Statystyki są zatrważające. W Europie bezrobocie wśród młodych jest największe od dwóch dekad, a to w Polsce jest jednym z najwyższych w Unii Europejskiej. W Tarnowie połowa spośród wszystkich bezrobotnych ma od 18 do 34 lat. W całym kraju pracy nie ma prawie 400 tysięcy osób do 25 lat (nie uwzględniając studentów), a po ukończeniu studiów bezrobotnych absolwentów przybywa. Za liczbami zawsze stoi jednak konkretny człowiek, jego codzienne dylematy i wątpliwości. W tym przypadku to także rozterki całego pokolenia, które różnie się określa – pokolenie stażystów, pokolenie na zlecenie, w końcu: stracone pokolenie. I przy okazji stawia się jeszcze bezradne pytanie o to, kto zawinił. Młodzież, rodzice, system edukacji, pracodawcy, a może kryzys gospodarczy? Pytanie ważne także teraz, kiedy kolejni młodzi ludzie wybierają się do szkół i na uniwersytety.
Młodzi czują się oszukani
Mówiono im, że dobre studia i znajomość języków zapewnią w przyszłości pracę. Przyszły nowe czasy, więc w latach 90. rozpoczęło się szturmowanie uczelni wyższych. Studentów w wielkim tempie zaczęło przybywać, powstawały nowe uczelnie prywatne, wyższe szkoły zawodowe – doszło nawet do tego, że dziś Polska wyróżnia się w Europie pod względem liczby studentów, dominując nad krajami o znacznie większej liczbie mieszkańców, jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania.
Wszyscy wokół twierdzili, że studia to przyszłość, więc młodzi wybierali bezmyślnie i masowo: zarządzanie, pedagogikę, marketing i inne administracje. Wciąż oblegane są filologie, nie brakuje chętnych na studia historyczne, mnóstwo jest młodych nauczycieli. I wszyscy tylko zapomnieli, że nauczycieli dziś się zwalnia, nie zatrudnia. Zapomnieli, że rynek w końcu będzie przesycony, a żadne zarządzanie czy marketing dobrej pracy nie zapewnią, bo absolwentów takich niepraktycznych kierunków nie brakuje.
Ale do liceum i na studia trzeba było iść – bo rodzice kazali, bo rówieśnicy zachęcali, bo szkoła zawodowa to przecież obciach. Młodzi zauważyli też, że tak jest wygodniej, a na dorosłe życie i poważne problemy przyjdzie jeszcze czas. A kiedy kończą studia i próbują znaleźć pracę, to bezradnie rozkładają ręce. Nie rozumieją tego, że przecież uczyli się tyle lat, pokończyli ekonomie i socjologie, a pracy nie ma, pieniędzy nie ma, jest tylko mglista przyszłość. I nawet znajomość języków to już nic wyjątkowego.
A jeśli już znajdują pracę, to czują się nieszczęśliwi, bo nie robią tego, co lubią, dostają najniższą krajową, podpisują „umowy śmieciowe” bez świadczeń ubezpieczeniowych, nieraz pracują na czarno… Często więc z bezradności wyjeżdżają za granicę (by później niektórzy z naiwnym zdziwieniem stwierdzili, że Tarnów się wyludnia, a bezrobocie wśród młodych maleje), zostawiając własne środowisko. Młodzi w Polsce coraz częściej nie widzą dla siebie żadnych perspektyw.
Rodzice pchają na studia
Po upadku PRL‑u powstało dziwne przekonanie, że bez tytułu magistra jest się kimś gorszym. Rodzicie – podporządkowując się panującej modzie – zaczęli naciskać, aby dziecko skończyło szkołę wyższą. Sami nie skończyli, więc… Skoro dziecko sąsiada poszło na studia, a ten się tym chwali, to dlaczego ja mam być gorszy? Ciężko znaleźć dobrą pracę, ale przecież kiedyś, jeśli zostawałeś chociażby nauczycielem, to byłeś kimś. Wszyscy studiują, niech więc moje dzieci zrobią to samo – myślano. A przy okazji zmuszano, nieraz wbrew woli dziecka, by wybierać takie, a nie inne kierunki, bo ponoć one są bardziej przyszłościowe. Mit, że ukończenie studiów gwarantuje lepszą przyszłość, zweryfikowała jednak wraz z upływem czasu rzeczywistość.
