Kąpielisko w Andach Tropikalnych

0
Kąpielisko Andy
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Do Mindo – miejscowości w ekwadorskiej prowincji Pichincha – trafiłam przypadkiem z powodu zmiany terminu lotu. Miałam parę dni czekania, a nie chciałam ostatnich dni w Ekwadorze spędzać w mieście. Potrzebowałam niedużej miejscowości, niezbyt odległej od Quito, z przyrodniczym zapleczem i możliwością kąpieli.

W trolejbusie przemierzającym niespiesznie ulice Quito, młoda dziewczyna, mówiąca po angielsku, wspomniała o Mindo. – To niecałe dwie godziny jazdy z miasta. Powinno ci się tam podobać…

– Jak tam z wodą? – zapytałam ostrożnie.
– Z wodą? Och… mnóstwo! – zapewniła moja rozmówczyni.

REKLAMA (2)

Mindo leży w Dolinie Mindo, a jedna z płynących tu rzek też nazywa się Mindo. Jak się dowiedziałam znacznie później, miejsce to jest znane jako linia zetknięcia „dwóch najbardziej na świecie biologicznie zróżnicowanych krain” – części Andów zwanych Tropikalnymi i Niziny Chocoan. Dolina Mindo, licząca ponad 260 km kw., obejmuje zachodnie zbocza Andów, tropikalną dżunglę, trzy rzeki (Mindo, Cinto, Saloya) oraz setki strumieni, liczne wodospady, a także mnóstwo deszczu, chmur, ptaków, żab i dzikich orchidei. Owszem, spodobało mi się tam.

Pływanie z kolibrami

Dwie rzeczy, które zapamiętałam z Mindo to po pierwsze, że nie wolno tu używać frotowych ręczników, bo w nasyconym wilgocią powietrzu tego regionu nigdy nie wyschną – nawet w palącym południowym słońcu. Po drugie, poznałam jedno z lepszych miejsc do obserwacji kolibrów. W niewielkim hotelu, gdzie się zatrzymałam, był na patio nieduży basen, przy nim zaś rosły kwitnące pnącza i wisiały poidełka z osłodzoną wodą. Do kielichów kwiatów i plastikowych poidełek nieustannie zlatywały kolibry – niebieskie kolibry, dość duże i wojownicze wobec innych; zielone kolibry, całe w złotej mgiełce własnych skrzydeł; kolibry mieniące się fioletem, ciągnące za sobą długie wachlarzykowate pióra ogona. Leżąc w wodzie przy skraju basenu można było obserwować te miniaturowe ptaki niemal tuż przy twarzy.

Niestety nie zrobiłam dobrych zdjęć. Po pierwsze, mój aparat padł jeszcze na Wyspach Galapagos, gdzie spędziłam pierwszą część podróży. Po drugie, kolibry to ptaki żyjące w innym czasie niż ludzie. To, co dla nich jest lotem ku kwiatu, zawiśnięciem w powietrzu, zanurzeniem dziobu w kielichu, posileniem się i odlotem, my postrzegamy jako pojawienie się i zniknięcie. W każdym razie dla prostego i powolnego aparatu w mojej komórce kolibry były zasadniczo nieosiągalne. Zostały mi tylko wspomnienia trzepoczących przy policzku skrzydeł i widoku drobnego mieniącego się ptaka wiszącego w powietrzu tuż przed moją twarzą.

W Mindo większość pensjonatów i kwater miało albo tak wyposażone baseny, albo specjalne ogródki dla kolibrów. Obserwacja tych ptaków jest tam niemal tak samo oczywistą usługą hotelową, jak wymiana ręczników.

Kąpiel z górską wycieczką

Następnego dnia wybrałam się do banos, czyli prywatnego kąpieliska odległego od Mindo o kilka kilometrów. W moim hotelu nikt nie mówił po angielsku na tyle dobrze, by uprzedzić mnie, że jest to kilka kilometrów prawdziwie górskiej i wybitnie błotnistej drogi. Na szczęście około połowy tej drogi podwiozła mnie fantastycznie ubłoconym dżipem grupka kanadyjskich turystów pochodzenia żydowskiego. Zanim dojechaliśmy opowiedzieli mi, że w następnym roku wybierają się do Polski żeby zobaczyć Kraków i Oświęcim.

Kąpielisko w Andach
fot. Marta Tutaj

W małej budce na skraju drogi kupowało się bilety do kąpieliska, których potem nikt nie sprawdzał. Z biletem dostawało się schematyczną mapkę na skrawku papieru. Chłopak siedzący na plastikowym krześle obok budki oferował usługi przewodnika (– Po co mi przewodnik w kąpielisku? – oburzyłam się i nie miałam racji!), a także udział w takich atrakcjach, jak park linowy, canyoning czy wspinaczka. Nie miałam wtedy jeszcze wizji tego, jak wygląda kąpielisko w lesie na zboczu Alp Tropikalnych.

