Leśne borówki już się na naszym terenie kończą. 13‑letnia Sabina jest jednak zadowolona, bo zdążyła uzbierać na nowy telefon komórkowy. – Chodziłam na jagody z babcią. Czasem wstawałyśmy nawet o czwartej rano. Babcia za te pieniądze zamówiła sobie węgiel, a ja wydałam pieniądze na telefon i jeszcze mi zostało.
W pełni sezonu nie brakowało przy drogach zbieraczy oferujących kobiałki pełne owoców. Pan Henryk, który ma dużo cierpliwości i dużo wolnego czasu, sezon zalicza do udanych. Przyznaje, że praca jest żmudna, bolą plecy i kolana, ale warto. – Zwłaszcza jak ktoś nie ma innej możliwości, żeby sobie dorobić. W końcu nie trzeba tego podlewać ani wyrywać chwastów, po prostu idziesz i zbierasz. Za cały okres, od połowy czerwca do połowy sierpnia, zarobił na borówkach niecałe cztery tysiące złotych. Pieniądze przeznaczył na remont domu. Zna takich, którzy zarobili jeszcze więcej. – Zbiera się średnio litr przez godzinę, mniej wprawnym lub przy słabych jagodach zabiera to półtorej godziny. Na kilogram wchodzi 1,5 litra. Cena się waha, drożej jest na początku i na końcu sezonu.Na ulicznym stoiku przy jednym z tarnowskich marketów można było w ubiegłym tygodniu kupić leśne borówki spod Tuchowa w cenie 12 złotych za pół kilograma. Na placu targowym za litrowy słoik z dosypką żądano 10 złotych. Za słoik o pojemności 0,8 litra – 8 złotych. Z kolei starsza pani, która oferowała kilogram owoców za 18 złotych, pytana o pochodzenie borówek odpowiadała: giełdowe.Krystyna stara się pogodzić pracę zawodową ze zbieraniem leśnych borówek. Pracuje jako kucharka, w sezonie jagodowym bierze po kilka dni urlopu, prosi też o późniejsze zmiany, wszystko po to, żeby o świcie być już w lesie. Wie, gdzie są nasłonecznione polany osłonięte drzewami, pełne soczystych, leśnych owoców. Nie ma jednak czasu na to, żeby potem przez kilka godzin stać i czekać na klienta, dlatego borówki sprzedaje znajomemu pośrednikowi. Za kilogram dostaje od niego od 8 do 10 złotych.
Na tarnowskim Burku nadal jagód nie brakuje, przeważają borówki górskie – bieszczadzkie i nowosądeckie. Wszystkie w jednej cenie – 16 złotych za kilogram. Pan Jerzy przywozi owoce z Bieszczad. Wyjeżdża w południe, zabiera towar i wraca do Tarnowa o północy. I tak dwa razy w tygodniu przez cały sezon. – W tym roku był duży wysyp jagód, więc owoce są relatywnie tanie – mówi. Dziennie sprzedaje średnio od 10 do 15 kilogramów. Zdarzają się jednak dni, kiedy chętnych jest tak dużo, że schodzi nawet 30 kilogramów. – Borówka bieszczadzka będzie tylko do końca sierpnia – zapowiada.
Pieniądze, które leżą w lesie
REKLAMA
REKLAMA
























