Podróż nie zawsze od razu trafia do świadomości. Czasem, może wskutek zbyt długiego jej planowania i zmęczenia długim lotem, podróżujesz jak we śnie i patrzysz na otaczający cię świat jak na serię widokówek. Czasem podróż rozmienia się na drobne: niesmaczne jedzenie, niewygodne łóżko, opóźniony transport… Żeby uświadomić sobie, że naprawdę zamknąłeś drzwi i jesteś już gdzie indziej, potrzebny jest jakiś bodziec – wrażenie, spotkanie, widok, smak.
Goniąc kormorany
Po raz pierwszy odkryłam to, gdy całkowicie na luzie i na zasadzie improwizacji wyprawiłam się na wyspy greckie. Po nocy na promie z Pireusu wylądowałam na Mykonos, gdzie po dłuższych targach i rysowaniu cen na piasku udało mi się wynająć bungalow na tyłach hotelowej restauracji, ale rzut kamieniem od plaży. Zostawiłam plecak u drzwi łazienki, poszłam na plażę i zanurzyłam się w turkusowej wodzie. Odpłynąwszy dobry kawałek od brzegu, zobaczyłam dalej na morzu, w kierunku wylotu zatoki, duże ptaki siedzące na wodzie. Popłynęłam w ich kierunku.
To były kormorany, które, kołysząc się na falach, suszyły skrzydła. Unosiły się nieco nad powierzchnią morza – jakby wspinały się na palce nad wodą – rozkładając skrzydła i rozdzielając pióra. Wyglądało to jak jakaś sceniczna ceremonia. Byłam może dwieście metrów od nich, gdy prawie wystraszył mnie jakiś ruch w wodzie – dużo, dużo bliżej. Niemal na wyciągnięcie ramienia z fal wynurzył się na moment szary grzbiet z trójkątną płetwą by zaraz się zanurzyć. Za nim błysnęło w połyskliwej wodzie parę podobnych grzbietów. Trwało chwilę zanim zrozumiałam – delfiny! Ich stadko przepłynęło obok, niemal się o mnie ocierając.
Obróciłam się na wodzie, popatrzyłam na błękitne niebo, na wybrzeże z żółtoszarymi skałami i biało-niebieskimi domami, na połyskliwe morze i kołyszące się na nim kormorany. Ogarnęło mnie uczucie zachwytu i ulgi. Tak, jestem tutaj! To nie marzenie, sen ani film. Jestem tu naprawdę.
Gorszy kawałek Sumatry
Czasami nie musi być aż tak malowniczo. Pamiętam, że kiedyś samochód wysadził mnie w Sabang na Sumatrze. Po tygodniowym pobycie w nadmorskim bungalowie w Iboih był to dla mnie powrót do cywilizacji i w pełni odczułam ten dyskomfort. Wyjechałam z Iboih bo tamtejsze wody nawiedziła plaga drobnych meduz unoszących się w morzu jak różowy pudding i parzących nawet przez koszulkę z lycry. Przybywało ich codziennie i po paru dniach nigdzie nie dało się już pływać. Pewien uparty Indonezyjczyk próbował to robić w ubraniu i plastikowej torbie na głowie, ale po dwóch próbach i on się poddał. Meduzy były wszędzie.
Do Sabang przyjechałam w nadziei zobaczenia rekina wielorybiego, który miał – przynajmniej według informacji zawartych w przewodniku – odwiedzać czasem miejscowy port. Niestety już po drodze dowiedziałam się, że informacja ta – jak wiele innych zawartych w wydanym dwa lata wcześniej przewodniku – jest nieaktualna.
Wysiadłszy, znalazłam się z plecakiem na łuku dość ruchliwej, hałaśliwej drogi, pnącej się po stoku. W dole, przy drodze, stały dwa hotele, jednak uznałam, że ich lokalizacja i standard pokoi z wielkimi wentylatorami i zapadniętymi łóżkami nie są warte ceny, jaką wołano za to lokum. Wyżej, przy wyjeździe z zakrętu, był znacznie przyjemniejszy hotel w willi z ogródkiem, jednak jego cena zrujnowałaby mój resztkowy już budżet. Niechętnie wróciłam w dół drogi. Mój nastrój też sięgał dolnych poziomów. Poczułam się oszukana i nieszczęśliwa, w dodatku byłam spocona i spragniona.
