Przystanek w raju

0
Przystanek w raju
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Do przystani dotarłam jeszcze po ciemku. Śpiewały ptaki i muezini w okolicznych meczetach. Świateł w całej wsi było niewiele, ale w przystani jedna lampa oświetlała tablicę informującą, że łodzie na Perhentian przestały kursować jakieś trzy tygodnie temu. Usiadłam obok i czekałam. To przecież Azja.

Przyjaźni tubylcy

Ze wschodem słońca pojawił się pierwszy tubylec – biało ubrany Malezyjczyk na rowerze. Na mój widok ożywił się widocznie, radośnie wykrzyknął: „Turist!”, pomachał mi, po czym… mocniej nacisnął na pedały i zniknął w najbliższej uliczce.

Posiedziałam jeszcze trochę. Ptaki śpiewały głośniej, muezini umilkli.

Powrócił rowerzysta w bieli. Na bagażniku przywiózł innego Malezyjczyka, który przedstawił się jako miejscowy taksówkarz i powiedział, że mówi po angielsku. Pogratulowałam mu. Zapytał, czy czekam na łódź. Postukałam w tablicę informującą o braku łodzi. Malezyjczyk zbył tablicę niedbałym machnięciem ręki i powiedział, że łódź na wyspę oczywiście będzie. Kiedy? Za pół godziny. Mniej więcej.

REKLAMA (2)

Przyjęłam duży margines błędu – jak się okazało, słusznie, bo łódź wyruszyła ponad dwie godziny później. Malezyjczyk jednak też miał rację. Bowiem przez dwie godziny obserwowałam, jak do przystani ściągali stopniowo miejscowi mieszkańcy – moi potencjalni współpasażerowie. Przybywali motocyklami, rowerami, samochodami, małymi łódkami, pieszo. Z rodzinami, kurami, psami, dziećmi, pudłami ryżu, makaronu, cukru, workami cementu, kiściami zielonych bananów… Ktoś przytargał także dwa worki książek i zeszytów. (!)

Przeprawa łodzią na Perhentian kosztowała 50 ringitów (ok. 50 zł). Tyle płacili turyści. Miejscowi ludzie, potrzebujący dotrzeć z lądu na okoliczne wyspy lub odwrotnie, płacili za tę samą drogę parę ringitów albo nic. Dlatego żadnemu szyprowi nie opłacało się ruszać łodzi, jeśli nikt nie zapłaci „turystycznej” ceny. Wszyscy czekali, aż ktoś taki przybędzie. Po sezonie turystów było niewielu. Biało ubrany rowerzysta o świcie zawiadomił wszystkich, że pojawił się turysta, będzie więc okazja wyruszyć.

Od plaży do plaży

Wypłynęliśmy z zatoki maksymalnie wyładowaną łodzią, przy fali prosto w dziób. Siedziałam z przodu i odczuwałam każdy skok łodzi. Moi sąsiedzi znosili to różnie. Najbardziej zaprawieni w rejsach po prostu… usypiali.

Perhentian po malezyjsku znaczy „przystanek”. Dawniej wyspa była po prostu przystankiem przesiadkowym dla ludzi podróżujących na różne wyspy przy wybrzeżu. Od tego czasu jednak zrobiła karierę. Wybudowano na niej wiele hoteli – zarówno przy Plaży Koralowej, położonej po tej stronie co przystań, jak i przy Długiej Plaży, położonej na przeciwległym brzegu Perhentian. Pierwsza plaża znana była z koralowych podwodnych ogrodów, druga miała wysoką falę oraz dużą liczbę małych hoteli, hosteli i restauracji. Niestety po sezonie większość tych hoteli zamknięto; w niektórych trwały prace remontowe. Reprezentacyjny hotel Shari La przy Plaży Koralowej wynajmował co prawda pokoje (dla mnie zbyt drogie – 140-200 ringitów za noc), ale nie zapewniał wyżywienia. A ponieważ i wszystkie restauracje na wyspie były na głucho zamknięte, musiałam rozwiązać jakoś problem posiłków. Wyglądało na to, że na wyspie byłam jedynym turystą.

Zostawiłam bagaż w remontowanym aktualnie hostelu przy Koralowej Plaży i wyruszyłam sprawdzić sytuację przy Długiej Plaży. I tam w wielu hostelach pracowały ekipy remontowe – od gromady robotników noszących cement po europejsko wyglądającą dziewczynę z młotkiem, która przybijała coś do ściany niewielkiego bungalowu. Dziewczyna okazała się pomocna.

– Idź do „Rock Garden”, to na samym końcu plaży. Są czynni cały rok.

