Na „Pięknej Wyspie”

0
Pangkor
Fot. autor
REKLAMA

Na Pangkor, „Piękną Wyspę” – tak podobno tłumaczy się jej nazwę – popłynęłam, bo powiedziano mi, że można tam zobaczyć dzioborożce. Nie byłam jednak przygotowana na to, że pierwszego z tych egzotycznych ptaków spotkam… przy restauracyjnym stoliku.

Wyspa Pangkor leży w stanie Perak, przy zachodnim wybrzeżu Malezji. Z lądu jest łatwo dostępna – z portu Lumut, odległego o ok. 170 km od Kuala Lumpur, średnio co pół godziny kursują na wyspę promy, które w kolejne pół godziny docierają do celu. Trasa rejsu wiedzie wśród malowniczych wysepek, a że Pangkor leży w zasadzie u wylotu płytkiej zatoki, są to wody spokojne nawet podczas monsunu.

Wyspa ma 8 km kw. powierzchni i podobno blisko 25 tys. mieszkańców, żyjących wciąż głównie z rybołówstwa. Ale i z turystów – rząd malezyjski objął wyspę specjalnym programem rozwoju turystyki, dzięki czemu na Pangkor funkcjonuje nawet niewielki port lotniczy. Na Pangkor przyjeżdżają chętnie całymi rodzinami Malezyjczycy i na taką turystykę nastawione jest tu wszystko – hotele, „resorty”, plaże, restauracje.

REKLAMA (2)

Planeta małp

Plaże na Pangkor są atrakcyjne na sposób… azjatycki. Piaszczyste, łatwo dostępne, raczej bez wysokich fal, z ciepłą, niekoniecznie przejrzystą wodą. A na plażach – choć nie bez ludzkiej winy i udziału – rządzą małpy.

Na wybrzeża Pangkor fale wyrzucają sporo niesionych przez morze śmieci. Część z nich pochodzi z położonych tuż przy plażach miejscowych restauracji. Tylko nieliczne hotele usuwają od czasu do czasu ze swoich plaż sterty „darów” morza i cywilizacji, wśród których można znaleźć wszystko: od muszli, rybich szkieletów i wodorostów po plastikowe kubki, resztki jedzenia i jego opakowań, stare szczoteczki do zębów i zgubione buty, nadgryzione owoce i folie po chipsach. Makaki, typowi zjadacze resztek, całymi stadami schodzą z drzew, by grzebać w śmieciach na plaży, wylizywać opakowania po batonikach i kubki po jogurtach, ewentualnie polować na kraby, także przyciągane tą obfitością odpadków ludzkiego świata.

Małpy przywykły traktować plaże jako swoje żerowiska i są gotowe ich bronić – także przed ludźmi. Podczas pobytu na Pangkor zdarzało mi się widzieć liczne, kilkupokoleniowe rodziny, które wybierały się z zapasami jedzenia na piknik na plaży i które zmuszone były uciekać przed agresywnymi małpami, porzucając przy tym część zapasów i ekwipunku. Jeszcze mniej szans mieli pojedynczy spacerowicze, amatorzy kąpieli czy zakochani, szukający na plaży ustronnego miejsca. Makaki z równą śmiałością kradły torby plażowe, plastikowe reklamówki (szczególnie nęcące!), dmuchane zabawki czy ręczniki. Małpy bawiły się też kapokami i płetwami, suszącymi się koło ośrodków sportów wodnych albo penetrowały wyciągnięte na piasek łodzie i nie dość starannie zamknięte bungalowy. A po godzinach chętnie odwiedzały restauracje przy plaży, pożywiając się przy stolikach resztkami z talerzy.

Niedaleko mojego bungalowu była jadalnia campingu – obszerna wiata, gdzie przy stołach jadały wspólnie grupy turystów. Makaki czatowały na ceratowym dachu, wypatrując chwili, by skoczyć na stolik i porwać jakiś kąsek. Raz pochwyconej zdobyczy małpy broniły z zaciekłą determinacją, nawet gdy atakowali je uzbrojeni w miotły, kije i długie kuchenne noże (!) ludzie z obsługi campingu.

 
 

Smaki pasar malam

Restauracje były jedną z głównych atrakcji pobytu na Pangkor. Ciągnęły się i wzdłuż wybrzeża, po obu stronach głównej drogi. W jadłospisach – a także na wystawianych na zewnątrz w roli reklamy tacach i talerzach, wyściełanych palmowymi liśćmi – królowały oczywiście ryby i owoce morza. Można tu było zobaczyć niemal wszystko: wielkie tuńczyki, karanksy i barrakudy, płaszczki i rekiny, ośmiornice, kałamarnice, homary, kraby, kilka odmian różnokolorowych krewetek oraz wybór małży różnych rozmiarów i kształtów. Wszystko to leżało w fantazyjnych, wielogatunkowych kompozycjach. Wskazując palcem, można było wybrać sobie danie, które przygotowywano na zamówienie.

Restauracje zwykle serwowały posiłki na co najmniej kilka osób. Dla klientów pojedynczych lepszą opcją był pasar malam – nocny z nazwy, ale startujący zwykle już po południu targ uliczny z mnogością stoisk z „szybkim jedzeniem”. Serwowano wybór lokalnych przysmaków, jak smażone w głębokim tłuszczu banany, składane na pół chrupkie omlety ze specjalnym sosem z orzeszków ziemnych, roti canai, czyli przygotowywane „na gorąco” ciągnące placki, maczane w łagodnym lub ostrym sosie, ryż z kokosem, curry lub drobnymi rybkami, gąbczaste tahu, tempe – placuszki z ziaren z sosem sojowym albo satay – szaszłyki z różnych rodzajów mięsa, warzyw, ryb, paluszków krabowych itp. Obok sprzedawano soki ze świeżych owoców oraz owoce całe lub krojone – od drobnych, jak logan czy duku, po kokosy, ananasy czy ulubione przez Malezyjczyków tłuste i słodkie owoce durianu o ciężkim, odstręczającym zapachu. Nie brakowało przekąsek na zachodnią modłę, takich jak popcorn czy gorące kiełbaski. Znalazłam nawet budkę z hamburgerami, nieco tylko przystosowanymi do malezyjskich podniebień (zwano je hamburgesa). W podających „szybkie dania” stoiskach rumah makan (domowego jedzenia) królowało natomiast bakso – rosołowata zupa z kulkami mięsnymi oraz nasi (ryż) z rozmaitymi dodatkami: od jajek i szpinaku po krewetki i małże.

Przysmaki dzioborożców

W małej restauracji z tarasem wysuniętym w stronę plaży zamówiłam sobie talerz nasi udang (ryżu z krewetkami). Przy stoliku obok jadła obiad liczna malezyjska rodzina ze stadkiem dzieci w różnym wieku. Dzieci radośnie opychały się małymi, gotowanymi kiełbaskami z mielonego mięsa, przypominającymi trochę parówki.

REKLAMA (3)

W pewnej chwili tuż obok nas, na wolnym krześle, wylądował nieprawdopodobny ptak wielkości kurczaka – dzioborożec z żółto-błękitną głową i karykaturalnym dziobem. Chwilę przyglądał nam się oczami o długich, podkręcanych rzęsach, zanim zeskoczył na ziemię i pochwycił nadgryzioną kiełbaskę, upuszczoną przez któreś z dzieci. Złapał ją końcem dzioba i podrzucił wysoko, a potem odrzucił głowę w tył i rozdziawił szeroko wielki dziób, by spadający kąsek wpadł mu wprost do gardła. Wyglądało to jak cyrkowa sztuczka.

Podczas pobytu na Pangkor przekonałam się jednak, że dzioborożce tak właśnie zwykle połykają odpowiednio miękkie, niewymagające rozdrobnienia kawałki jedzenia. Później widziałam ten pokaz wielokrotnie. Było to już, gdy odkryłam prawdziwe dzioborożcowe „eldorado” na wyspie, które znajdowało się na pobliskim skwerku – między plażą a miejscowym postojem taksówek.

Koło postoju kolektywnych taksówek – jedynej publicznej komunikacji na pozbawionej autobusów wyspie – zawsze czekały grupki osób. Kierowcy jadali tu też posiłki. Toteż skwerek przy parkingu nie był wzorem czystości. Walały się tam skórki owoców, kubki po jogurtach, opakowania po daniach z ryżu. Dzioborożce entuzjastycznie przeszukiwały te śmieci, czasami rozkuwając wielkimi dziobami jakieś oporne pudełko, czasami podrzucając znalezione kąski cyrkowym gestem w górę. Siedząc w cieniu palm i akacjowych drzewek to tu zrobiłam najwięcej zdjęć tych nieprawdopodobnych ptaków o długich rzęsach i wielkich dziobach.

Cóż, na „Pięknej Wyspie” i małpy, i ptaki okazały się śmieciarzami.

Jeśli chcesz przeżyć egzotyczną przygodę koniecznie sprawdź ofertę butikowego biura podróży Sunsara!

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze