Na wyspie lemurów

0
Wari
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Z Andasibe do Vakona jest tylko kilka kilometrów, ale na Madagaskarze podróżowanie to zawsze problem. Najpierw więc próbowałam tam dojść na piechotę. Szło mi świetnie, póki nawigacja w telefonie nie doprowadziła mnie do rzeki, na której nie było mostu. Żaden problem. Według nawigacji w ogóle nie powinno tam być rzeki.

Ale była. Musiałam wrócić do Andasibe i to przy zmiennej pogodzie, z przelotnymi, ale ulewnymi deszczami. Jedyną atrakcją tej wycieczki był widok znad rzeki – stado papuzic szarych, ptasich endemitów tej części świata, suszących skrzydła po deszczu.

Rajd tuk-tukiem

Trzeba było dogadać się z Jackie, jedynym w Andasibe mówiącym po angielsku kierowcą tuk-tuka (motorowej rikszy). Jackie uprzedził, że droga do Andasibe jest fatalna, podróż może zająć nawet ponad godzinę, podał też wygórowaną cenę. Powiedziałam, że przecież wszystkie drogi na Madagaskarze są fatalne, że w ciągu godziny 6 km można przejść pieszo, i podałam cenę możliwą dla mnie. Po dłuższych targach (z potrząsaniem głowami, załamywaniem rąk, odchodzeniem i wracaniem) udało nam się ustalić stawkę, a także godzinę wyruszenia następnego ranka. Byłam ciekawa, co z tego wyjdzie.

REKLAMA (2)

Rano okazało się, że Jackie ma mnóstwo klientów między wioską Andasibe a drogą do Tany. Kilkakrotnie przejechał koło mnie, dając znaki, że wyruszymy później. W końcu, przy którymś kursie w kierunku wioski, dopakował mnie jako ósmego pasażera trzymiejscowego tuk-tuka, i pojechaliśmy.

Wszyscy pasażerowie wysiedli w wiosce. Dalej, ku Vakona, jechałam solo. Niedługo jednak. Przy budynku miejscowego kościoła protestanckiego Jackie wskazał jedną z wychodzących stamtąd starszych pań i powiedział, że to jego babcia. Czy może ją odwieźć do domu?

Zabraliśmy babcię i jej sąsiadkę. Trzeba było trochę nadłożyć drogi ‑ a raczej wyboistej ścieżki ‑ by dostarczyć obie starsze panie do ich małych domków z bambusowymi ścianami i dachami z liści palmowych.

Wkrótce potem drogę zagrodził nam kolorowo malowany szlaban. Jackie dał mi znak, że wszystko w porządku i poszedł porozmawiać z dwojgiem mężczyzn pilnujących szlabanu. Jak się okazało, jeden z nich chciał się zabrać w kierunku Vakona. Jackie wyjaśnił, że to jego przyjaciel, który był kiedyś przewodnikiem w Vakona, a potem przeniósł się do parku narodowego w Andasibe. Zabraliśmy go, a drugi strażnik podniósł szlaban.

Droga była istotnie dość karkołomna ‑ prawie całkiem pozbawiona nawierzchni, a miejscami stroma. Pokonawszy stromizny i ominąwszy przynajmniej niektóre wyboje, Jackie stanął na wąskim mostku przed zamkniętą stalową bramą. Zastukał w nią raz i drugi, ale pozostała zamknięta. Jackie pokręcił z dezaprobatą głową i zadzwonił gdzieś z komórki. Czekaliśmy. Zapytałam, co jest za bramą. Jackie wyjaśnił, że fabryka grafitu. Takiego do ołówków? – zapytałam. Tak.

Spytałam, po co przyjechaliśmy do fabryki grafitu i czemu chcemy się tam dostać? ‑ Bo to jest skrót ‑ odparł Jackie. Właściwie nie tyle skrót, co jedyna możliwa droga ‑ alternatywą jest wąziutka ścieżka między rzeką a ogrodzeniem fabryki. Ale tamtędy można przejść tylko pieszo. Tuk-tuk musi jechać przez fabrykę.

Jakiś pracownik grafitu otworzył bramę, Jackie ruszył i pojechaliśmy ‑ kilkadziesiąt metrów do kolejnej bramy, gdzie zaczekaliśmy, by i tę otwarto. A potem już jechaliśmy normalną drogą bez nawierzchni, mijając wielu pieszych wędrujących między Vakona i Andasibe ‑ z bagażami, dziećmi, krowami, kanistrami wody, kiściami bananów, a czasem nawet z meblami niesionymi na głowach.

Maki, wari i inni

Vakona to właściwie hotel, z tych droższych, a raczej bardzo drogich. Są tam bungalowy na jeziorze i sztuczne wodospady, kluby, pola golfowe itd. Ale jest też Wyspa Lemurów, hodowla krokodyli, ścieżki spacerowe wyznaczone przez dżunglę oraz park, w którym w obszernych wolierach żyją kameleony, żółwie i ptaki. Wszystko to można zwiedzać, wykupiwszy w recepcji bilet wstępu. Jest to jedno z miejsc, gdzie biura podróży przywożą grupy turystów, by mogli zobaczyć karmienie krokodyli i zrobić sobie zdjęcia z lemurem. Unikam takich miejsc, ale chciałam zobaczyć lemury wari, których wcześniej na Madagaskarze nie udało mi się sfotografować, a przy okazji pochodzić po tropikalnym lesie bez przewodnika. Wkrótce okazało się, że czekało mnie w Vakona jeszcze jedno spotkanie, warte długiej jazdy.