Hotel okazał się skupiskiem bungalowów malowniczo rozmieszczonych na wznoszącym się nad plażą stoku. Przy wejściu spotkałam warana monitora, kopiącego w piasku, i dużego gekona toke, wygrzewającego się na schodku. Wyżej pracowało kilku robotników; jeden z nich – jak się okazało – mówił po angielsku. Na pytanie o zakwaterowanie skinął głową i pokazał mi dwa bungalowy na zboczu. Widok na zatokę z werandy zapierał dech w piersiach. Cena, którą wymienił (20-30 ringitów za noc) wydała mi się śmiesznie niska. Owszem, był haczyk – elektryczność z prywatnego agregatu pojawiała się tylko wieczorem – teoretycznie na 7-8 godzin, w rzeczywistości (jak się wkrótce przekonałam) najwyżej na cztery godziny. Hotel miał jednak czynną kuchnię, gotującą dla robotników, i zapewniał skromne wyżywienie: omlet i grzanki rano, ryż z rybą na lunch. Poza tym w tym momencie najbardziej potrzebowałam prysznica – w „Rock Garden” prysznice działały. Kiedy jeszcze jeden z robotników z sąsiedniego hotelu pomógł mi przenieść mój bagaż, uznałam, że wszystko układa się świetnie.

REKLAMA (3)
Przystanek w raju
Waran na stoku | fot. Marta Tutaj

Sąsiedzi i gwiazdy

Tego samego dnia po południu do sąsiedniego bungalowu wprowadzili się dwaj młodzi Francuzi, Baptiste i Bastien. Przyjechali do przystani na lądzie dzień przede mną, ale przespali noc w hotelu, zaspali i wystartowali później. Mieszkańcy mieli wiec tego dnia aż dwie łodzie na Perhentian.

W nocy coś o drobnych stópkach i długim ogonie biegało po moim pokoju, po moich rzeczach i po mnie. Sądząc, że to szczur, dość gwałtownie wyprosiłam nocnego gościa na zewnątrz. Dopiero rankiem, gdy mi się pokazał ponownie na murku koło bungalowu, przekonałam się, że to nie szczur, ale tupaja czy też wiewiórecznik – nieduży ssak leśny przypominający nieco wiewiórkę (choć i szczura trochę też!). Tupaje są od szczurów nieporównanie rzadsze, są owado- i owocożerne, i zaliczane do naczelnych (tak samo jak człowiek!). W dodatku te z wysp bywają gatunkami endemicznymi. Raczej nie mają zwyczaju wprowadzać się do ludzi. Mój bungalow prawdopodobnie stał dłuższy czas pusty i tupaja po prostu skorzystała z pustostanu… W gruncie rzeczy żałowałam, że nie została.

Prócz tego za sąsiadów miałam rozmaite jaszczurki – od waranów po maleńkie gekony i scynki, a także wiewiórki palmowe i rozmaite ptaki, nie licząc motyli, mrówek i trzyszczy – kolorowych długonogich chrząszczy biegających po ścieżce. Komary na moją zawieszoną na widokowym zboczu werandę praktycznie nie docierały – być może dlatego, że z drzewa tuż obok łowił owady czarnogranatowy ptak z ozdobnym ogonem – dziwogon rajski, nawet z nazwy pasujący do tego miejsca. Wieczorami zaś polowały małe nietoperze.

Francuzi okazali się także cennymi sąsiadami. Byli sympatyczni, entuzjastycznie podziwiali każdy detal natury wyspy. Poza tym chętnie się dzielili – np. ładowarką do baterii, czy znalezionym na plaży kokosem. A gdy któregoś wieczoru idiotycznie zatrzasnęłam sobie klucze do drzwi wewnątrz bungalowu, Baptiste wspiął się na drzewo i przecisnął przez okienko do łazienki, by mi zapewnić dostęp do łóżka i prysznica. Obsługa hotelu wychodziła na noc do odległej o jakieś trzy kilometry wioski.

Posiłki jadaliśmy na werandzie przed restauracją. Gdy dotarły jeszcze dwie Norweżki – matka i córka, obie bardzo blond i ładne, na kolacji było nas aż sześć osób, wliczając w to dyżurnego kucharza-kelnera. Zwykle towarzyszyły nam lokalne koty, też w liczbie sześciu czy siedmiu. Bastien je uwielbiał i dzielił się z nimi swoim jedzeniem. Dania były niezbyt wyszukane, za to mieliśmy widok na zbocze, gdzie wygrzewały się wielkie warany. Czasami – jak to smoki – walczyły ze sobą o lepsze miejsca, stając na tylnych łapach i napierając na siebie brzuchami, aż do upadku jednego z rywali. Jedząc nasze omlety mieliśmy wrażenie, że czas dinozaurów wrócił.

Widok z bungalowów był rozleglejszy – cudowna przestrzeń tropikalnego nieba i morza, w dole zaś plaża z malowniczo rozrzuconymi palmami. W dodatku podczas naszego pobytu trafiła się noc roju meteorów – grudniowych Geminidów – którą można było z naszych balkonów podziwiać w całej okazałości. Gwiazdy spadały, kreśląc na niebie świetliste tory, od odległych galaktyk aż po postrzępioną linię palm. A my pierwszy raz byliśmy zachwyceni faktem, że nie mamy elektryczności i nic – ale to nic! – nie może zakłócić tego widoku.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze