Wyprawę na wyspę Langkawi zaczęłam od… zagubienia w czasie. Niemal prosto z Tajlandii dotarłam do Kuala Perlis, skąd był najszybszy prom na wyspę. Kupiłam bilet na rejs, który był za ponad godzinę, a potem spokojnie poszłam coś zjeść. Niestety, zegarek miałam nastawiony wciąż na czas tajski, o godzinę różniący się od malezyjskiego. Mój prom odpłynał w czasie, gdy piłam kawę.
Na szczęście nie był to ostatni prom. Malezyjczyk w okienku kasowym ze zrozumieniem pokiwał głową i przebukował mój bilet na następny kurs. Tyle, że do Kuah, głównego miasta wyspy, dotarłam już po ciemku i musiałam przenocować w przydrożnym hoteliku w centrum, dość hałaśliwym. Następnego dnia zaczęłam więc szukać spokojnego, cichego noclegu. A ponieważ w okolicach Pantai Cenang, głównej plaży Kuah, niełatwo o takie miejsca, trafiłam do… Muzeum Ryżu.
Domek na ryżowisku
W zasadzie muzeum jako takie – kolekcja narzędzi, modeli i artefaktów związanych z uprawą ryżu – stanowi tylko niewielki fragment Laman Padi, miejsca, gdzie trafiłam. Większość obszaru to pole, czy też ogród ryżowy – jak to oficjalnie nazwano. Ryżowiska są zielone nie tylko od sadzonek ryżu, ale i od obficie porastającej je rzęsy wodnej i kwitnących wodorostów, w których brodzą małe czaple, kaczki i inne wodne ptaki. Na trawiastych miedzach pasą się bawoły wodne i krowy. W powietrzu unoszą się ważki. Przy niebyt licznych zwiedzających to ogrodzone pole jest w centrum miasta prawdziwą oazą spokoju i zieleni. Kiedy więc przy okazji dowiedziałam się, że w niezbyt wygórowanej cenie można wynająć tam prosty drewniany domek na palach, zbudowany na wzór tradycyjnych domków malajskich, postanowiłam po południu przynieść swój plecak.
Domek był kwaterą bardzo prostą, ale z werandy miałam wieczorem widok na gwiazdy i świetliki, unoszące się chmurami nad ryżowiskiem. W dzień widziałam pole ryżowe z brodzącymi w płytkiej wodzie białymi czaplami, a czasem także bawołami, wchodzącymi w szkodę – podjadającymi ryżowe sadzonki. W polu widzenia zdarzali się i ludzie – głównie szeroko uśmiechający się pracownicy Laman Padi, którzy regularnie porządkowali ryżowy ogród. Prócz tego na ryżowisku stało kilka strachów na ptaki, ubranych w tradycyjne malajskie stroje. Co prawda nie miały na razie wiele do roboty, bo ryż był jeszcze młody i nie było obawy, że ptaki wyjedzą ziarno. I dobrze – wyjaśnił mi mój przewodnik – bo w porze zbiorów budziłyby mnie dość hałaśliwe kołatki, którymi także odstraszano ptaki.

Mój „ryż powszedni”
W Laman Padi uprawiano ryż metodą tradycyjną. Czyli: najpierw moczono ziarno w woreczkach przez trzy dni, żeby „obudziło się” i spęczniało, potem sadzono je. A gdy sadzonki wyrosły na kilkanaście centymetrów, wyrywano je z mokrej ziemi, rozdzielano i sadzono ponownie w zalanym wodą polu – tak, że ledwie wystawały nad wodę. Jak wyjaśniał przewodnik, była to ciężka i żmudna praca, tradycyjnie wykonywana przez kobiety (mężczyźni podobno nie mają dość cierpliwości). W każdym razie kobiety pracowały przy ryżu z wielką wprawą – obserwując, jak rozdzielają i sadzą kępki ryżowe, trudno było nadążyć wzrokiem za ruchami ich rąk.
Potem ryż rośnie, a gdy się wykłosi i ziarno dojrzeje, znów zbierają go kobiety. Mężczyźni co najwyżej zanoszą spakowane worki do młynów ryżowych. Jak wyjaśnił mój przewodnik, obecnie ryż uprawia się metodą mniej pracochłonną, bez etapu przesadzania. Wymaga to jednak intensywnego nawożenia – szczególnie, że ryż zbiera się kilka razy w roku. Ziarno z tradycyjnej uprawy na pewno jest znacznie zdrowsze, a jak zapewniał mnie przewodnik – także smaczniejsze.