Stopniowo rzecz się wyjaśniła. Żeby się wykąpać, trzeba było najpierw wspiąć się chyba z półtora kilometra błotnistą, wąską ścieżką, przekraczając kilka strumieni i mijając sporo pieniących się kaskad różnego rozmiaru. Miejscami zarówno we wspinaczce, jak i w przeprawie pomagały liny – jedna, z ciężkim węzłem, służyła do skoku w stylu Tarzana przez wartki skłębiony strumień. Właściwe kąpielisko – gdy już do niego dotarliśmy – okazało się zespołem niewielkich skalnych basenów – kamiennych, z dnem wysypanym piaskiem albo wyłożonym niebieskimi kafelkami. Poszczególne baseny – niewielkie i zwykle z wodą sięgającą pasa – znajdowały się na różnych poziomach meandrującego po zboczu strumienia. Pomiędzy nimi zbudowano nieduże wiaty z daszkami z palmowych liści, które mogły służyć jako przebieralnie lub miejsca piknikowe. Częściej to drugie, bo Ekwadorczycy zwykle nie potrzebują przebieralni – wchodzą do wody w koszulkach i szortach czy sukienkach, a potem spokojnie i z lubością wysychają.

REKLAMA (3)

Nad basenikami rosły dziwne tutejsze dwukolorowe jeżyny, dzikie kwiaty i inne górskie rośliny. Woda – w zależności od tego, jakich kafelków czy kamieni użyto do budowy niecki – miała różny kolor i jedną wspólną cechę: była naprawdę zimna. Niezależnie od koloru pochodziła przecież z górskiego strumienia. Kąpiel była więc naprawdę… ożywcza.

Inne zabawy w wodzie

Bilet obejmował również wędrówkę po zboczu „szlakiem wodospadów” – do tego służyła dołączona do niego mapka. Całkiem praktyczne, gdy ktoś chciał się rozgrzać po kąpieli. Był to interesujący spacer na trasie ok. 3 km, wąską ścieżką prowadzącą do kolejnych kaskad, spiętrzeń i całkiem malowniczego – choć niewielkiego – rozlewiska strumienia między skalnymi ścianami. Wędrowało się stokiem porośniętym niskim wilgotnym lasem, można więc było po drodze obserwować ptaki, owady i drobne zwierzęta.

Z kolei powyżej kąpieliska był większy wodospad, w który opuszczano na linach amatorów canyoningu by mogli raczej powisieć niż poleżeć w kłębiącej się wodzie. Ścieżka w bok wiodła do skalnej ściany, gdzie uprawiano wspinaczkę. Ja jednak po wędrówce szlakiem wodospadów wróciłam do kąpieliska, gdzie ponownie ochłodziłam się i zmyłam z siebie nieco błota. Przy budce z biletami wypiłam kawę, a potem przyłączyłam się do miejscowej wycieczki, wracającej do Mindo rozklekotaną ciężarówką z metalowymi ławkami zamontowanymi na skrzyni. Dość karkołomnie, mocno stłoczeni, zjechaliśmy górską drogą w dół.

W kolejnych dniach zwiedzałam w Mindo farmę motyli, ogród miniaturowych dzikich orchidei i wytwórnię czekolady – Mindo jest bowiem jednym z punktów Ruta de Cacao, trasy prezentującej różne etapy produkcji kakao i czekolady, od plantacji kakaowców poczynając. Wybrałam się też do parku canopy, gdzie zjeżdżało się na kilkunastu linach, rozpiętych nad tropikalnym lasem. Dostawało się w tym celu uprząż z karabińczykami, kask ochronny i prywatnego przewodnika-opiekuna. Z góry las i rozlewiska przecinających go strumieni wyglądały pięknie, choć osobiście wolałabym szybować nad tym pejzażem i wolniej, i niżej.

Nie skorzystałam z raftingu ani tubingu – spływu rzeką pontonami lub na tratwach z dętek samochodowych (znałam te atrakcje z Malezji). Nie jeździłam też na małych miejscowych konikach ani na rowerach górskich, choć w Mindo są i takie możliwości. Wieczorem wybrałam się jednak na wycieczkę z… koncertem żab. Wędrowaliśmy po ciemku w zaroślach nad rzecznym rozlewiskiem. Żaby odzywały się licznie, pokazywały nielicznie, zarośla zaś były… bardzo mokre.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze