Miłosz wywalczył niedawno wicemistrzostwo Polski, ma oferty z renomowanych ośrodków szkoleniowych i sportowa kariera stoi przed nim otworem.
Nie jest przesadą twierdzenie, że 11‑letni sportowiec spędził przy tenisowym stole pół swojego życia. Miłosz Sawczak miał dokładnie 5,5 roku, kiedy zaczął trenować w sekcji powstającej właśnie przy Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji w Tuchowie. Wszystko zaczęło się od rodziców, którzy postanowili zapisać syna na zajęcia. Wybór tej konkretnej dyscypliny nie był przypadkowy.
Gen zwycięstwa
Miłosz Sawczak senior, tata młodego zawodnika, odbija niewielką piłeczkę już od trzydziestu lat. Pochodzi z Tarnowa, gdzie zaczynał swoją tenisową przygodę w tutejszym Metalu. Z kolei Aneta, jego żona, była zawodniczką sekcji tenisa stołowego Tarnovii. Nic więc dziwnego, że Miłosz junior poszedł w ślady rodziców. Po ojcu otrzymał nie tylko imię, ale też sportową smykałkę i potrzebę rywalizacji, która początkowo mogła być jednak przeszkodą.
Kiedy kilkuletni Miłosz stanął przy tenisowym stole, od razu chciał wygrywać, co przecież nie było wtedy możliwe. – Na początku treningi nie zawsze mi się podobały, bo przede wszystkim zależało mi na pokonywaniu innych, chciałem być najlepszy – odpowiada dzisiaj młody tenisista. – Z biegiem czasu, kiedy zdobywałem większe umiejętności i doświadczenie, tenis stołowy podobał mi się coraz bardziej. Mogłem rywalizować i wygrywać z innymi dziećmi.
W życiu każdego przyszłego sportowca dużą rolę odgrywają pierwsi trenerzy. Miłosz zaczynał w Tuchowie pod okiem Janusza Damiana – zawodnika i wieloletniego instruktora tenisa stołowego. Szkoleniowiec postawił na pracę od podstaw, która dopiero w przyszłości miała przynieść efekt.
– Od początku w treningach z Miłoszem bazowaliśmy na wypracowaniu odpowiedniej techniki. Tenis stołowy to taki sport, że można pójść na skróty, nauczyć dzieci pewnych zachowań, które mogą pomagać, ale tylko chwilowo – opowiada trener. – Najważniejsza jest jednak technika, bez której trudno osiągać w przyszłości dobre wyniki. Trzeba więc uczyć się kolejnych elementów krok po kroku, co też robiliśmy. Potem okazało się, że to była dobra droga.
Cierpliwość opłaciła się. Po dwóch latach treningów w zawodach skrzatów, czyli najmłodszej kategorii wiekowej w tenisie stołowym, Miłosz był o klasę lepszy od przeciwników z terenu województwa. Szybko zaczął odnosić pierwsze sukcesy i wygrywać turnieje dla dzieci, choć niejednokrotnie był w nich najmłodszym uczestnikiem.
Wyjątkowe miesiące
Prawdziwym przełomem okazał się 2015 rok. Tata zawodnika z uśmiechem mówi, że wszystko zaczęło się w Walentynki. – Żona w ramach prezentu zorganizowała nam wtedy w domu salę do treningów tenisa stołowego. Syn dobrze przepracował lato, ale późniejszych sukcesów nie spodziewaliśmy się, bo w kategorii żaków, w której Miłosz już gra, rywalizacja w całym kraju jest bardzo duża – opowiada tata.
Tymczasem 10‑letni wtedy zawodnik w minionym sezonie bardzo dobrze radził sobie w zawodach ogólnopolskich. Z powodzeniem występował w Grand Prix Polski Żaków. Podczas listopadowej edycji w Jastrzębiu Zdroju okazał się najlepszy w kraju. Wojciech Waldowski, prezes Polskiego Związku Tenisa Stołowego, w trakcie wręczania nagród powiedział wtedy, że dawno w tej kategorii wiekowej nie było takiego poziomu i jest spokojny o przyszłość tej dyscypliny w Polsce.
Młody tenisista ze Świebodzina występował również razem z tatą w turniejach deblowych dzieci i rodziców. Wspólnie stanęli na podium podczas Ogólnopolskiego Grand Prix Turniejów Rodzinnych, do tego wygrali w swojej kategorii XVII Międzynarodowy Rodzinny Turniej „Pro‑Familia Cup”.
Największe zdumienie wzbudziła jednak forma Miłosza w rozgrywkach ligowych. W ubiegłym sezonie początkowo występował w drugiej drużynie klubu MOSiR Dukla, a jego tata był zawodnikiem pierwszej ekipy, grającej w rozgrywkach II ligi małopolsko‑podkarpackiej. Miłosz junior radził sobie jednak tak dobrze, że w styczniu tego roku trafił już do drugoligowego zespołu seniorów. Zadebiutował efektownie – wraz z tatą zwyciężył w deblu, a jego drużyna (mająca za sobą siedem ligowych porażek) odniosła pierwsze zwycięstwo w sezonie.
Spektakularnym zwieńczeniem ostatnich miesięcy w wykonaniu młodego zawodnika były czerwcowe Mistrzostwa Polski Żaczek i Żaków w Międzyzdrojach. W hali sportowej im. Andrzeja Grubby pojawili się najlepsi krajowi zawodnicy w tej kategorii wiekowej (rocznik 2005 i młodsi). Tenisista ze Świebodzina, który jeszcze w poprzednim sezonie zajmował 30. miejsce w krajowym rankingu żaków, pokonywał pewnie kolejnych rywali. Ostatecznie sprawił niespodziankę i do domu wrócił ze srebrnym medalem i tytułem wicemistrza Polski.
Co dalej z talentem?
Miłosz ma dopiero 11 lat, ale jego życie kręci się dziś wokół sportu. W trakcie tygodnia trenuje, w soboty i niedziele jeździ na zawody i mecze ligowe, podczas których – jak niedawno udowodnił – potrafi pokonać 40‑letniego przeciwnika. Do tego nie odpuszcza nauki. Ostatnio z czerwonym paskiem ukończył czwartą klasę podstawówki w Świebodzinie, gdzie był też przewodniczącym szkoły. W tym wszystkim zaskakuje jednak coś innego…
W renomowanych polskich ośrodkach szkoleniowych, które dziś zapraszają do siebie młodego tenisistę spod Tarnowa, dzieci spędzają przy stole wiele godzin dziennie. – Tygodniowy trening Miłosza jego rówieśnicy wykonują w trakcie półtora dnia – zauważa Janusz Damian. – Ewenementem jest to, że Miłosz potrafi z nimi wygrywać podczas takich ważnych zawodów, jak mistrzostwa Polski. Ma po prostu talent, papiery na dobrego zawodnika, ale musi jeszcze dużo trenować. Przyszłość jest trudna do przewidzenia, a wiadomo tylko, że trzeba pracować na sukces.
W sporcie zdarza się, że młode talenty z czasem gdzieś zanikają, a początkowo niedoceniani zawodnicy zostają wielkimi mistrzami. Dzisiaj najważniejsze jest więc to, że głód zwycięstw nie opuszcza 11‑letniego tenisisty, który ma swoje plany i marzenia.
– Tenis stołowy to moja pasja i może uda się, że kiedyś będę profesjonalnym zawodnikiem klubu najwyższej ligi – mówi Miłosz. – Po prostu lubię rywalizację i ciągle chcę wygrywać.
