W Laman Padi, w części zwanej Ogrodem Rozmaitości (Garden of Variety), było poletko ćwiczebne, gdzie zwiedzający mogli spróbować swoich sił w sadzeniu, przesadzaniu lub zbieraniu ryżu (w zależności od pory roku). Spróbowałam, szło mi raczej fatalnie, a oczyszczenie sandałów z błota ryżowego okazało się praktycznie niemożliwe. Przewodnik radził mi wejść na pole boso, zresztą sam tak zrobił. Inną atrakcją dla zwiedzających był połów ryb w specjalnie przygotowanym akwenie – nie tylko na wędkę czy sieć, ale m.in. na pleciony sak w kształcie dzbana. Ryby jednak zostawiłam w spokoju.
Posiłki jadałam w funkcjonującej na terenie Laman Padi niewielkiej restauracji. Co prawda – jak wyjaśnił mój przewodnik – menu lokalu nie całkiem odpowiadało wcześniejszym zamierzeniom, bo miały tu być serwowane tradycyjne dania z ryżu. Okazało się jednak, że bardziej eklektyczna, malajsko-tajsko-chińsko-japońska kuchnia z elementami europejskimi ma większe powodzenie. Dania były jednak smaczne (zwykle decydowałam się na jakąś odmianę nasi goreng, typowego dania z ryżu właśnie). A ryż pochodził podobno z tradycyjnej uprawy. Restauracja serwowała także aromatyczną herbatę ziołową – surowce pochodziły z miejscowego Ogródka Ziół – również stanowiącego część „ekspozycji”.
Wyspa z orłem
Langkawi to w zasadzie nazwa całego archipelagu wysp przy zachodnim wybrzeżu Malezji, na pograniczu wód Morza Andamańskiego i Cieśniny Malakka. Według jednych danych archipelag liczy 99 wysp, według innych – ponad 100, co wynika z tego, że kilka wysepek znika podczas przypływu. Nazwy Langkawi używa się częściej w stosunku do głównej wyspy archipelagu, bodaj najbardziej „turystycznego” miejsca w Malezji. Większość przewodników, stron i blogów podróżniczych określa tę wyspę jako „idealną” – co oznacza tropikalny raj z bardzo rozbudowaną infrastrukturą turystyczną i nagromadzeniem rozmaitych atrakcji. Wyspa leży także na wodach granicznych między Malezją a Tajlandią, jest tu więc strefa wolnocłowa. A zatem na Langkawi alkohol – od piwa po whisky i inne importowane trunki – jest najłatwiej dostępny w całej muzułmańskiej Malezji i stosunkowo tani, co dla wielu turystów jest istotną zaletą. Przystań przy Skwerze Orła z wielką figurą orła morskiego (od którego pochodzi podobno nazwa archipelagu) jest więc uczęszczanym miejscem.
Trzeba przyznać, że Langkawi ma piękne plaże, i absolutnie nie wszystkie tak obciążone barowo-imprezową infrastrukturą, jak główna Pantai Cenang. Są tu również dwa parki narodowe – jeden obejmujący górę Cenang, drugi mangrowe rozlewiska Kilim wpisane do rejestru UNESCO. Prócz tego jest parę miejsc historycznych, mających znaczenie dla Malezyjczyków – ogród i grobowiec Mahsuri, księżniczki niesłusznie oskarżonej o niewierność, Spalone Pole z czasów wojen z Syjamczykami, czy Park Legend z wizerunkami postaci z malajskiej mitologii.
Jest też mnóstwo typowo turystycznych atrakcji, takich jak aquaparki, akwarium z rekinami i pingwinami, zoopark z egzotycznymi zwierzętami, farma krokodyli, farma węży, park ptaków, farma bawołów, pływająca farma hodowli ryb. Do nowszych atrakcji należą Sky Bridge – ponad stumetrowa kładka wisząca na wysokości 660 m nad górskim lasem deszczowym oraz Sky Cab
– wagonikowa kolejka linowa w tej samej okolicy. Niedaleko, w Pantai Kok, można też obejrzeć scenografię, rekwizyty i kostiumy z realizacji filmu „Anna i król” z 1999 roku (z Jodie Foster). A w Galerii Perdana – kolekcję dyplomatycznych prezentów premiera Malezji. Jest też studio ręcznego dmuchania szkła i Centrum Rzemiosła, gdzie można zapoznać się z lokalnym rękodziełem i kupić pamiątki.
Ponieważ wolę wyspy mniej uczęszczane i nie aż tak „atrakcyjne”, Langkawi nie była dla mnie idealnym miejscem. Nie brak jej jednak malowniczości i różnorodności, pięknych plaż i tropikalnej atmosfery. A gdy się zboczy nieco z turystycznych szlaków, można i tu znaleźć kawałek prawdziwej Malezji – na przykład autentyczne, tradycyjnie uprawiane pola ryżowe, tylko trochę mniej wzorcowe i uporządkowane niż Laman Padi.
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)



















