
Tarnów ma tę, niestety, przypadłość, że o wielu istotnych sprawach tu się tylko mówi, gdzie indziej mówi się i robi. Bardzo dobrym przykładem na to jest sprawa poszerzenia granic administracyjnych miasta. Jeśli ktoś sądzi, że jest to temat, który ma kilkanaście lat, jest w błędzie. Historia ta ma znacznie dłuższą brodę – liczy… czterdzieści kilka lat. Zaraz po Nowym Roku powrócił do niej Roman Ciepiela, prezydent Tarnowa, zresztą nie pierwszy raz. Na reakcje nie musiał długo czekać.
Okazją do powrotu do tematu o obszarowym powiększeniu Tarnowa stał się jubileusz krakowski, o którym napisało kilka redakcji. Otóż 50 lat temu Kraków zyskał dodatkowe 92 km kw. powierzchni; wtedy przyłączono do niego kilka nowych dzielnic.
Roman Ciepiela, prezydent Tarnowa, nawiązując do tej informacji zasygnalizował na Facebooku: Nie od razu Kraków zbudowano. Podobnie Tarnów. Czas na zmiany!
To prawda, ale problem w tym, że ten czas nieubłaganie ucieka i dzisiaj dla tej sprawy nawet nie zapaliło się jeszcze światełko w tunelu. Czy kiedykolwiek się zapali?
Prezydent Tarnowa w rozmowie z nami i z innymi redakcjami już od kilku lat mówi o pożytkach, które po scaleniu miejskiego Tarnowa z wiejskim, czyli z gminą Tarnów, mogłyby satysfakcjonować obie strony. Mowa jest o usprawnieniu komunikacji miejskiej, obniżeniu cen za usługi komunalne, zintegrowaniu systemu podatkowego i o rządowej premii 100 mln zł za sam fakt połączenia się gmin.
Byłoby nas więcej
Korzyści zapewne byłoby więcej, szczególnie dla Tarnowa. Prędko wyludniające się miasto miałoby nie 106, ale 132 tysiące mieszkańców, czyli tyle, ile nigdy w dotychczasowej historii (rekord to 122,3 tys. w 1996 roku). Zahamowane zostałyby, a już na pewno w dużym stopniu ograniczone, niekorzystne w Tarnowie trendy demograficzne. Zapewne łatwiej byłoby też przygotować większe tereny dla potencjalnych inwestorów, na niedostatek których miasto cierpi.
Ale jest znacznie lepszy przykład, jak należy powiększać miasto. To nie przykład krakowski, z dawnych zresztą lat, kiedy tego rodzaju decyzje można było podejmować znacznie łatwiej. Lepszym, dobrze znanym przykładem jest Rzeszów, który od 2004 roku poprzez systematyczne włączanie sąsiednich miejscowości zwiększył swój obszar z 54 km kw. do ponad 128 km kw.! I działo się to już nie za czasów PRL-u, w którym lokalne społeczności nie miały w tych sprawach wiele do powiedzenia, lecz w okresie pełnej demokracji, przy licznych protestach ludności spoza Rzeszowa, często sterowanej i manipulowanej przez jej gminne władze, przy organizacji konsultacji i referendów społecznych, gorących dyskusjach, emocjach itp. Rzeszowowi się jednak udało, bo miał w tym dziele wielką determinację. Dziś, jak wykazały badania socjologów, 95 proc. mieszkańców z przyłączonych do miasta terenów jest zadowolonych z tej decyzji…
Szansa dla dzieci
Na kolejną prezydencką wrzutkę tematu o potrzebie powiększenia Tarnowa zareagowano różnie. Na Facebooku pojawiły się wpisy: Najwyższa pora, powinno się dołączyć jeszcze Lisią Górę, Kępę Bogumiłowicką i wiele więcej. To jest de facto Tarnów! Ostatnio rozmawiałem z jednym z inwestorów, który lokuje inwestycję w Rzeszowie i jak zapytałem, czemu nie Tarnów, to wpisał w Google miasto. I powiedział, że poniżej 150 tys. mieszkańców to ryzykowne. Jak mu powiedziałem o „aglomeracji tarnowskiej” i że z okolicznymi gminami to prawie 200 tys. ludzi, to powiedział: sorry, poniżej 150 tys. dla miejscowości głównej nawet nie zarekomenduję centrali.
Inny wpis: Trzeba rzetelnie wytłumaczyć mieszkańcom gminy Tarnów, że większy Tarnów to więcej możliwości dla nich oraz ich dzieci. Tylko żeby mieszkańcy gminy to zrozumieli, najpierw muszą porozumieć się decydenci ponad podziałami politycznymi, dla dobra wszystkich mieszkańców regionu.
Oczywiście władze samorządowe gminy Tarnów od początku są przeciwne scaleniu, nie dostrzegają w tym korzyści, ale która władza, stojąc przed perspektywą utraty swojego terenu, godziłaby się na ten administracyjny manewr?
Nie ma lobby
I jeszcze taka opinia: Gmina Tarnów nie ma najmniejszej ochoty na żadne przyłączenie i słusznie. A już na pewno nie do takiego „zarządzania” miastem. Od lat ubywa miastu mieszkańców, trzeba uzupełnić? Tarnów stał się niestety miejscem wstydu; brak rozwoju i perspektyw. Już Pan próbował nie raz i się nie udało, tym razem również się nie uda.
Ktoś inny zaznaczył: „Żeby dwoje chciało naraz”. Liczymy na mądrość wójta Kozioła. Do dzieła, czas ucieka.
Od razu też ktoś odniósł się do prezydenta Tarnowa: Nie z Panem jako partnerem. Po Pana odejściu będzie musiało minąć kilka lat na odbudowę wzajemnego zaufania, by móc zacząć dyskusję.
Łatwo sobie wyobrazić gorączkę dyskusji, gdyby już przyszło co do czego, gdyby sprawa łączenia miasta i gminy zaczynała nabierać tempa. Ale nie nabierze, długo jeszcze nie, choć niektórzy, tak jak prezydent Ciepiela, uważają, że ten proces w przyszłości będzie nieuchronny.
Bez poparcia
Lobby w mieście, które mogłoby wspierać Tarnów w dążeniach do poszerzenia swoich granic, praktycznie nie istnieje, temat pojawia się tylko okazjonalnie, mało kto wierzy w powodzenie tej sprawy. Bez wiary i determinacji nic z tego nie będzie. Brakuje zaplecza społecznego i politycznego, które mogłoby udzielić nowej inicjatywie poparcia. Brakuje poważnej rzeczowej dyskusji, która z mediów społecznościowych przeniosłaby się wreszcie na szerokie forum publiczne.
Na razie można więc liczyć tylko na odgrzewanie tematu, może kolejnym razem przy okazji… 60-lecia powiększenia swego terytorium przez Kraków. Być może okazją będzie też jubileusz pomysłu na duży Tarnów. Nie jest prawdą, że pomysł ten zainicjował przed kilkunastu laty prezydent Ryszard Ścigała. Ponad 40 lat temu ówczesna Wojewódzka Rada Narodowa w Tarnowie przyjęła opracowany przez krakowską pracownię plan rozwoju miasta zakładający wchłonięcie takich miejscowości, jak Wola Rzędzińska, Koszyce Wielkie, Zbylitowska Góra (w całości), Kępa Bogumiłowicka i Biała. Tarnów miał mieć powierzchnię ponad 100 km kw. i docelowo liczyć 200 tys. mieszkańców. Tyle, ile dzisiaj liczy Rzeszów.