Po co było ruszać się z Iboih, marudziłam w środku, po co mi w ogóle to poniewieranie się z plecakiem, w dodatku to już ostatnie dni podróży, w przyszłym tygodniu wracam do Europy. Nie lepiej było spędzić je w starym hamaku na werandzie nad brzegiem morza?
Owad z krzaczka
Łącznik między górną i dolną częścią drogi stanowiły betonowe schody, przecinające niewielki skwerek na stoku, z paroma drzewami i pasem krzewów. Było gorąco, plecak mi ciążył i chciało mi się pić. Przysiadłam na murku biegnącym wzdłuż schodów, próbując schować przynajmniej głowę w cień najbliższego krzaka. Sięgając po butelkę z wodą, zobaczyłam, że coś chodzi po mojej dłoni.
Był to zielony, chudy owad, dość leniwie się poruszający. W moim marudnym stanie ducha i umysłu potrzebowałam chwili, by go rozpoznać – to był mały patyczak. Patyczaki, owady udające kawałek gałązki, w Polsce znane są przede wszystkim z hodowli w szkolnych terrariach. Hodowla nie jest trudna, patyczakom wystarcza w zasadzie wilgotne podłoże i trochę zielonych liści – sama trzymałam kiedyś kilka w większym słoiku, i wyrosły nawet znacznie większe od tego owada z Sumatry, siedzącego na mojej dłoni. Tyle, że to nie był patyczak hodowlany. On był w swoim naturalnym środowisku. U siebie.
Talenty interpersonalne owada z rodziny patyczaków dobrze opisał kiedyś Andrzej Kruszewicz z warszawskiego ZOO: – Jak na niego dmuchnąć z boku, to się kołysze, i to jest właściwie jedyna sztuczka, jaką potrafi…
Trafnie. Mój sumatrzański oryginalny okaz patyczaka także nie robił nic prócz siedzenia mi na dłoni i leniwego poruszania czułkami. Jednak samą swoją obecnością przekazał mi komunikat: jesteś tu. Jesteś naprawdę. Daleko od codzienności i – mimo wszystko – o krok od egzotyki. Nie wątp w to. Nie zrzędź. Najważniejsze, że tu jesteś. Zaraz będzie lepiej. Znajdziesz drogę.
To była właściwa myśl, i w dodatku prawdziwa. Po chwili – posadziwszy delikatnie patyczaka na gałęzi – zamiast zejść w dół, wróciłam na górę. Tam znalazłam nie tyle drogę, co Iwana, sympatycznego Indonezyjczyka na motocyklu, który akurat zatrzymał się przy skwerku. Iwan najpierw pomógł mi znaleźć hotel – z mandi w korytarzu i pokoikami zamykanymi na kłódki, ale dostatecznie czysty, zaciszny i tani. Potem zaś przez parę dni woził mnie po okolicy, pokazując wszystkie lokalne atrakcje: ogrody przyjaciół i krewnych, pełne małych papug, wielkich motyli i dojrzewających owoców, malownicze plaże, stare holenderskie forty niezwykłe, rozkwitające w woni nieświeżego mięsa kwiaty raflezji, wybrzeża z czystą wodą, skałami i koralami, miejscowe przystanie rybackie, drogi z widokami na zachód słońca, góry i okoliczne wyspy, tanie restauracyjki, w których serwowano lokalną specjalność – sałatki ze świeżych owoców w słodko-ostrym sosie.
Ostatnie dni na Sumatrze były dobrymi dniami. Zawdzięczałam to patyczakowi. A także Iwanowi i paru zbiegom okoliczności, ma się rozumieć. Ale zaczęło się od patyczaka…
# TEMI, Podróże, Nauki pewnego patyczaka Marta Tutaj, Patyczak Mykonos Sabang Sumatra Marta Tutaj
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)



















