W oczekiwaniu na pierwsze mecze przypomnijmy zapomniany epizod z historii narodowej drużyny, związany z Tarnowem. Otóż w maju 1949 roku biało‑czerwoni zjechali do miasta generała Bema, aby zmierzyć się z…klubową drużyną Tarnovii!
Dobra marka
Piłkarski zespół Tarnovii miał wówczas oczywiście zupełnie inną pozycję w krajowej hierarchii niż obecnie. W 1947 roku drużyna prowadzona przez Władysława Lemiszkę pomyślnie przebrnęła kilkustopniowe kwalifikacje i wywalczyła awans do pierwszych po wojnie rozgrywek o mistrzostwo ekstraklasy. Znalazła się więc w gronie 14 najlepszych polskich drużyn. Sezon 1948 (grano wówczas systemem wiosna‑jesień) nie przyniósł jednak tarnowianom szczęścia – jednego punktu zabrakło do utrzymania się w ekstraklasie. Pomimo tego drużyna przeszła do historii tarnowskiej piłki nożnej, pokonując w rozgrywkach najlepsze polskie ekipy, do dziś stanowiące elitę polskiego futbolu. Kameralny stadion przy kolejowych plantach był świadkiem wielu niezapomnianych sportowych wydarzeń. Punkty gubiły tutaj takie potęgi, jak chociażby Wisła Kraków, Ruch Chorzów, Cracovia, ZZK (dziś Lech) Poznań, wygrali tarnowianie mecz wyjazdowy z warszawską Legią. Piłkarskie spotkania były wydarzeniami, którymi żyło całe miasto.
Z tamtych czasów pozostało mnóstwo ciepłych wspomnień i anegdot, jak te o relacji radiowej prowadzonej łączem telefonicznym prosto ze stadionu Legii i puszczanej kibicom zgromadzonym w Tarnowie przez stadionowe głośniki lub gołębiach pocztowych, które działacze wypuszczali po wyjazdowych meczach z karteczkami z wynikiem spotkania i które jako pierwsze przynosiły do Tarnowa wieści o kolejnym sukcesie czy porażce.
Grali wówczas w Tarnovii naprawdę dobrzy piłkarze. As atutowy – obrońca Antoni Barwiński, był przecież wtedy etatowym reprezentantem Polski. Obok niego ostoją bloku defensywnego był wyrównany duet bramkarzy: Tadeusz Dwuraźny i Wiktor Rychlicki oraz doświadczony Rudolf Pyrich. Mocnymi punktami byli bracia Edmund, Stanisław i Władysław Roikowie, Roman Pyrich, Tadeusz Kokoszka czy Roman Binek. Dobrze wprowadzili się do zespołu pozyskani z innych klubów: Alfred Streit i Piotr Kuczyński. Pomimo spadku drużyna, która niemal w całości zachowała swój stan posiadania, cieszyła się dobrą marką, będąc zresztą w 1949 roku czołową drużyną ówczesnej II ligi.
Lekcja biało‑czerwonych
Gdyby tak nie było, to sztab trenerski reprezentacji Polski nie zdecydowałby się, aby ostatnim sprawdzianem przed meczem międzypaństwowym z Rumunią stał się towarzyski pojedynek właśnie z jedenastką Tarnovii. Doszło do niego 4 maja 1949 roku. W Tarnowie gościły największe tuzy ówczesnego krajowego futbolu. Wymieńmy tylko kilku. Reprezentacyjnej bramki bronił Edward Jurowicz z krakowskiej Wisły, z którą związany był ponad dwie dekady, do dziś uważany jest za jednego z najlepszych bramkarzy w ponad stuletniej historii tego klubu. Jego kolegą z zespołu był wyborowy napastnik Mieczysław „Messu” Gracz, który w reprezentacji zagrał w sumie ponad 20 meczów. W Tarnowie pokazali się inni wybitni zawodnicy tamtych czasów, jak: Henryk Janduda, Zdzisław Mordarski czy Marian Łącz‑ świetny piłkarz, a potem znakomity aktor. Przede wszystkim jednak Gerard Cieślik – jeden z najwybitniejszych zawodników w dziejach polskiego futbolu i legenda chorzowskiego Ruchu, 45-krotny reprezentant kraju, mistrz i zdobywca Pucharu Polski, olimpijczyk. Kadra dała gościnnym gospodarzom, barw których bronił w tym meczu także kadrowicz Barwiński, surową lekcję futbolu, wygrywając 5:0 (3:0) po dwóch golach Mariana Łącza i jednym trafieniu Mieczysława Gracza, Gerarda Cieślika i rezerwowego Józefa Rembeckiego.
„Przegląd Sportowy” bardzo chwalił jednak tarnowską drużynę: „Drugoligowcy‑ jak spodziewano się‑ docenili w pełni zaszczyt wybrania ich na sparingpartnera i postawili się na sto dwa. Przegrana nie przynosi im wstydu, zwłaszcza w pierwszej połowie, kiedy to Jurowicz był o wiele groźniej i częściej zatrudniony niż jego vis a vis. Pierwszy groźny strzał na bramkę Tarnovii padł dopiero w 33. minucie. Do tego czasu Jurowicz zażegnał parokrotnie niebezpieczeństwo, broniąc między innymi bliską bombę Barwińskiego i zaskakującą główkę po rzucie z rogu (…) To wystarczy za wszystkie pochwały należne całej drużynie (…).
Ciekawostką może być fakt, że tamto spotkanie prowadził znany wówczas tarnowski arbiter Franciszek Fronczyk, który zdobył uprawnienia międzynarodowe i kilka lat później sędziował mecze podczas Igrzysk Olimpijskich w Helsinkach. Mecz z reprezentacją odbył się w roku obchodów 30-lecia klubu, kilka miesięcy później na okolicznościowy turniej przyjechały do Tarnowa ekstraklasowe zespoły Polonii Bytom i aktualnego wówczas mistrza Polski – Cracovii. Jubilaci postarali się o miłą niespodziankę i ograli mistrzów 4:2. Takie to były czasy.
Kibicując naszej obecnej reprezentacji, warto powspominać, tym bardziej że wspomnienia to piękne…






















