Twierdzą, że zdarzenie było bardzo niebezpieczne, polała się krew, a przerażeni pasażerowie nie byli pewni, czy nie będzie więcej poszkodowanych. MPK odpowiedziało już na monit jednego ze świadków, policja na razie szuka sprawców incydentu.
Do zdarzenia doszło 27 maja ok. godz. 16.30. Na przystanek przy ul. Krakowskiej (obok skweru im. J. Popiełuszki) dojeżdżał autobus MPK linii nr 9. Nic wtedy nie wskazywało na to, że za chwilę w środku pojazdu dojdzie do kotłowaniny.
– W autobusie wraz z innymi podróżowała grupka kibiców jednej z tarnowskich drużyn – relacjonuje pan Ryszard. – Grupka ta zachowywała się spokojnie, ale kiedy zauważyła na przystanku kibiców drużyny przeciwnej, mocno się zaniepokoiła i zaczęła krzyczeć do kierowcy, by nie otwierał drzwi. Wyraźnie obawiali się o swój los.
Butelką w głowę
Drzwi jednak zostały otwarte i zaczęło się. Do środka wpadli młodzi ludzie i na oczach przerażonych pasażerów między pseudokibicami od razu wywiązała się bójka.
– Jeden z kibiców został mocno poturbowany, miał rozciętą głowę i krwawił – opowiada pan Ryszard. – Kierowca autobusu zamiast reagować w chwili ucieczki z pojazdu napastników, mając na uwadze bezpieczeństwo pozostałych pasażerów, nie zrobił nic. Autobus nadal stał w zatoce z otwartymi drzwiami. Zaraz potem w kierunku pojazdu poleciały butelki po piwie, które rozbijały się o szybę. To cud, że stłuczone szkło nikogo nie raniło. Kierowca jeszcze kilka sekund odczekał i spokojnie odjechał. Nie zapytał nawet, czy któryś z pasażerów ucierpiał i czy może potrzebuje pomocy. Ludzie byli przerażeni całym zajściem, tym bardziej że kibole wcześniej ich popychali, przewracali, oblewali piwem, a później jeszcze biegli za odjeżdżającym autobusem.
„Magiczne” drzwi
Pan Ryszard napisał do MPK skargę na kierowcę autobusu linii nr 9, zarzucając mu, że mimo spoczywającego na nim obowiązku zapewnienia pasażerom bezpieczeństwa nie umiał sprostać sytuacji. Zdaniem autora skargi, kierowca wykazał się obojętnością i brakiem odpowiedniej reakcji.
Występująca w imieniu MPK w Tarnowie kancelaria adwokacka odpisała panu Ryszardowi, że dokonana została analiza zapisu zarejestrowanego przez urządzenie monitorujące umieszczone w autobusie. Poinformowano, że w ocenie MPK kierowca autobusu postąpił prawidłowo i brak jest podstaw do wyciągnięcia wobec niego konsekwencji dyscyplinarnych.
W przesłanym piśmie czytamy między innymi: „ (…) kierowca miał obowiązek zatrzymania się na przystanku, zwłaszcza że w autobusie znajdowali się pasażerowie, którzy zamierzali opuścić autobus. Niezamknięcie drzwi wynikało z faktu, że są one wyposażone w fotokomórkę, która uniemożliwia zamknięcie drzwi w chwili, gdy jakaś osoba znajduje się w zasięgu działania fotokomórki. W czasie, gdy drzwi autobusu są otwarte, automatycznie uruchamiany jest hamulec, nie ma zatem możliwości, żeby autobus odjechał”.
Na ratunek… drogówka
Z dostarczonej pasażerowi korespondencji dowiadujemy się też, że kierowca poinformował dyspozytora MPK o zaistnieniu zagrożenia, a dyspozytor powiadomił policję. Według tych informacji, po przyjeździe mundurowych osoby znajdujące się w autobusie zostały zapytane, czy zgłaszają zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa i czy istnieje potrzeba wezwania pogotowia ratunkowego. Pasażerowie z obu tych możliwości nie skorzystali.
Pan Ryszard nie do końca jest usatysfakcjonowany tym wyjaśnieniem.
– Jestem przekonany, że kierowca zaraz po zawiadomieniu dyspozytora miał obowiązek zainteresować się stanem pasażerów, a tego nie zrobił. Mam też wątpliwości, czy przed przyjazdem policji powinien on usunąć szkło pochodzące z rozbitych butelek, bo przecież mógłby być to jakiś dowód…
Kierowca, który ruszył z przystanku, zatrzymał się za wiaduktem kolejowym nad ul. Krakowską, bo wtedy dojechał tam patrol policji.
– To była drogówka – relacjonuje drugi ze świadków zdarzenia. – Policjanci zainteresowani byli głównie zabraniem z autobusu podpitych pseudokibiców. Dopiero na nieśmiałe uwagi pasażerów zaczęli pytać ich, czy ktoś chciałby złożyć zawiadomienie o zaistnieniu przestępstwa.
Nic się nie stało?
– Byłem zdumiony, że policjanci nie wykazali dość zainteresowania sytuacją pasażerów ani tym, co wcześniej wydarzyło się w autobusie – mówi kolejny ze świadków, który w tym czasie był w autobusie. – Pytaliśmy policjantów: co z nami, nie interesuje was to? Dopiero wtedy jeden z funkcjonariuszy chłodno zareagował, pytając czy ktoś chce złożyć zawiadomienie. Chętnych raczej nie było. Nie powinno dziwić, że ludzie nie chcieli być poddawani męczącym procedurom, bo i tak mieli dość. Wszyscy dziękowali Bogu, że nie oberwali szkłem i wracają do domu cali.
Myślę, że to policja z własnej inicjatywy powinna zabezpieczyć ślady, ustalić fakty, przesłuchać świadków, dowiedzieć się czegoś o napastnikach itp. Skądże! Czyżby uznano, że nic się nie stało?Paweł Klimek, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Tarnowie, poinformował nas, że w opisanej sprawie toczy się postępowanie. Poszukiwany jest sprawca zranienia butelką mężczyzny przebywającego w autobusie, kibica jednej z tarnowskich drużyn. W grę wchodzi także art. 51 kodeksu karnego, który mówi o wykroczeniach przeciwko porządkowi i spokojowi publicznemu.
Zadyma poza kontrolą
Dlaczego na miejscu zdarzenia pojawił się patrol drogówki, a nie z wydziału prewencji?
– Kiedy dzieje się coś istotnego, wysyłany jest radiowóz znajdujący się najbliżej zdarzenia niezależnie od tego, z którego wydziału są funkcjonariusze – odpowiada Paweł Klimek.
– To było stresujące przeżycie – podkreśla pan Ryszard. – Mimo że autobusy miejskie wyposażone są w monitoring, od tamtego czasu wcale nie czuję się przez to bardziej bezpieczny. Bo okazało się właśnie, że wszystko może się zdarzyć. I znowu wygląda na to, że winnych nie będzie…























