Poznałam go w górskiej miejscowości w okolicach Linzu. Był listopad, nad górami wisiały ciężkie, bure chmury. Walter był jednak odporny na tę pogodę. Nic dziwnego – przywiózł ze sobą własne niebo. Ponad sto jego widoków – w dużych wystawowych odbitkach fotograficznych. Z końca świata.
Austriak z Australii
Przez wiele lat Walter dzielił życie między dwa kontynenty – od późnej wiosny do jesieni mieszkał w Austrii, w grudniu zaś uciekał do znacznie odleglejszego – choć podobnie nazywającego się – kraju, do Australii. Miał tam prosty drewniany dom w maleńkiej miejscowości na zachodnim wybrzeżu, w okolicach Perth. Miasteczko – w europejskich proporcjach należałoby nazwać je najwyżej osadą – nazywało się Wittenoom. Kiedyś było osadą robotników pracujących w kopalni azbestu. Potem – przez ponad dwadzieścia lat – jednym z ghost towns, stopniowo opuszczanych miast na pustkowiu.
Z Wittenoom wszędzie jest daleko – do najbliższego sklepu jechać trzeba około godziny terenowym samochodem – jednak miasteczko niemal całkiem opustoszało dopiero w ostatnich latach. Wcześniej przez ponad dwadzieścia lat miało grupę nie zawsze stałych, ale bardzo zdecydowanych mieszkańców. Zwykle było to kilkanaście – okresowo nawet kilkadziesiąt – osób o dość różnorodnym pochodzeniu. Sąsiadami Waltera w Wittenoom były m.in. dwie australijskie emerytki, Nowozelandczyk, Kanadyjczyk, dwóch Amerykanów i dwóch Austriaków, Brazylijczyk, Filipińczyk i Niemiec, który trafił tu po raz pierwszy, gdy w młodości podróżował przez Australię z plecakiem, czyli ponad 30 lat temu.
Mieszkańcy Wittenoom przez fakt zasiedlania sprzeciwiali się decyzji australijskiego rządu, który chciał… zlikwidować miasteczko. Powód tej decyzji był absolutnie racjonalny i rozsądny – w sąsiedztwie Wittenoom znajdują się bowiem odkrywki po kopalni azbestu. Azbestu używano tu też do budowy niektórych domów. Postanowiono więc przesiedlić ostatnich mieszkańców osady. Ośmiu jednak spośród kilkunastu mieszkańców Wittenoom odmówiło opuszczenia lub sprzedaży swoich domów.
– Mieszkamy tu od dziesięcioleci, nic nam nie dolega i mamy wszystko, czego nam trzeba – oświadczyli.
Nie zmuszano ich do wyprowadzki. Rząd uznał, że zrobił, co należało, reszty dokona czas. Ostatnim wittenoomczykom przyznano prawo mieszkania w ghost city do końca życia lub do czasu, gdy sami zdecydują o przeprowadzce. W ten sposób Wittenoom zyskało status miejsca dla outsiderów – wszystkich, którzy chcieli żyć inaczej, nietypowo, poza cywilizacją. Do grupki mieszkańców osady dołączali więc okresowo turyści, artyści, ekscentrycy, ludzie, którzy chcieli sobie zrobić „przerwę” w normalnym życiu. Inni przyjezdni fotografowali się w miasteczku w ochronnych kombinezonach. Mieszkańcy zbywali to wzruszeniem ramion. Okresowo liczba obywateli ghost city przekraczała siedemdziesiąt osób.
Ostatecznie – po latach – osada została jednak opuszczona. Obecnie mieszka w niej tylko jeden człowiek, rodak Waltera, który pracuje dla organizacji ochrony środowiska, dokonując pomiarów w okolicy. Od dwóch lat Walter spędza zimy w Austrii. Choć pogodził się z tym i powtarza z uśmiechem, że na starość czas się nareszcie ustatkować, tęskni za australijskim niebem.
Miejsce dla nieba
Wittenoom – co zobaczyć można na zdjęciach Waltera – leży na rozległej równinie porośniętej scrubem, gdzie ziemia ma kolor czerwony, a niebo wszelkie odcienie błękitu. W okolicy znajduje się skalny wąwóz o stromych ścianach, po części wypełniony wodą – atrakcja dla (nielicznych) turystów i ulubione miejsce kąpieli autochtonów. Wittenoom odwiedzają kangury – niektóre można podobno karmić z ręki. Jest tu wiele miejsca na spacery – jeśli komuś nie przeszkadza palące australijskie słońce. Nawet z centrum miasteczka można oglądać – z okna czy werandy – czysty horyzont.
Walter fotografował więc australijskie niebo o różnych porach dnia i roku, przy różnej pogodzie. Pogodę da się tam zresztą oglądać każdego dnia (dosłownie!) na niebie. Niskie chmury, wysokie chmury, obłoki tworzące pasma i koronkowe ornamenty na błękicie, czarne chmury niosące deszcz i burze, błyskawice zbiegające do horyzontu, deszcz spadający z chmur, a także… wracający w oparach do nieba! Wschody i zachody słońca, tajemnicze kręgi wokół tarczy słonecznej. Niebo, gdzie czysty błękit sąsiaduje z ciężkimi chmurami, przeświecające przez zasłonę deszczu promienie i tęcze. Tu i ówdzie na zdjęciach Waltera pojawia się kawałek czerwonej ziemi, jakiś wodospad, rzeźbiona skała, kangur, kwitnąca kępa zarośli albo człowiek w kapeluszu. Ale zaraz wzrok i obiektyw aparatu kierują się znów na niebo.
Kilkakrotnie namawiałam Waltera żeby pokazał gdzieś swoje zdjęcia. W zasadzie nie odmówił – tak, mógłby. Tylko nigdy nie miał dość czasu: żeby wybrać zdjęcia, żeby o tym pomyśleć, żeby jakoś to zorganizować. – Wiesz, zawsze przyjeżdżałem do Europy na krótko. Zanim odwiedziłem krewnych, pozałatwiałem zalegle sprawy, przewietrzyłem austriackie mieszkanie, właściwie trzeba się było znowu pakować. A w Wittenoom nikt nie oglądał zdjęć. Po co? Tam niebo było wszędzie…
Czyszczeniu sieci
Cienaga znaczy bagno. Nazywa się tak też barwne, spokojne miasteczko nad kolumbijskim morzem. Mają tu biały kościół i białą glorietę na rynku, a główny urząd – Alcaldia – ma cudowne patio z białymi krużgankami i ogrodem. Mają tu długie plaże, ujście rzeki z widokiem na góry i przelatujące stada białych czapli. Mają wielkie jezioro i gorące źródła. Rasowy tropikalny raj.
W zatoce i jeziorze miejscowi rybacy, używający wciąż drewnianych dłubanek z wiosłem, rzucają sieci i łowią ryby. Potem na brzegu wybierają ryby i czyszczą sieci, wyrzucając wszystko, co się w nie złapało przypadkiem: zbyt drobne ryby, ślimaki, kraby.
Z krabami jest problem, bo ich grube, ząbkowane szczypce zaplątują się zwykle mocno w sieć. Uwolnienie kraba wymaga dużo czasu i cierpliwości. A rybacy nie mogą spędzać dnia na wyplątywaniu krabów. Używają więc drewnianych tłuczków, którymi miażdżą krabie szczypce i odrywają je od ramion, a okaleczone kraby wyrzucają na piasek. Romantyczne plaże w Cienaga pełne są kalekich krabów, chodzących w kółko zanim umrą. Czasem trwa to parę dni.
Yubi, miejscowa dziewczyna, nie mogła tego znieść. Od dziecka.
Zwoływała dzieci z sąsiedztwa i zabierała je na plażę. Razem pomagali rybakom czyścić sieci, a przy okazji ratowali życie tylu krabom, ilu zdołali, delikatnie wyplątując je z sieci.
– Czasem musieli zapłacić rybakom jakieś drobne pieniądze żeby pozwolono im popracować przy sieci. Bo rybacy uważali, że sami czyszczą sieć lepiej i szybciej – opowiada Consuelo, matka Yubi.
– Zawsze dawaliśmy Yubi drobniaki żeby miała czym ich przekupić – dodaje.
Dzieci czyściły więc sieci na plaży, a rybacy brali ryby i drobne pieniądze. Nie zmieniło to obyczajów, drewniane tłuczki wciąż są w użyciu. Nie zmieniła się także Yubi. Dorosła i zaczęła pracować, ale po południu nadal zabiera grupkę dzieci na plażę, do pracy przy sieciach.
Miejscowi ludzie uważają to za dziwactwo, ale nie mają nic przeciwko, by dzieci chodziły z Yubi. Nie zaszkodzi – mówią – jeśli dzieci przyjrzą się z bliska pracy rybaków i nauczą się cierpliwości przy czyszczeniu sieci.
Nie zaszkodzi, dodaje matka Yubi, jeśli nauczą się jeszcze czegoś. Na przykład że kraby też są ważne. Że podobnie jak inne żywe stworzenia czują ból i cierpią. Nie zaszkodzi jeśli dzieci nauczą się czegoś o cierpieniu. Na przykład że zawsze można zrobić coś, aby było go mniej.
![Restauracja „Różana” w Tarnowie kusi smakiem i bogatą historią [ZDJĘCIA] Różana Tarnów 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Rozana-Tarnow-2026-3-218x150.jpg)
![Własnoręcznie ratują pozostałości po Zamku Tarnowskich na Górze św. Marcina [ZDJĘCIA] Zbieranie cegieł zamek](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Zbieranie-cegiel-zamek-10-218x150.jpg)



![Prace przy „Szczucince” rozpoczęli od wycinki dzikiej zieleni [ZDJĘCIA] Stacja Dąbrowa Tarnowska 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Stacja-Dabrowa-Tarnowska-2026-5-218x150.jpg)


















