Sztuka jedzenia śniadań I

0
Sztuka jedzenia śniadań
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Kiedy jeszcze Polacy mało jeździli po świecie, a ja wracałam z jednej ze swoich podróży, często pytano mnie: „A co tam jadłaś?” Było to dość irytujące, bo nigdy nie oceniałam podróży i kraju na podstawie serwowanego tam jedzenia. Przyznam jednak, że podczas niektórych podróży nieco czasu i energii poświęcałam na zdobycie śniadania, bo nawet w tropikach trudno zacząć dzień bez porannej kawy. A nie wszędzie ludzie wstawali o tej samej porze, co ja.

Jak kupić tinto

Pod tym względem Kolumbia okazała się krajem łatwym i przyjemnym. Przede wszystkim dlatego, że kawa jest tam wszechobecna. Od wczesnego ranka do późnego wieczora można ją kupić po prostu na ulicy. Bardzo wiele osób w miastach trudni się sprzedażą kawy z termosów – to popularny sposób dorabiania, także dla ludzi pracujących, i to w różnych zawodach.

Kiedyś w Santa Marta kupiłam kawę na ulicy od człowieka zamaskowanego bardziej niż uczestnik napadu na bank (nie chodzi o maskowanie sanitarne, było to jeszcze przed pandemią). Mój sprzedawca kawy miał na sobie bluzę dresową i rękawiczki, czapkę z daszkiem, a na twarzy kominiarkę. W prawie trzydziestostopniowym upale kolumbijskiego wybrzeża był to strój dziwny i chłopak chyba wiedział, że wygląda nieco podejrzanie, bo podczas nalewania kawy zsunął kominiarkę, odsłaniając twarz, całkiem sympatyczną i nawet przystojną.

– Przepraszam, ale pracuję też jako model i nie mogę być zbyt mocno spalony przez słońce! – wyjaśnił z promiennym uśmiechem.

REKLAMA (2)

Aby sprzedawać kawę na ulicy, wystarczy mieć termos albo dwa i paczkę plastikowych kubeczków. Główną ofertą jest tinto, czarna kawa niesłodzona, zwykle zupełnie dobra, bo kawa w Kolumbii jest generalnie dobrego gatunku. Nie brak jednak sprzedawców, którzy używają ręcznych wózków z całą baterią termosów i wtedy sprzedają różne rodzaje kawy albo czekolady pitnej – słodkiej, z mlekiem, z przyprawami. Aby kupić tinto, wystarczy zawołać najbliższego ulicznego sprzedawcę i mieć trochę drobnych pieniędzy, za które trudno byłoby kupić cokolwiek innego niż kubek kawy.

Śniadanie po kolumbijsku

Chcąc napić się kawy o poranku, nie trzeba nawet wychodzić na ulicę, bo napój serwuje w cenie noclegu większość kolumbijskich hoteli, również tych najbardziej „budżetowych”. Kolumbijczycy żyją kawą. Moje dwie przyjaciółki z Cienaga, młode dziewczyny, szczupłe, śliczne, pracujące w kilku organizacjach pozarządowych, piły rano kawę i zjadały po kawałeczku obgotowanej juki. Uważały to za najlepsze śniadanie.

Nie wszyscy w Kolumbii jadają jednak tak minimalistycznie. Na kolumbijskiej ulicy można zjeść do tinto sporo smacznych i kalorycznych przekąsek. Na wybrzeżu o poranku króluje arepa con huevo, czyli placek z mąki kukurydzianej z jajkiem w środku, pieczony lub smażony. Choć w okolicach Santa Marta widziałam, jak kobiety przygotowują arepa huevo wprost na ulicy, nie udało mi się rozpracować systemu zapiekania świeżych jajek w płynnym cieście. W Villa de Leyva, w górach, widziałam maszynę do pieczenia arep, z kołowrotem na 60 placków, obsługiwaną przez dwie osoby. Arepy wyjeżdżały z niej gorące i pachnące, gotowe do spożycia, ale i wtedy nie udało mi się podpatrzyć, jak jajko ląduje w środku.

Na plaże dowożono arepy w pojemnikach zawiniętych w koce, by były jak najdłużej ciepłe. Na wybrzeżu był to biznes na tyle rozwinięty, że do Playa Blanca, turystycznej plaży w okolicach Cartageny, pełnej małych, prostych hotelików, dobijały wczesnym rankiem łodzie sprzedające arepas y papas (to drugie to duże, panierowane ziemniaki nadziewane warzywami lub mięsem). Sprzedawcy ruszali na plaże, by karmić amatorów joggingu i porannych kąpieli. Trzeba przyznać, że dostosowywali się do klientów. Od jednego z takich sprzedawców dostałam kiedyś arepę na kredyt, bo właśnie wyszłam z wody dość daleko od swojego hoteliku. Oczywiście nie miałam pieniędzy, a byłam głodna. Ustaliliśmy, że zapłacę sprzedawcy arep przy najbliższym kolejnym spotkaniu na plaży. Ale się potem nie spotkaliśmy, mam więc w Kolumbii dług do spłacenia.