Rodzice też zaczęli rozumieć, że wychowują pokolenie bezrobotnych, wiecznych dzieci. Przekonali się o tym na własnym portfelu, bo przecież studia trzeba opłacić, a te kosztują niemało. Pal licho, kiedy dziecko studiuje na miejscu, ale co, jeśli wybierze Kraków lub Warszawę (czasem liczy się też snobizm i elitarność)? Wynajem mieszkania, wyżywienie, koszty przejazdów, podręczników, kieszonkowe na imprezy – to wszystko trzeba zapewnić. A co, jeśli dziecko nie uczy się zbyt dobrze, a na studia przecież iść musi, więc trzeba mu zapłacić za uczelnię prywatną… Rodzice wykładają pieniądze z myślą, że dziecku trzeba pomóc, a kiedyś przecież się zwróci.
I dopiero ostatnio coraz częściej zauważają, że wcale się nie zwraca. Dziecko kończy studia, pracy nie znajduje, dzieckiem pozostaje. Nie brakuje dziś młodych, niesamodzielnych ludzi, którzy nie spróbowali jeszcze prawdziwego życia, a na dodatek wciąż pozostają na garnuszku rodziców. Rodziców, którzy przyczynili się do takiego stanu rzeczy.
Uczą się schematów
Mamy mnóstwo szkół wyższych, masę studentów i rzesze bezrobotnych absolwentów. Powszechnie słychać głosy, że polski system edukacji nie przystaje do realiów rynku pracy, a ilość nie przekłada się na jakość. Kształcimy młode pokolenie, które co prawda zdobywa wiedzę z różnych dziedzin, ale w żaden sposób nie potrafi jej wykorzystać. Teoria nijak ma się do praktyki, a szkoły zapomniały o przekazywaniu praktycznych umiejętności, ograniczając się do tego, by nauczyć młodych postępować zgodnie z kluczem.
Przykład? Na maturze z języka polskiego nie liczy się już kreatywność, nieszablonowe myślenie czy inwencja twórcza. Maturę trzeba napisać właśnie zgodnie z szablonem, z góry określonym schematem. I tego młodzież – nieraz niechętnie – muszą nauczyć polonistki: pisać tak, aby wstrzelić się w klucz odpowiedzi. Jeśli ktoś jest twórczym indywidualistą, to punktów nie otrzyma i na studia się nie dostanie (choć paradoksalnie może poradzić sobie w życiu lepiej niż ten grzeczny i posłuszny).
Uczelnie skarżą się, że młodzież ma dziś pusto w głowach. Nic dziwnego, skoro w szkołach średnich i na studiach powszechnie panuje zasada trzech „z”: zakuć, zdać, zapomnieć. A nauczycielom też nie chce się poświęcać i denerwować, skoro oni też nie są w najlepszej sytuacji, nieraz zarabiając grosze, kosz na śmieci może im wylądować na głowie, a i pracę mogą stracić…
Brakuje także dobrych wykładowców. Większość z nich nie ma czasu dla studenta, bo przybyło papierkowej roboty, a na dodatek po zajęciach doktor czy profesor musi biec do uczelni niepublicznej, gdzie sobie dorabia. A i same kierunki studiów często nie odpowiadają zapotrzebowaniu na rynku pracy – chodzi przecież o to, by ściągnąć do siebie studenta, dostać za niego państwowe pieniądze, nie przejmując się, co będzie z nim działo się później. Takie podejście wielu uczelni miał zmienić wymóg kontroli zawodowych losów swoich absolwentów, ale…
Oczywiście zdarzają się wyjątki. Kilka lat temu najlepsze uniwersytety zaczęły proponować bardziej perspektywiczne studia, powstały kierunki zamawiane, czyli takie, na które jest największe zapotrzebowanie na rynku. Uczelnie coraz częściej oferują też zagraniczne staże, często podpisują umowy z różnymi przedsiębiorstwami, a studenci jeszcze w trakcie edukacji mogą znaleźć sobie w nich płatną pracę.