Krokodyl
Krokodyl | fot. Marta Tutaj

Zaczęłam od Wyspy Lemurów, osiągalnej łódką, która przepływała ledwie parę metrów. Na drugim brzegu dostawało się – obowiązkowo – lokalnego przewodnika. Ten prowadził do miejsca, gdzie lemurom na stolikach o marmurowych blatach zastawiano śniadanie z pokrojonych owoców.

Przy stolikach kręciły się dwie pary lemurków maki, niepozornych, ale uroczych. Maki mają krótkie, rudoszare futerka, porozumiewają się delikatnymi piskami i są pełne wdzięku. Przy stolikach z wielką starannością sprawdzały, czy w skórkach bananów nie zostało jeszcze trochę słodkiego miąższu. Lemurki wzruszająco dzieliły się ze sobą znalezionymi kąskami.

Lemur maki
Lemur maki | fot. Marta Tutaj

Większe od nich lemury wari, posiadacze biało-czarnych futer i wspaniałych cieniowanych ogonów, wylegiwały się na gałęziach. Były już po śniadaniu, ale przyjęły dodatkowe kawałki bananów, którymi przewodnicy zachęcali je do zejścia na ziemię. Choć nie miałam bananów, jeden z lemurów podał mi drobną dłoń w czarnej zamszowej rękawiczce i oparł się na moim ramieniu. Przewodnik podkreślił, że w zasadzie zwiedzającym nie wolno dotykać lemurów… Wymieniliśmy z wari spojrzenia. Miałam wrażenie, że lemur leciutko uniósł brwi.

REKLAMA (3)

Trzecim na wyspie gatunkiem były lemury brązowe, zwane też płowymi. Wcześniej kilkakrotnie widziałam je, biegające po lesie, bo lemurów tych wciąż sporo żyje dziko na Madagaskarze. Są niezbyt płochliwe, ciekawskie i bardzo ruchliwe – nieustannie szukają jedzenia. Na Wyspie Lemurów po raz pierwszy widziałam je podczas sjesty – rozleniwione drzemały całymi rodzinami na niskich konarach. Cóż, przecież tu nie musiały o nic zabiegać – były regularnie karmione.

Atak kameleona

Spędziwszy nieco czasu z lemurami, poszłam nad jezioro krokodyli. Czekał tam na mnie inny przewodnik, który oderwał rożek od mojego biletu. Pokazywał nie tylko wielkie krokodyle, pływające lub wylegujące się na brzegu (staw otoczony był niskim ogrodzeniem z ostrzeżeniami: „Przekraczający tę linię mogą zostać zjedzeni!”), ale i rosnące wokół stawu rośliny, charakterystyczne dla madagaskarskiej flory. Odwiedziliśmy też wybiegi dla żółwi, woliery z kaczkami i bażantami oraz gekonami liścioogonowymi.

Kamaleon
Kamaleon | fot. Marta Tutaj

W wolierze kameleonów tygrysich samiczka chodziła bardzo zirytowana wokół krzaka, na którym puszył się i zmieniał kolory jej małżonek. Gdy skierowałam obiektyw na samca, ten nieoczekiwanie zrobił duży krok i przeszedł na mój aparat, a potem na ramię.

Mój przewodnik uderzył w lament.
– To zakazane! Mogą mnie wyrzucić z pracy, gdyby ktoś to zobaczył!
– Powiedz to kameleonowi – odparłam. – Też wolałabym, żeby wrócił na gałąź. Wczepił mi się w rękę, a pazury ma ostre!

Przewodnik próbował przesadzić kameleona na krzak, ten jednak zżółkł i nie chciał się ruszyć. Chodząca po ziemi samiczka krążyła teraz z pasją wokół mnie.
– Wszystko jasne! – powiedziałam. – Samiec chce wziąć rozwód i wyprowadzić się z woliery, korzystając ze mnie jako środka transportu. A ona nie chce do tego dopuścić…

Przewodnikowi nie było jednak do śmiechu i nie uspokoił się, póki nie odczepił ode mnie upartego kameleona. Potem jeszcze zaklinał mnie kilkakrotnie, żebym nikomu nie opowiadała o tym incydencie.

Tenrek
Tenrek | fot. Marta Tutaj

Na koniec wybrałam się na spacer po lesie. I tu czekało mnie największe przeżycie. Po ścieżce wędrował, węsząc i co chwila ryjąc długim noskiem w ziemi, miniaturowy kolorowy jeż – tenrek pręgowany. Tego mieszkańca Madagaskaru od dawna chciałam spotkać i sfotografować, ale żaden przewodnik nie był w stanie obiecać mi tego. ‑ On nie jest rzadki, ale spotkanie z nim to sprawa trafu i szczęścia – mówili.

Traf i szczęście czekały na mnie w Vakona. Tenrek spacerował wokół, wcale niespłoszony moją obecnością, bardzo zajęty i w każdym punkcie drobnego ciała uroczy. Zrobiłam wiele zdjęć.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze