście to nie przeszkoda, by w nadmorskim kurorcie sprzedawać wycieczki na Saharę (tę „mniejszą”!). Pustynia ta czy tamta, pozostaje pustynią.
Przewodnik – i zarazem kierowca – naszej wycieczki stawił się w moim hotelu wczesnym rankiem, ubrany jak na zimę. Po drodze przez miasto zabraliśmy jeszcze kilku turystów – parę Francuzów, Irlandczyka, młodą Bułgarkę. Potem jechaliśmy drogą, wzdłuż której ciągnęły się piaski, z rzadka porośnięte zielenią. Po jakimś czasie zjechaliśmy z asfaltowej drogi na piasek, a kierowca entuzjastycznie zaczął kołować po wydmach. Był to pierwszy punkt „saharyjskich atrakcji” – jazda po pustyni samochodem z napędem na 4 koła.
Wprawiła w zachwyt Irlandczyka na tylnym siedzeniu. Jak dla mnie – był to kiepski rollercoaster, a w dodatku przeszkoda w oglądaniu widoków, które były niepozbawione uroku.
Pustynia o poranku ociekała rosą. Każdy sukulent, każdy krzak o twardych liściach, każda trawka lśniły drobnymi kroplami, a nad piaskami unosiły się strzępy mgły. Chętnie wysiadłabym, by się przyjrzeć temu wilgotnemu porankowi nad morzem piasku. Ale tylko jeździliśmy bez sensu w górę i w dół.
Głodne psy i kotek
W końcu zatrzymaliśmy się blisko wybrzeża, ale słońce wzniosło się już na tyle, że rosa zaczęła znikać. Zrobiłam parę zdjęć tam, gdzie fale piasku przechodziły w fale oceanu, malowniczo rozbijającego się na skraju pustyni. Tymczasem nasz kierowca przeszedł metamorfozę – zdjął wełnianą czapkę i kurtkę z goretexu, by założyć efektowne lustrzane okulary przeciwsłoneczne i zawiązać sobie turban a’la Tuareg. Z bagażnika wydobył jeszcze dwa zawoje i zawiązał turbany także parze Francuzów. Przy wydekoltowanej sukience oraz sportowej koszulce i szortach zawoje wyglądały dość dziwacznie, ale turyści byli zachwyceni. Jechali samochodem przez pustynię w turbanach Tuaregów!…
Dojechały dwa inne dżipy wiozące także amatorów atrakcji „Małej Sahary”. Ich pasażerowie robili to co my, tj. fotografowali się na tle oceanu i dużych agaw rosnących na piasku, dawali się zawiązać w turbany oraz dokarmiali chlebem chude psy, które zebrały się w tym konkretnym miejscu dość licznie. Widocznie był to punkt regularnie uczęszczany przez dokarmiających.
Nakarmiwszy psy, pojechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża do miejsca, gdzie na skalnym klifie były domy rybaków. „Tradycyjne domy w skałach” były kolejnym punktem programu. Dom, gdzie stanęliśmy, był pusty, jego mieszkaniec w sztormiaku zbierał coś na leżącej w dole kamienistej plaży. Nasz przewodnik poprowadził wycieczkę na skalny taras, gdzie suszyły się sieci. I gdzie miauczał kot, paskudnie zaplątany w sieć. Francuzi i Irlandczyk, zachęceni przez przewodnika, zabrali się do wyplątywania zwierzaka z sieci. Byli bardzo zadowoleni, gdy po dłuższej chwili im się to udało. Jakoś nie mogłam oprzeć się podejrzeniu, czy ratowanie zaplątanego kotka nie było zaplanowaną atrakcją? Nakarmiliśmy kolejne dwa psy i pojechaliśmy – podobno – do parku Souss Massa.
Program wycieczki przewidywał wjazd do parku, z fotografowaniem ptaków i zwierząt. Faktycznie jednak było to jakieś dziesięć minut postoju przy drodze nad rzeką Massa. Parę ptaków udało mi się nawet w tym czasie wypatrzyć, ale w oddali. A zwierzęta reprezentował osiołek, trzymany przez zgromadzonych na drodze chłopców. Osiołek służył do kilkumetrowych turystycznych przejażdżek (10 euro płatne ekstra). Gdy inni wycieczkowicze dosiadali kłapoucha, wypatrzyłam jakieś zwierzę przepływające rzekę pod wodą, z nosem nad powierzchnią. Ale zanim zdołałam je zidentyfikować, okazało się, że musimy jechać dalej. Gdy zapytałam o wizytę w parku Souss Massa, przewodnik wskazał mi drogowskaz, pod którym staliśmy – wynikało z niego, że kilkadziesiąt metrów dalej zaczyna się obszar parku. Czyli park widzieliśmy, prawda?
Wielbłądy z kuskusem
Potem stanęliśmy jeszcze na chwilę w miasteczku Sidi R’bat, żeby zatankować i kupić miejscowe banany. Ukoronowaniem pustynnych atrakcji był postój u stóp piaszczystej wydmy, gdzie stało już kilka aut z turystami i grupka miejscowych, podających się za mieszkańców pustyni. Mieli dwa czy trzy wielbłądy, na których za dodatkową opłatą można było sobie zrobić zdjęcie. Dwa inne wielbłądy, bez siodeł i uprzęży, pasły się wśród krzewów o twardych liściach. Z nimi także można było się fotografować, a jednego nawet pokarmić wiązką zielska. Poza tym robiły za element pustynnego pejzażu do zdjęć.
Na piasku wokół było sporo śladów, świadczących, że różne stworzenia wędrowały tu nocą. Chciałam dowiedzieć się, czyje to ślady, ale nasz przewodnik nic o tym nie wiedział. Zaprowadził mnie natomiast do jednego z siedzących w cieniu mężczyzn, który miał u stóp dwa duże szklane słoje. Za datek (standardowo 5 euro) wyciągał z nich skorpiony i sadzał na rękach turystów. Skorpiony były żywe i nawet dość ruchliwe, ale okaleczone – pozbawione kolców jadowych na końcu odwłoka. Cóż, można zarabiać na skorpionach, ale wytresować ich nie sposób…
Po zaliczeniu tej dawki „pustynnych atrakcji” nasz kierowca zapowiedział atrakcję główną, którą był… lunch. Owszem, w programie było jeszcze zwiedzanie ruin starego miasta Tiznit, ale przecież nikogo nie interesują ruiny, gdy ma w perspektywie lunch, więc tylko koło nich przejechaliśmy.
Lunch serwowano w „tradycyjnym berberyjskim domu”, który w zasadzie nie był domem, tylko niewielką restauracją z niskimi stolikami i z widokiem pustyni za oknami. Jadłospis był także „tradycyjny”, czyli zawierał tajine (zapiekane w glinianym naczyniu danie z kurczaka, ziemniaków i warzyw), kuskus oraz marokańską herbatę, parzoną z mieszanki typu gunpowder i świeżej mięty. Dla Bułgarki, która była wegetarianką, przygotowano tajine warzywne. Cóż, zjedliśmy, choć kuskusu przyprawionego cukrem pudrem nikt specjalnie nie chciał, a co do tajine, to smaczniejsze i zawierające więcej kurczaka jadałam w mieście, w małej jadłodajni przy meczecie. Obiad był w cenie wycieczki, ale oczywiście oczekiwano napiwków.
Potem kierowca zabrał nas jeszcze nad tamę Youssef Ben Tachfine, gdzie należało zrobić panoramiczne zdjęcia. A następnie do sklepu z olejkami arganowymi, gdzie – w domyśle – należało zrobić zakupy po rzekomo „okazyjnych” cenach. W Agadir, w małych sklepikach w okolicy Batoire, można było i olejek, i wszystko inne kupić co najmniej trzykrotnie taniej.
Wszyscy uczestnicy wycieczki – prócz mnie – twierdzili, że na wycieczce było fantastycznie i że są zachwyceni. Ja… no cóż, byłam na niewłaściwej wycieczce. A poza tym byłam wcześniej na pustyniach syryjskich i południowoamerykańskich, które były jakoś bardziej prawdziwe niż to, co mi pokazano w Maroko. Nie byłam natomiast – wbrew obietnicom sprzedającego wycieczkę – w parku Souss Massa.
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)



