Co na to pracodawcy?
Pracodawcy często mówią: nie wymagamy wyjątkowych studiów, ale podstawowych umiejętności, takich jak dyspozycyjność, sumienność, odpowiedzialność, dobry kontakt z klientem. Twierdzą, że młodzi mają wiedzę i ładnie wyglądające CV, ale w praktyce nie potrafią poradzić sobie z tym, by nie spóźnić się do pracy lub załatwić jakąś prostą sprawę. Kwalifikacje można zdobyć, są przecież różne kursy doszkalające, ale podstawowych cech dobrego pracownika nie da się nauczyć. Czym skorupka za młodu nasiąknie… Nasiąka na ogół dużymi aspiracjami, chęcią zrobienia kariery i zarabiania – najlepiej od razu – wielkich pieniędzy, ale podstawowych kompetencji brakuje.
Pracodawcy nie pozostają jednak bez winy. Oferują najczęściej darmowe staże i praktyki (robi tak chociażby Kancelaria Premiera), by zaoszczędzić na młodych ludziach. Mają duże wymagania i niewiele do zaoferowania. Dodatkowo prawdziwą zmorą stały się ostatnio „umowy śmieciowe” – wszelkie umowy o dzieło i zlecenie – które pracodawcy często wykorzystują w zły, ale wygodny dla siebie sposób. Dotyczy to nie tylko młodych osób.
Ze strony pracodawców słychać jednak coraz częściej, że wszyscy poszli na uniwersytety, a brakuje tych, którzy mogliby wykonywać na przykład pracę fizyczną. Na dodatek trudną sytuację absolwentów uczelni wymusiły ogólnoświatowy kryzys i spowolnienie rynku. Miejsc pracy dziś nie przybywa, lecz ubywa. Firmy się zamyka, nie otwiera. I nie jest to wyłącznie problem Polski, bo bezrobocie wśród młodych w Unii wynosi już 23,5 procent – borykają się z nim m.in. Hiszpania, Grecja i Włochy, gdzie jest jeszcze gorzej niż u nas. Młodzież może więc dziś powiedzieć, że ma duży niefart, bo przyszło jej żyć w trudnych ekonomicznie czasach.
Jaka przyszłość?
Tytuł magistra już nic nie znaczy, coraz mniej liczy się też to, czy skończyłeś Uniwersytet Jagielloński, czy PWSZ w Tarnowie. W poradniach zawodowych mówią: rynek dynamicznie się zmienia, więc nie wiadomo, na kogo będzie zapotrzebowanie za kilka lat. I doradzają: nie każdy musi iść na studia, można zdecydować się na szkołę zawodową, kursy techniczne, szkoły policealne. A jeśli już studia, to wybrane mądrze – tak, aby możliwe najlepiej połączyć predyspozycje i zainteresowania młodej osoby z wymaganiami rynku. Potrzeba więc zmiany myślenia, większego realizmu i zaangażowania młodych.
Żeby znaleźć dobrą pracę, trzeba dziś się wyróżniać, mieć uniwersalne umiejętności. Znać języki obce, a studiów nie opierać tylko na imprezach, lecz na wszechstronnym rozwoju. Uczestniczyć w dodatkowych kursach, szukać dobrych stażów, szkoleń w urzędach pracy, dorabiać gdziekolwiek po godzinach, by uczyć się odpowiedzialności i systematyczności. Rozwijać to, o czym zapomniano w systemie edukacji, czyli kompetencje miękkie, jak kreatywność, komunikatywność, inicjatywa, zarządzanie czasem, współpraca w grupie. I chyba najważniejsza – elastyczność. Tak, aby dostosować się do zmieniającego rynku. Odnaleźć się jako kasjer w sklepie, nauczyciel w szkole, ale też pracownik w banku.
Wszechstronni zawsze sobie poradzą, bo wyróżnią się w tłumie. Ale co z resztą? Na to pytanie nadal nikt nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Także kolejni młodzi, którzy w październiku rozpoczną studia.
