Dziewczyny sprzedające kawę
Dziewczyny sprzedające kawę w Santa Marta | fot. Marta Tutaj

Poranki z cebulą i bolonem

W Ekwadorze wczesną porą śniadania nie były tak łatwo dostępne. Szczególnie galapagenos, mieszkańcy Wysp Galapagos, nie doceniali zalet rannego wstawania. O brzasku na ulicach można było spotkać co najwyżej żołnierzy z baz piechoty morskiej, biegających treningowo w porze najmniejszego upału. A ponieważ ekwadorscy marines nie byli zainteresowani przekąskami, za właściwą porę serwowania śniadań uważano, powiedzmy, dziewiątą. Obsługa hoteli i restauracji przecierała wtedy oczy, ktoś zaglądał do lodówki, ktoś ustawiał krzesła przy stolikach, złożone na noc w stertę. Jeśli udało się gdzieś zdobyć tost, jajko na twardo i filiżankę kawy, był to szczęśliwy traf. Owszem, ciepłe dania serowano wieczorami, przynajmniej do jedenastej w nocy. Śniadanie nie było jednak dla galapagenos posiłkiem istotnym.

REKLAMA (3)

Owszem, w rybackim miasteczku Puerto de Villamil na wyspie San Cristobal od rana rozchodził się zapach encebollado. Była to zupa na bulionie rybnym z dodatkiem gotowanej kukurydzy, manioku lub ziemniaków, obficie okraszona krążkami czerwonej cebuli, świeżej lub marynowanej. Małe domowe restauracje, uruchamiane zwykle dopiero w porze obiadu, gotowały rankiem encebollado dla domowników, a jeśli wystarczyło, to i dla gości. Wystawiano wtedy miseczki na stolik przed wejściem. Zupa była pożywna i zwykle dość smaczna (jeśli nie, sytuację ratowały buteleczki z ostrymi sosami). Nauczyłam się ją doceniać, a moja sąsiadka, Francuzka, od roku podróżująca z córeczką po Ameryce Południowej, była jej wielbicielką. Co więcej, jeśli zjadło się encebollado w jakiejś domowej jadłodajni, prośba o kawę zwykle była przyjmowana przychylnie.

W lądowej części Ekwadoru, w większych miastach, takich jak Cuenca czy Quito, gdzie było dość ludzi zaczynających pracę o siódmej czy ósmej rano, można było skorzystać ze straganów śniadaniowych. Na ulicach, przy małym bufecie lub naprędce ustawionych stolikach serwowano kawę i bolon – przekąskę w formie dużej kuli, lepionej z ciasta uzyskanego ze zgniecionych plantanów, specjalnych bananów warzywnych, smakiem przypominających nieco ziemniaki. Bolon de verde był na ogół kulą czystego plantanowego ciasta. Dodatkiem do niego, podanym osobno, mógł być kawałek kiełbaski lub kurczaka.

Były też bolony szpikowane warzywami, skwarkami lub mięsem, ale – szczerze mówiąc – dla mnie wszystkie miały podobny smak. Było to też, jak dla mnie, danie raczej ciężkie, obliczone bardziej na wypełnienie żołądka niż na wrażenia smakowe. Jeśli więc oprócz bolonów serwowano gdzieś tostas albo empas (chleb lub bułki z nadzieniem na ciepło), zwykle wybierałam tę możliwość.

Empanada, owalna bułka lub wypiek w kształcie pieroga nadziewany różnościami, był także niezłą opcją śniadaniową, o ile ktoś akurat wypiekł je o tej porze. Tradycyjnie empanady są bowiem raczej przekąską popołudniową. Po raz pierwszy skosztowałam empanady w Wenezueli, gdzie byłam w ostatnich latach panowania Chaveza. I doznałam rozczarowania. W Wenezueli wiele rzeczy było wtedy oszustwem, empanada w Caracas także. Była to po prostu bułka kupiona w sklepie, przełożona plasterkiem szynki. Nic oryginalnego, a tym bardziej egzotycznego. Empanady kolumbijskie okazały się prawdziwsze i smaczniejsze – chyba najlepsze zdarzyło mi się jeść w autobusie, który przez wiele godzin tłukł się pełną zakrętów i tuneli drogą przez Andy, między Bogotą a Villavincenzio. Podczas któregoś z długich, beznadziejnych postojów z powodu kraksy gdzieś wiele kilometrów przed nami do autobusu wsiadł człowiek z koszykiem świeżych empanad. Może dlatego, że byłam głodna, pamiętam ich smak do dziś.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze